Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

 

I. W przedpokoju

W historii literatury zjawisko zamazywania doświadczenia, które nie mieści się łatwo w ramach społecznych, jest dobrze rozpoznane. Z prozy Jarosława Iwaszkiewicza, Jerzego Andrzejewskiego czy nawet Ignacego Karpowicza świetnie znamy zabiegi zmiany płci pierwotnie homoseksualnych bohaterów, umieszczania ich wątków w odległych epokach albo w wymyślonych światach. O tym, jak trudno wyjść poza zwyczaj wkładania kostiumu, świadczy ostatnia powieść Karpowicza „Miłość”, o czym pisałam na łamach culture.pl. Gdy wydawało się, że pisarz wreszcie zdecyduje się urządzić literacki coming out, okazało się, że wciąż komunikuje się poprzez stylistyczne przebrania: kreuje anachronicznie wystylizowaną Stokroć (Stawisko zmiksowane z Nawłocią), próbuje sił w dystopii w konwencji „Roku 1984” albo w baśni-przypowieści. Robi tym samym krok do przodu w treści, a zarazem krok do tyłu w formie. Często w podobny sposób zachowują się piszące dziś kobiety.

Odpowiedzią na pytanie dlaczego doświadczenie kobiece, na pozór lepiej oswojone społecznie niż homoseksualizm, miałoby być tak trudne do wypowiedzenia, nie może być tylko patriarchat czy udział kościoła katolickiego w regulowaniu obyczajowości. Żeńską ekspresję krępują przede wszystkim reguły pola literackiego, również w bardziej liberalnych społeczeństwach zachodnich. Organizacja VIDA, która zajmuje się badaniami na ten temat w Stanach Zjednoczonych, zaraportowała na przykład, że w roku 2015 „New York Review of Books” napisał o 889 autorach, z czego tylko o 187 (21%) pisarkach. Autorki uzyskują też większe zainteresowanie agencji literackich, jeśli zgłoszą maszynopis pod męskim pseudonimem. W Polsce, poza nagrodami tematycznie żeńskimi (jak Gryfia), kapituły nagród literackich mają przeważający męski i „męskolubny” charakter. Szeroko komentowane były zeszłoroczne nominacje do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, której finalistami zostali wyłącznie mężczyźni (w roku 2018 do finału dostały się cztery poetki i jeden poeta). Proporcja mężczyzn do kobiet w dwudziestkach nominowanych do Nike z ostatnich pięciu lat to 2/3 do 1/3. Trzonem kryminalnej wrocławskiej Nagrody Wielkiego Kalibru, imprezy organizowanej przez Irka Grina, są powtarzające się męskie nazwiska wśród jurorów i nominowanych. Itd., itp.

Żeńską ekspresję krępują przede wszystkim reguły pola literackiego, również w bardziej liberalnych społeczeństwach zachodnich

Oczywiście reguły pola działają dyskretnie i rzadko jest tak, że uprzywilejowani mężczyźni intencjonalnie i z pełną świadomością bronią kobietom wstępu na swój teren. Żeby lepiej zrozumieć, jak działa ta niewidoczna siła, możemy przyjrzeć się, jak kreują się sami pisarze i pisarki. Okazuje się, że ci najbardziej popularni i te najbardziej znane prezentują się w szalenie konwencjonalnych rolach płciowych. Katarzyna Bonda nosi czerwone sukienki i demonstruje długie blond włosy. Katarzyna Michalak nagrywa teledyski, w których przechadza się w zwiewnej sukni między drzewami i przekonuje o zbawczej roli miłości. Szczepan Twardoch pozuje z drogimi symbolami statusu, fotografuje się na lodowcu, w rękawicach bokserskich albo z pistoletem. Jacek Dehnel stylizuje się na arystokratycznego estetę i nawołuje do powrotu do tradycyjnych zasad savoir-vivre’u nawet w kolejce z Warszawy Centralnej na Wschodnią.

Skoro sami autorzy i autorki dążą do stereotypizacji, to być może zdają sobie sprawę, że autentyczne doświadczenie – przedstawione uczciwie ze swoimi niejednoznacznościami i w lokalnym kontekście – nie zarobiłoby tak łatwo punktów w światku literackim. Potwierdzeniem mógłby tu być los takich książek jak „Alicyjka” Liliany Hermetz (o trudnej relacji matki i córki) czy „Obsoletki” Justyny Bargielskiej (o kobietach, które doświadczyły ciąży z obumarciem płodu) – książki te uzyskały kilka pochwał, a potem słuch o nich zaginął.

Jeżeli przyjmiemy to założenie, okaże się, że reguły pola literackiