Logotyp magazynu Mały Format

Jakub Nowacki: W odczycie wygłoszonym w 1983 roku w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, pomieszczonym później w zbiorze esejów „Mniej niż ktoś” pt. „Katastrofy w powietrzu”, Josif Brodski mówił o problemach i wyzwaniach prozy rosyjskiej XX w., wychodząc od tezy, że wielkim pechem dla niej było pojawienie się mniej więcej w tym samym czasie dwóch XIX-wiecznych pisarskich fenomenów – powieści Lwa Tołstoja i Fiodora Dostojewskiego. Tołstoj-realista (aż nazbyt duży) i Dostojewski-eschatolog mieli jego zdaniem na długo sparaliżować rosyjskie myślenie o prozie. Niemal wszyscy dwudziestowieczni prozaicy rosyjscy podążyli jednak realistyczną ścieżką Tołstoja (Dostojewski był niepowtarzalnym koktajlem stylów, niemożliwych do naśladownictwa, do Tołstoja aspirowało się łatwiej) i skończyli w socrealizmie. „Droga poniechana”, droga Dostojewskiego wiodła do modernizmu (wszak z niego czerpali wszyscy, poczynając od Kafki – najważniejsi pisarze XX w.). Tę drogę, prowadzącą przez eschatologiczne wyżyny, zdaniem autora „Pochwały nudy” wybrał Andriej Płatonow, bohater naszego dzisiejszego spotkania. W tym samym eseju Brodski broni idiomatyczności Płatonowa, mówi o jego nieprzetłumaczalności – swoje rozważania kończy rezygnacyjnym zdaniem „tej prozy nie da się opisać”. Pisze też o tym, że „krytyka literacka ma w sobie coś z astronomii” – pokusa kategoryzacji, taksonomii pojawia się wtedy, gdy patrzymy na zjawiska literackie z odległości. Tymczasem każdy pisarz tej klasy co Płatonow, Kafka, Musil, Joyce – Brodski stawia ich obok siebie na równi – stanowi dla samego siebie osobny kosmos (stąd, między innymi, tytuł naszego panelu). Adam Pomorski, autor nowego tłumaczenia „Dołu” jest, jak się zdaje, innego zdania. Napisał pan książkę pt. „Duchowy proletariusz”, w której poszukuje pan kulturowych, filozoficznych, kosmicznych źródeł myśli Płatonowa. Dokonał pan wielkiej astronomicznej roboty. Nie sposób teraz streścić tego obszernego i najeżonego przypisami wywodu, proszę jednak – zanim przejdziemy do samego „Dołu” – o syntetyczne nakreślenie rodowodu intelektualnego Płatonowa, umieszczenie go na mapie historii i kultury rosyjskiej. Trawestując tytuł słynnego tekstu Marii Janion o innym literackim odmieńcu, Marii Komornickiej, chciałbym spytać – gdzie jest Płatonow?

Adam Pomorski: Twierdzenie, że niemal wszyscy dwudziestowieczni prozaicy rosyjscy podążyli ścieżką Tołstoja i skończyli w socrealizmie nie wytrzymuje krytyki. Tak wielcy prozaicy, jak Andriej Bieły, Aleksiej Riemizow, Jewgienij Zamiatin czy nawet Leonid Dobyczyn z pewnością podjęli tradycję Dostojewskiego, a nie Tołstoja. Trudno też do tego ostatniego dopisać wybitnych modernistów z lat miedzywojennych, jak Konstantin Waginow czy Ilja Zdaniewicz. Bułhakow czy Nabokov odwoływali się do Tołstoja, ale na antypodach socrealizmu. Wróćmy jednak do Płatonowa. O jego kontekście ideowym moglibyśmy zacząć mówić dzisiaj, a skończyć za dwadzieścia lat. Ale dwa konteksty są tu być może podstawowe. Pierwszy to rosyjski kosmizm i antropokosmizm, ten pomysł na całkowite przeistoczenie człowieka, na stworzenie nowej ludzkości w sensie fizycznym, a nie tylko duchowym. Naturalnie można do tego dopisać bardzo długi ogon hermetystów i mistyków, całą tę drugą odnogę kultury europejskiej, która biegnie torem hermetyzmu, raczej neoplatonizmu niż chrześcijaństwa. Od Nikołaja Fiodorowa, czyli takiego domorosłego myśliciela, którego porównać można z Aniołem Ślązakiem czy Jakubem Boehme, bardzo wpływowego autora rosyjskiego z ostatniej ćwierci XIX w., wywodzi się nurt (dosłownie rozumianej) apokaliptycznej idei wskrzeszenia ludzkości. Jak to zwykle bywa, krytyka cywilizacji jest inteligentniejsza od utopii, do której daje asumpt. Cywilizacja wg Fiodorowa – że użyję bliższego nam zestawienia – jest cywilizacją śmierci, seksu i mordu. Chodzi zatem o obrócenie wszelkich narzędzi cywilizacyjnych, całej cywilizacji naukowo-technicznej, na użytek zmartwychwstania fizycznego, wskrzeszenia wszystkich pokoleń. Nasz obowiązek, jak to Fiodorow nazywa, supramoralny, to wskrzeszenie od razu całej ludzkości. Że w neoplatońskim kontekście rosyjskim bywa to traktowane bardzo poważnie, świadczy działalność ucznia Fiodorowa, Konstantego Ciołkowskiego, który w trosce o to, żeby wskrzeszeni umarli pomieścili się na naszej małej planecie, postanowił dokonać podboju kosmosu. Bezpośrednim uczniem Ciołkowskiego był Sergiej Korolow, właściwy twórca sowieckiego programu kosmicznego, a przy okazji bomby atomowej. W ten sposób od wizji całkowicie przeczącej cywilizacji śmierci i płodzenia do śmierci, cywilizacji konsumpcji i wojny, doszliśmy w trzecim pokoleniu do stworzenia przemysłu jądrowego i rakiet balistycznych. Jak widać, kultura rosyjska jest nieciągła, ma swoje inwersyjne skoki i przeskoki. Można myśleć o fizycznym wskrzeszeniu ludzkości i budować przemysł śmierci.

Drugi wątek ideowy, istotny w kontekście Płatonowa, wywodzi się od jednego z kontynuatorów myśli Fiodorowa, frondysty wśród bolszewików, Aleksandra Bogdanowa, twórcy ruchu, który w Polsce znany jest bardziej z nazwy niż z istoty, mianowicie Proletkultu. Był to ruch anarchokomunistyczny, powołany przez ludzi, którzy w okolicach 1917 roku definiowali się nie jako komuniści, ale jako anarchokomuniści. Proletkult był olbrzymią organizacją oddolną (dzisiaj byśmy powiedzieli: NGOsem), liczącą kilkaset oddziałów terenowych. Był to ruch dołów społecznych, które przyciągały do siebie najlepszych przedstawicieli inteligencji rosyjskiej w celach oświatowych, samokształceniowych. Stawiał sobie za cel zniesienie granicy między uczoną a nieuczoną częścią społeczeństwa (trzeba pamiętać, że Płatonow był synem kolejarza z Woroneża, czyli z miasta, które powstało wokół bardzo dużego węzła kolejowego; kolejarze i tramwajarze, jak wiemy z Polski międzywojennej, to była nawet nie tyle arystokracja robotnicza, ile intelektualiści wśród proletariatu).

Ta utopia – z jednej strony Fiodorowa, z drugiej Bogdanowa i Proletkultu – przybiera w dziele Płatonowa postać antyutopii, a nie utopii. Przy wartościach tej utopii pozostał jednak do końca życia, czyli do pierwszych dni 1950 roku. Nigdy im nie zaprzeczył. Bronił ich przeciwko narastającemu totalitaryzmowi sowieckiemu, również przeciwko narastającemu totalitaryzmowi faszystowskiemu. Antyutopijny charakter dzieł Płatonowa jest niesłychanie istotny, ale musimy pamiętać, że antyutopia nie przeczy wartościom utopii. Ona przeczy jej realizacji.

Pytanie o kontekst to przede wszystkim pytanie o współczesność. W twórczości Płatonowa ekskluzywny i nieprzetłumaczalny jest język. To język, który trudno nawet nazwać bez zastrzeżeń językiem rosyjskim. To sytuacja, w której – mówię to jako tłumacz – genialność jest wyznaczana przez wyjście poza język naturalny.

Jakub Nowacki: Profesor Danuta Ulicka jeszcze przed Adamem Pomorskim zdecydowała się przełożyć „Wykop” na nowo po pionierskim tłumaczeniu Andrzeja Drawicza z 1991 roku. To już w pani przekładzie, nieopublikowanym z przyczyn pozamerytorycznych,  pojawił się nowy tytuł, „Dół”. Płatonow jest, jak mówi pan Adam Pomorski, przede wszystkim fenomenem językowym?

Danuta Ulicka: Płatonow być może nie ma współczesnych, ale za to ma korzenie, ma rodowód. Ten rodowód widać bardzo dobrze także w języku, w tym jego nie-rosyjskim-rosyjskim albo joyce’owsko-rosyjskim. Ten joyce’owski rosyjski to – jak to kiedyś pięknie w kontekście poezji starorusko-bizantyńskiej ujął Siergiej Awierincew – taki typ pisania, który przypomina „Alicję z krainy czarów”, przypomina Lewisa, a polega na tworzeniu „słów wielokrotnie złożonych”. U Płatonowa to nie są słowa-kufry, on nie robi takiego ulepca leksykalnego, jaki znamy z „Finnegans Wake”. On buduje swoje zdania poprzez cytowanie różnych społecznych socjolektów (partyjnych, propagandowych, religijnych, potocznych). Zdania są absolutnie poprawne pod względem składniowym i fleksyjnym, ale zderzane są ze sobą słowa niezestawialne, niezderzalne. Sa to słowa-cytaty. Trzeba by tu chyba takiego znawcy i takiej roboty jaką wykonał Żołkowski z „Dwunastoma krzesłami” Ilfa i Pietrowa (pokazując dokładnie, która fraza, który fragment tej –na pozór lekkiej, łatwej i przyjemnej – powieści jest wyciągnięty z jakiego źródła, jakiego artykułu, jakiej gazety), żeby móc to w pełni zobaczyć.

Język Płatonowa podąża inną drogą niż ta, którą zwykle jako przykład absurdu podajemy studentom polonistyki i kulturoznawstwa, wymyślona w latach 50. przez Noama Chomskiego. Chomski pokazał, że istnieją wypowiedzi całkowicie spójne na poziomie fleksji i składni i całkowicie niespójne semantycznie („zielone bezbarwne idee wściekle śpią” – wszystko jest na swoim miejscu, tylko znaczy –w intencji Chomsky’ego – zero). Taką drogą, wiodącą po prostu do absurdu, teatru absurdu, poszedł Ionesco. Ale to był absurd, który nie miał żadnego innego zakorzenienia, niż egzystencjalne („egzystencjalne” wymawiam z przekąsem, po parysku). Nie miał Ionesco za sobą takiego doświadczenia jakie miał Płatonow – biograficznego, społecznego, politycznego, kosmicznego w każdym calu. Jeśli zatem Płatonow pisze zdaniami typu absurdalnego, patologicznego, dewiacyjnego, typu „zielone bezbarwne idee wściekle śpią”, to zmierza to w zupełnie inną stronę.

Przykład pierwszy z brzegu (jeśli kto czyta nieuważnie, to może się nad tym prześlizgnąć): „Znowu, odpowiedział Kozłow, biednym głosem dziecka”. Jak to „biednym głosem”? W dobrej polszczyźnie i ruszczyźnie powinno być „głosem biednego dziecka”! To zaburzenie zgody składniowo-logicznej nazywamy w retoryce hypallage. Ono jest u Płatonowa jednocześnie naruszeniem tradycyjnie rozumianego realizmu. Bo realizm Płatonowa to realizm językowy. To jest krytyczna mimesis językowa, która pokazuje odklejenie języka od rzeczywistości – to, że język tylko rzekomo mówi o rzeczywistości, na pozór odnosi się do niej, bo tak naprawdę żadnej rzeczywistości nie ma. Taką diagnozę postawił Aleksander Wat w swoim oksfordzkim  wykładzie, bodajże z 1962 roku, pt. „Kilka uwag o związkach między literaturą i rzeczywistością sowiecką”. Wat pokazywał tam coś, co można nazwać homologią odwróconą. Na pozór jest homologia między językiem a rzeczywistością, a tak naprawdę ten dziwny język demaskuje dziwną rzeczywistość, a jednocześnie nieistnienie rzeczywistości, do której powinienodsyłać,. Dlatego będę się upierać, że Płatonow pisze po rosyjsku i to bardzo precyzyjnym rosyjskim, bardzo trudno przetłumaczalnym, bo oczywiście każdy redaktor w wydawnictwie – pamiętam swoje przeżycia w PIW-ie – bierze ołówek, przekreśla i mówi „tak się po polsku nie pisze”. Gdyby taki redaktor dostał Gombrowicza do rąk, to byśmy mieli dopiero Gombrowicza!

Absurd w literaturze (poniekąd) nazwać można groteską. I my u Płatonowa mamy groteskę na poziomie języka właśnie. To jest groteska językowa – dopiero z takiej wyłania się świat językowy i świat absurdalny.

Zwykle podkreśla się, kiedy utwór został opublikowany. Taka była kultura rosyjska, przez Annę Achmatową (którą wreszcie mamy dzięki Adamowi świetnie przełożoną) nazywana kulturą przedgutenbergowską. Płatonow nie był wyjątkiem, że go nie drukowano, takie opóźnienia były właściwie normą. Te czterdzieści lat, które upłynęło między czytelnikami, do których Płatonow pisał, a czytelnikami, którzy go czytali, to jest pytanie o współczesność. Jaki byłby odbiór Płatonowa przez jego współczesnych, jego czytelników? Podobny rozdźwięk przydarzył się Michaiłowi Bachtinowi, który w „Twórczości Franciszka Rabelais’go” o jedzeniu, piciu, radości życia pisał w 1935 i 1936 roku, w największym natężeniu Wielkiego Głodu i wielkiego strachu. Dopiero wtedy to, co się nazywa groteską bachtinowską, nabiera swojego pełnego wymiaru.

Te czterdzieści lat, które upłynęło między czytelnikami, do których Płatonow pisał, a czytelnikami, którzy go czytali, to jest pytanie o współczesność.

Jakub Nowacki: Mam pytanie do pani profesor Bielik-Robson. Podejrzewam, że tym, co najbardziej panią profesor w Płatonowie interesuje, jest jego religijność. Andrzej Stasiuk swój wstęp do nowego wydania „Dołu” rozpoczyna od kwestii wiary w nieśmiertelność. Czytelnik „Ojczyzny światła”, krótkiego opowiadania Płatonowa, może powiedzieć, że Płatonow wierzy w elektryczność, która była dla niego cudem. Do tego dochodzą wątki poruszone już przez Adama Pomorskiego: supramoralizm, Nikołaj Fiodorow, Aleksander Bogdanow, ci którzy wierzyli w zmartwychwstanie na drodze postępu… Co pani o tym religijnym odczytaniu Płatonowa sądzi?

Agata Bielik-Robson: Bardzo dobrze, że przypomniał pan ten krótki wstęp Andrzeja Stasiuka, który zaczyna się od zdania, że Płatonow wierzył w nieśmiertelność. Ale już na końcu wstępu to zdanie opatrzone jest znakiem zapytania: Czy aby na pewno? Czy mamy pewność, że Płatonow uwierzył w nieśmiertelność? Ja bym chciała przyjąć perspektywę bardziej naiwną, którą moim zdaniem też przyjął Stasiuk, żeby po prostu przeczytać samego Platonowa bez względu na wszystkie konteksty, o których mówili Adam i Danuta: rosyjskiego kosmizmu, antropozofii i tej często deklarowanej proletkultowej wiary w nieśmiertelność materialną. Wątpliwość Stasiuka pojawia się pod koniec wstępu nieprzypadkowo obok jednego z najmocniejszych cytatów z tej książki, czyli pogrzebu dziewczynki, Anastazji. Tej Nastki, która jest właściwie synekdochą przyszłości – i nowego ustroju, i całej ludzkości. Ta wątpliwość pojawia się właśnie wtedy, ponieważ Nastka umiera, schodzi do grobu, a perspektywa jej zmartwychwstania – w teologii bizantyjskiej to właśnie anastasis – pozostaje niepewna, zawieszona, a właściwie nic na jego możliwość nie wskazuje. Oprócz tych wszystkich teologicznych, religijnych kontekstów, o których już zdążyliście wspomnieć, przytoczyłabym więc kolejny, moim zdaniem bardzo istotny – gnozę. Dla mnie nie ma absolutnie żadnej wątpliwości, że Płatonow, podobnie zresztą jak wszyscy najwięksi rosyjscy pisarze, czerpie całymi garściami z chrześcijańskiej gnozy.

Adam Pomorski: Na pewno chrześcijańskiej?

Agata Bielik-Robson: Uważam, że tak, chrześcijańskiej. To gnoza bogomilska, często występująca w chrześcijaństwie wschodnim, o bardzo silnie dualistycznym zabarwieniu. Dlaczego gnoza chrześcijańska, dlaczego bogomilska? To są odłamy bardzo wczesnego chrześcijaństwa, które idą tak zwanym tropem marcjońskim. Marcjon, ogłoszony heretykiem przez sobór nicejski, jest założycielem nurtu, który nazywamy właśnie gnozą chrześcijańską i którego metafizyka opiera się na bardzo silnym dualistycznym przeświadczeniu, że świat stworzony jest ze swojej materialnej istoty zły. Zły do cna – i dlatego niezbawialny. Wszystko, co materialne, skazane jest wyłącznie na cierpienie, śmierć i gnicie. Jest w gruncie rzeczy wszechświatem śmierci. Hasło „cywilizacja śmierci”, które pojawia się u Fiodorowa i rosyjskich neoplatoników, jest w tym sensie marcjońskiego pochodzenia. Wedle Marcjona chrześcijaństwo czyste nie może mieć nic wspólnego ze Starym Testamentem, ponieważ Stary Testament to religia stworzenia, w której głównym bóstwem nie jest Bóg Prawdziwy, a jedynie Archont, który stwarza fałszywy, zły, nieudany świat, nadający się tylko do wytępienia. Natomiast prawdziwym Bogiem, Bożym-wyzwolicielem może być jedynie Jezus, przychodzący zupełnie skądinąd, zewnętrzny w stosunku do stworzenia. A zatem: permanentny, wieczny i nieukojony dualizm ciemności i światła, materii i ducha. U Płatonowa widzę – chociażby w stylistyce – to, co tutaj nazwaliście eksperymentem na poziomie zdania, a co Stasiuk w pewnym momencie nazywa celową nieporadnością, która wreszcie prowadzi do tego, że większość tych zdań przypomina niezborne anakoluty. To jest właśnie próba pokazania – stylistycznie – jak niemożliwe jest zderzenie ducha z materią, zderzenie wrażliwości metafizycznej z absolutnie materialistycznym żargonem bolszewickim, który jak wirus wchodzi w zdania, całkowicie je niszcząc. Przytoczę przykład: „Cerkiew stała na skraju wsi, a za nią zaczynało się już bezludzie jesieni i wieczna socjalugodowość przyrody. Czyklin spojrzał na tę żebraczą ciszę, na odległe zarośla wikliny, zastygłe w gliniastym polu i nic na razie nie mógł im przeciwstawić”. Oprócz tego, że jest to bardzo śmieszne, mamy tu doskonale ujęte doświadczenie spiętrzenia, zderzenia, które nie kończy się rozwiązaniem: doświadczenie podmiotu, czyli ducha, „kontemplującego absolutny bezmiar socjalugodowej przyrody”, czyli bezładnej materii. Dlaczego socjalugodowej? Jak wiadomo, socjalugodowość tak zwanych socjal-zdrajców polegała na tym, że była to – zwalczana przez bolszewików – doktryna kompromisu. Socjalugodowość obojętnej, łagodnej, bezludnej,  żebraczej, ogołoconej, czysto materialnej przyrody, pojawia się tu w absolutnym kontraście wobec podmiotu, „duchowego proletariusza” (jakby powiedział Adam), który – i nie jest to rzadki moment w tej książce – staje zupełnie bezradnie i nic nie może jej przeciwstawić. Ten moment zatrzymania to, dosłownie, aporia: sprzeczność, która uniemożliwia wszelki ruch. Zdania Płatonowa dokładnie naśladują tę teologiczną niezgodność rodem z wizji gnostyckiej, w której istniejący świat jest takim niezbornym anakolutem, a my w nim też jesteśmy chodzącymi anakolutami, ponieważ jesteśmy nieporadnym, niesyntetycznym i nieskładającym się w żadną sensowną całość złożeniem ducha i materii. Dla mnie Płatonow pod tym względem jest fascynujący, być może w żadnej innej światowej literaturze nie doszło do takiego spotkania na szczycie, takiego kosmicznego zderzenia dwóch całkowicie przeciwstawnych spojrzeń na świat: jednego, które wiąże się z metafizycznym optymizmem i zakłada możliwość pracy jako przekształcania materii, a może wręcz jej ostatecznego przeduchowienia – i drugiego, które, po gnostycku, nienawidzi materii i nie przewiduje dla niej żadnej formy zbawienia.  Ta pierwsza perspektywa wyrosła na gruncie zachodniej cywilizacji i zachodniego, dialektycznego chrześcijaństwa, które koniec końców wybrało drogę „socjalugodowej” reformy, ewolucji – czyli heglizmu społecznego. Tę właśnie formułę wychwalał w swoim eseju o Dostojewskim Stanisław Brzozowski, bardzo silnie odcinając się od samego Dostojewskiego, które uznał za reprezentanta wschodniego gnostycyzującego chrześcijaństwa. Optymizm tego ujęcia polega na tym, że widzi on świat jako dialektyczną całość, gdzie koniec końców duch i materia się złożą: u kresu dziejów nastąpi wielkie pojednanie i coś, co  na początku wydawało się tylko anakolutem, w końcu wybrzmi w postaci wielkiego pełnego akordu. W Rosji heglizm ten przyjął się jako doktryna kosmizmu, także mocno ugruntowana teologicznie – ze względu na koncepcję apokatastazy, sformułowaną przez Orygenesa, zgodnie z którą kosmos zmierza ku pełnemu uduchowieniu-uczłowieczeniu, a w konsekwencji nawet sam diabeł może być zbawiony. W „Biesach” Dostojewski doktrynę tę przypisuje staremu Wierchowieńskiemu, który, jak wiadomo, tworzy natchniony romantyczny poemat, gdzie – jak Dostojewski złośliwie zaznacza – „nawet minerały śpiewają”.

Ale perspektywa ta pada na grunt bardzo aporetyczny – grunt rosyjskiego chrześcijaństwa, z jego wschodnim fatalizmem, defetyzmem, absolutnym pesymizmem, w którym koniec końców każdy projekt zostaje przezwyciężony przez entropię, każda cywilizacja przez rozpad, a każde życie jest skazane na śmierć. To poczucie ogromu obojętnej, wszystko zwyciężającej nijako-socjalugodowej przyrody, absolutnej melancholii wszelkiego projektu, który zaraża niemal każdą próbę aktywizmu apriorycznym, odgórnym niepowodzeniem. Rosjanie nie potrzebują Schopenhauera, by ich tego nauczył: jeśli Tołstoj rozczytuje się z upodobaniem w autorze „Świata jako woli i przedstawienia”, to dlatego, że odkrył tam dobrze znajomą nutę.

Na samym zatem początku książki, kiedy mamy ekspozycję głównej postaci, czyli niejakiego Woszczewa (możemy go widzieć jako kogoś w rodzaju sowieckiego odpowiednika Hansa Castorpa, który zamiast lenić się na Czarodziejskiej Górze zostaje zmuszony do kopania Dołu, ale w gruncie rzeczy jest podobną postacią, przeżywającą nieustające niepokoje natury metafizycznej i spotykającą rozmaite emblematyczne postaci, które popychają go na drodze do pewnego – sowieckiego – ekwiwalentu Bildung), pojawia się taki akapit: „Było gorąco, wiał dzielny wiatr, a gdzieś we wsi darły się koguty. Wszystko pochłonięte było pokornym istnieniem, tylko Woszczew wyodrębnił się i milczał. Obok głowy Woszczewa leżał umarły, opadły liść. Wiatr przyniósł go z odległego drzewa, teraz zaś temu liściowi pisana była pokora w ziemi. Woszczew podniósł uschły liść i schował go w tajnym dziale worka, w którym zbierał różne przedmioty nieszczęścia i zapoznania. Nie miałeś sensu życia, z oschłością współczucia stwierdził Woszczew, leż tutaj, dowiem się za co żyłeś i zgniłeś. Skoro nie jesteś nikomu potrzebny i obijasz się po całym świecie, będę cię przechowywał i o tobie pamiętał”. Właściwie ten fragment mówi sam za siebie – ta obojętna masa materii koniec końców zawsze wygrywa, a człowiek zawsze podejmuje wysiłek z góry skazany na niepowodzenie, nieszczęście i zapoznanie, żeby ocalić imię, pojedynczość, nawet jeśli tym pojedynczym bytem jest tylko upadły z drzewa liść. Ale pojedynczość – złe, niepoukładane zderzenie ducha i materii, formy i akcydensu – właśnie jest tym czymś, co ocalone być nie może. To metafizycznie pesymistyczne przeświadczenie przesyca tę książkę na sposób tak dojmujący, że czasem chce nam się śmiać, ale jeszcze częściej płakać. W tym sensie Płatonow wydaje mi się też typowo rosyjski: to jest ten rodzaj wzruszenia, które mam czytając Tołstoja, opisującego żywot pojedynczego chłopa, który rodzi się, wstaje z tej ziemi, na której leżał, robi coś przez chwilę, po czym już na zawsze kładzie się w ziemnym dole i do ziemi powraca. Urodził się – i umarł. Nieubłagany cykl przyrody – wobec którego to, co robimy w trakcie, w środku życia, staje się zupełnie nieistotne. Tę malencholijną pieśń pojedynczego stworzenia, które nic naturze „nie może przeciwstawić”, śpiewa też Wienia Jerofiejew.

Woszczew też ciągle leży i wstaje – jakby testując możliwość anastasis, czyli wstania ostatecznego, zmartwychwstania. W ogóle bohaterowie Platonowa głównie leżą na ziemi – i od czasu do czasu wstają, ale też tylko po to, by kopać dół. Krajobraz tej książki jest absolutnie horyzontalno-wklęsły, bez „nieba gwiaździstego nad nami”. Wektor dołu, wokół którego ciągle leżą różnego rodzaju postacie, wyznacza wszystkie kierunki. I właściwie każde zdanie, w którym Płatonow chce zaznaczyć, że jego bohater coś będzie próbował robi zaczyna się od „leżał i wstał”. Jest zaznaczone, że musi być ten dodatkowy wysiłek, ażeby podnieść się z tej wszystko obejmującej, entropijnej, ziemsko-chtonicznej masy.

Bohaterowie Platonowa głównie leżą na ziemi – i od czasu do czasu wstają, ale też tylko po to, by kopać dół. Krajobraz tej książki jest absolutnie horyzontalno-wklęsły

Adam Pomorski: Chciałem wejść w małą polemikę z Agatą. Podstawowe rozpoznanie dotyczące gnozy oczywiście jest trafne, natomiast mam obawy, czy konstatacje Płatonowa nie stały się w tej wypowiedzi poglądami. Bo diagnoza to nie pogląd, prawda? Jest taki późny tekst publicystyczny jego autorstwa, będący polemiką z rosyjskimi spenglerystami, w którym Płatonow polemizuje z przeciwstawieniem cywilizacji i kultury, poniekąd materii i ducha. Polemizuje w imię kultywowanej niegdyś w Proletkulcie filozofii pracy, pracy w sensie wywiedzionym jeszcze z antycznych czasów, będącej siłą twórczą przeciwko hybris, przeciwko pysze destrukcyjnej. Pracy, która  podział na cywilizację i kulturę, na materię i ducha automatycznie znosi. I znosi w sposób czynny – przecież filozofia pracy to jest jeden z wariantów filozofii czynu, naturalnie dość wykolejony. Z tego punktu widzenia nie odważyłbym się mówić wprost o gnozie; o przeciwstawieniu się gnozie właśnie z takiej pozycji – tak; o zdiagnozowaniu tej gnozy, zdiagnozowaniu całego opisanego przez Agatę stanu rzeczy – tak.

Leżenie na ziemi bohaterów to jest oczywiście utożsamienie się z prochami zmarłych. W tradycji myśli rosyjskiej, do której się tu odwołujemy, cała ziemia to są prochy zmarłych. Gleba umarłych pokoleń, umarłych istot żywych (bo w tym są także zwierzęta)…

Agata Bielik-Robson: Przedmiotów…

Adam Pomorski: Umarłych przedmiotów, ktore zbiera Woszczew. Leżenie i utożsamianie się, również przez kontakt cielesny, z tym światem to jest wstęp do pracy nad powszechnym zmartwychwstaniem fizycznym. I tu dopiero dochodzimy do gnozy, ale właśnie przez jej zaprzeczenie.

Agata Bielik-Robson: Ja nie twierdzę, że Płatonow to jest po prostu czysta gnoza i wcale mnie nie dziwi, że spengleryści nie przypadli mu do gustu z ich jawnie deklarowanym defetyzmem. Wiem, że Płatonow wierzy w pracę i jej triumfy nad materią,, tyleko, że – literacko rzecz biorąc – wiara ta przybiera formę rozpaczliwego (a czasem komicznego) ten fenomen vertigo, w którym zderzają się dwie zupełnie niewspółmierne perspektywy: z jednej strony heglomarksizmu, a przede wszystkim rosyjskiej filozofii pracy, a z drugiej właśnie odczuwalny przy lekturze Płatonowa, to jest doświadczenie zderzenia dwóch perspektyw tj. z jednej strony bardzo głęboko przeżywanej rosyjskiej gnozy, jako, powiedzmy, metafizycznego „układu domyślnego’, a z drugiej heglomarksizmu, przede wszystkim rosyjskiej filozofii pracy. Więc ja uważam, że to jest i gnoza dualistyczna, i zarazem jej przezwyciężanie gnozy, odbywająca się na naszych oczach. To nie jest stary Wierchowieński, który radośnie pisze o śpiewających minerałach, lecz rosyjski heglo-marksista, który wydaje materii straszliwą wojnę, bo ta nigdy u niego nie zaśpiewa. Musimy więcteż odróżnić Płatonowa-pisarza od Płatonowa-myśliciela: efekt literacki jest supertragiczny – to jest więcej niż klasyczna tragedia, gdzie hybris pojedynczego podmiotu zostaje zawsze ukarana przez ogólny los. On być może tak nie myśli, być może tego nie chce, być może się z tym nie utożsamia, natomiast obraz końcowy, jaki otrzymujemy, jest obrazem absolutnej apokalipsy, w którym hybris ludzkiego aktywizmu zostaje ukarana. W tym sensie jest to jest więcej niż klasyczna tragedia, jest to hipertragedia podszyta bardzo negatywną gnozą, w której nie ma mowy o jakimkolwiek tryumfie. Albo tak by się tylko wydawało…

Czym przecież jest tytułowy „Dół”? Jest absolutną wklęsłością. Ziemia wciąga, pochłania wszystko, nie można się od tej ziemi odbić. Nie będzie wieży Babel, nie będzie tej budowli, która miała się odseparować od siły ciążenia i wystrzelić gdzieś w przestworza… I na koniec ów dół okazuje się wielkim zbiorowym grobem. W pewnym momencie następuje w tej powieści (jeśli można ten tekst nazwać powieścią) groteskowe natężenie nieuzasadnionych śmierci. Nagle Oni wszyscy umierają. Kozłow umiera, Safranow umiera, za chwilę chłop uderzony w brzuch też umiera – i wszyscy lądują w tym dole.

Adam Pomorski: I muchy lęgną się w zimie…

Agata Bielik-Robson: No tak, kiedy się okazuje, że kułacy są zagrożeni widmem kolektywizacji, to zabijają całą swoją trzodę, bo wolą już albo sami ją zjeść (i wtedy opychają się tym mięsem aż do zarzygania – te opisy są bardzo drastycznerealistyczne i pełne nienawiści do tych pęczniejących „maszyn z mięsa”opisy tego w „Dole”), albo pozwalają jej zgnić, no i wtedy właśnie lęgną się muchy. Tak czy siak: obraz literacki, bez względu na to w co Płatonow wierzył lub nie wierzył, jest obrazem mrocznej wspólnoty śmierci, tam się celebruje jakiś rodzaj wspólnoty, jest tu jakiś rodzaj religijnego uwznioślenia, communitas, takiej która radykalnej wspólnoty wszystkiego, co istnieje. Ta wspólnota realizuje się w najczarniejszej postaci tylko i wyłącznie we wspólnym umieraniu i wobec śmierci. Jeszcze jeden cytat (wyciągnęłabym go w ogóle na motto), w którym Płatonow opisuje spotkanie Woszczewa z upiornym pochodem skolektywizowanych chłopów, którym odebrano wszystko i którym jest już wszystko jedno, nawet nie chce im się dalej żyć::

„Woszczew leżał z boku i ani rusz nie mógł zasnąć bez spoczynku prawdy wewnątrz swojego życia – w owej chwili wstał ze śniegu i wszedł między ludzi.

– Witajcie! – rozradowany zwrócił się do kołchozu. – Jesteście teraz tacy jak ja – ja też jestem niczym.

– Witaj! – uradował się cały kołchoz przybyciem jednego człowieka”

To jest eschatologiczny obraz, to jest teologiczny obraz świętowania wspólnoty, ale wspólnoty ludzi i istnień unicestwionych i ogołoconych… To jest takie ciemne świecidło.

Danuta Ulicka: Ja jestem znacznie bardziej marksistowsko nastawiona i powiedziałabym, że w „Dole” – nie lekceważąc tych kontekstów gnozy – widoczny jest po prostu stały od początku XIX wieku w kulturze rosyjskiej motyw kajającego się inteligenta, który idzie w lud, żeby ten lud oświecić i zbawić. Ale musi się z nim także zrównać – to jest warunkiem.

Adam Pomorski:  Ale Woszczew nie jest inteligentem!

Danuta Ulicka: Z punktu widzenia reszty jest. Jest tym, który chce do nich dołączyć z pozycji swojej myślowej wyższości. To nie jest inżynier. Inżynier jest optymistycznym wykonawcą racjonalności. A on jest tym świadomym – to określenie Adama – „duchowym proletariuszem” albo duchowym biedniakiem, świadomym w odróżnieniu od tych duchowych biedniaków, którzy świadomi nie są.

Adam Pomorski: To jeszcze jedno: opis tych rojów much we wsi w środku zimy, na mrozie, na ulicy wiejskiej, nie tylko w tych oborach, gdzie gnije trzoda; opis ludzi, którzy w ramach pogrążania się całego świata w dole (wykopanym czy nie) zaczynają obrastać sierścią; albo ta kolektywizacja dokonywana przez kowala, który jednocześnie jest niedźwiedziem, albo niedźwiedzia, który jednocześnie jest kowalem. To jest wykorzystanie motywów folklorystycznych, one przechodzą w mityczne, ale wszystkie razem są jak z Boscha – to jest diabelstwo. Te muchy to przecież jest Belzebub, król much, prawda? I tu nie ma żadnych wątpliwości, jaki to rodzaj świata. W posłowiu do „Dołu” napisałem, że to jest wieża Babel skierowana szczytem w głąb ziemi. I tak na to trzeba patrzeć – Agata w pewnym momencie mówiła o uwznioślaniu, a tu problem polega na tym, że to jest uwznioślanie, ale w dół.

Agata Bielik-Robson: To descendencja a nie transcendencja.

Adam Pomorski: Tak.

Agata Bielik-Robson: Ale ta descendencja też jest jakoś sakralna: to nie jest po prostu tylko piekło, tak jak „Dół” sam to nie tylko dystopia ukazująca koszmary sowieckiej kolektywizacji. Być może w ogóle nie: ani dystopia, ani hipertragedia. Być może święci się tu jeszcze inny, głęboko niepokojący rytuał, który jest wyższym rodzajem gnozy – gnozy antynomicznej. Sam wskazujesz na ważność imienia „Anastazja” – od anastasis oznaczającego zmartwychwstanie, ale tylko po wstąpieniu do piekieł – w którym doktryna antynomiczna zawiera się jakby w pigułce: żeby Jezus mógł powstać z martwych, musi najpierw przejść przez najmroczniejsze rejony śmierci. Ponownie-wstały, anastos, to ten, który najpierw rozkładał się w grobie, by teraz wstać i zacząć podróż ascendencji, ku niebu, gwiazdom i nieśmiertelności. To dlatego właśnie wszyscy bohaterowie „Dołu” zawsze leżą, a następnie powstają, bo tli się w nich iskra obiecanej rezurekcji – a potem znów się kładą, kiedy iskra przytłoczona zwałami martwej materii zagasa. Jak głęboko trzeba więc kopać, by kiedyś móc zacząć budować? Do jakich piekieł trzeba się osunąć, by potem móc się zacząć wznosić? Ilu musi pochłonąć śmierć, by spełniła się obietnica powszechnego zmartwychwstania, w nowych materialistycznych warunkach przejęta przez naukę? Czy wiara w tę „miłą sercu myśl” to właśnie ostateczne słowo tego Bildung, w którym Woszczew znajduje więcej, niż szukał? Jeśli tak, to jest to potwierdzenie skrajnego antynomizmu, w którym totalne apokaliptyczne zniszczenie bytu okazuje się warunkiem koniecznym nowego dzieła stworzenia. Starcie dwóch form materii: martwej, wyziębłej i bylejakiej z tym „nadmiarowym ciepłem życia, które niegdyś zwano duszą”, a które ciska się przeciw entropii, może odbyć się tylko w aurze ostatecznego kataklizmu, straszliwej wojny światła i ciemności, z której nie zostanie kamień na kamieniu. Wszystko musi umrzeć, aby mogło zmartwychwstać w anastazie. Nie ma tu mowy o powolnej transformacji bytu a’la Hegel, bo nic w tym bycie nie współpracuje z ludzką szaloną wolą: wszystko z nią walczy swoim biernym socjalugodowym uporem, który w całości do wytępienia tylko się nadaje. Dlatego musi zginąć, w rewolucyjnym ogniu powszechnego całopalenia. Ale czy naprawdę kiedyś zmartwychwstanie? I czy w tym, co pisze Płatonow, jest choćby jeden ślad nadziei, który pozwalałby na taką wiarę? Znów wrócę do mojego wątku: literatura – samo pisarskie świadectwo Płatonowa – bywa w swych wątpliwościach mądrzejsza od wszelkiej ideologii, w tym przypadku ideologii proletkultowej, której, jak autor twierdził, pozostał wierny do końca. Po przeczytaniu „Dołu”  pozostaje wyłącznie przeraźliwe otchłanne nic, które bynajmniej nie pulsuje możliwościami „nowej kreacji”, bez potencjalności jakiegokolwiek ciągu dalszego. Kres istnienia: not to be continued. Rewolucja jako metafizyczna kara wymierzona zbyt leniwemu, zbyt socjalugodowemu, zbyt bylejakiemu bytowi. 

Po przeczytaniu »Dołu« pozostaje wyłącznie przeraźliwe otchłanne nic, które bynajmniej nie pulsuje możliwościami »nowej kreacji«, bez potencjalności jakiegokolwiek ciągu dalszego.

Jakub Nowacki: Chciałbym wrócić do poruszonej na początku kwestii współczesności. Nowy przekład Adama Pomorskiego otrzymujemy dwadzieścia sześć lat po pionierskim tłumaczeniu Drawicza, po przekładzie profesor Ulickiej i wydanym także w tym roku pt. „Wykop” tłumaczeniu Aleksandra Janowskiego. Po co na nowo przekładać Płatonowa? Co nam może powiedzieć ta powieść w 2017 roku?

Adam Pomorski: Myślę, że jest coś takiego, czego nam zaczęło brakować i co chyba dość wyraźnie się uwidacznia w tym, czym się zajmujemy, każdy z osobna (ale witamy chętnie każdą jednostkę w naszym kołchozie!). Otóż nie w Polsce tylko, bo w całej kulturze euroatlantyckiej, już dawno zgubiliśmy modernizm. Moje pokolenie dobierało sobie lektury w bardzo wyraźnej poetyce filozofii języka, filozofii sztuki, filozofii kultury… Tę poetykę, to wszystko daje się określić zbiorczym pojęciem „modernizmu” w szerokim, używanym dziś za Anglosasami, pojęciu sztuki i kultury nowoczesnej. Zgubiliśmy to podczas naszych politycznych transformacji, które są przecież także transformacjami cywilizacyjnymi i kulturalnymi.

Może się okazać, że na przykład Płatonow może być szczepionką na te zmiany, bo tkwią w jego dziele wszystkie elementy modernistyczne, pierwiastki wielkiej kultury nowoczesnej, a najważniejszy z nich ma charakter językowy. Kataklizm eschatologiczny przebiega tam, gdzie odkrywamy, że czegoś nie da się wypowiedzieć w płaskim języku. To troszkę tak, jak po rewolucji, po wojnie domowej w Rosji, gdy odwróciły sie bieguny: biegun zycia i biegun śmierci. Wcześniej życie to była „materia”, jak mówi Agata, to znaczy cała ta fizjologiczna strona, śmierć natomiast nie mogła się obejść bez sfery duchowej. Tymczasem nastąpiło odwrócenie: inteligenci rosyjscy powracający do Petersburga po wojnie domowej (to się powtarzało wszędzie), po prostu powracający po tych latach totalnego zniszczenia do kultury, wracali do świata, w którym, jak u Płatonowa, materia, fizjologia to świat śmierci. Jeden z bohaterów opowiadania Wsiewołoda Iwanowa, rosyjskiego prozaika debiutującego po rewolucji (zresztą dobrego), mówi: „Nie ma nic prostszego niż zabić człowieka”. Oto fizjologia piekielna, fizjologia głodu, śmierci, chorób, wynaturzonego seksu, gwałtu zbiorowego… Tymczasem sfera ducha, sfera psychiki, sfera psyche, stała się po tych doświadczeniach granicznych sferą życia. Gnoza, którą dostrzega Agata, jest gdzieś tutaj zakotwiczona, nawet historycznie. A dzisiaj i dla nas nadszedł czas przesilenia. Wracają niepokoje również, powiedziałbym, na skalę eschatologiczną. Musimy wrócić do takiego języka w sztuce, w kulturze, który jest pojemniejszy, przestronniejszy, obejmujący więcej, pokazujący inną rzeczywistość.

Spotkania "Małego Formatu"
Tekst jest zapisem dyskusji wokół nowego przekładu "Dołu" Andrieja Płatonowa z udziałem tłumacza Adama Pomorskiego, Agaty Bielik Robson i Danuty Ulickiej. Spotkanie, które odbyło się 11 lipca 2017 r. poprowadził Jakub Nowacki z "Małego Formatu".

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Publikował teksty o literaturze w "Twórczości", "Tygodniku Powszechnym", "Ha!arcie", "ArtPapierze", "Popmodernie", kwartalniku "KONTENT" i "Niewinnych Czarodziejach". Mieszka w Pruszkowie. W "Małym Formacie" pisze i redaguje.
Agata Bielik-Robson
ur. 1966, filozofka i publicystka, profesorka na Wydziale Teologii Uniwersytetu w Nottingham oraz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Ostatnio wydała „Cienie pod czerwoną skałą. Eseje o literaturze”.
Adam Pomorski
ur. 1956, tłumacz literatury pięknej z rosyjskiego, niemieckiego, angielskiego, białoruskiego i ukraińskiego, eseista, krytyk literacki.Od 2010 roku Prezes Polskiego PEN Clubu. Autor m. in. książki: „Duchowy proletariusz: przyczynek do dziejów lamarkizmu społecznego i rosyjskiego kosmizmu XIX-XX wieku (na marginesie antyutopii Andrieja Płatonowa)”
Danuta Ulicka
ur. 1956, literaturoznawczyni i tłumaczka literatury rosyjskiej, znawczyni twórczości Michaiła Bachtina, profesor zwyczajna w Zakładzie Poetyki, Metodologii i Teorii Literatury na Wydziale Polonistyki UW.

Spotkania "Małego Formatu"
Tekst jest zapisem dyskusji wokół nowego przekładu "Dołu" Andrieja Płatonowa z udziałem tłumacza Adama Pomorskiego, Agaty Bielik Robson i Danuty Ulickiej. Spotkanie, które odbyło się 11 lipca 2017 r. poprowadził Jakub Nowacki z "Małego Formatu".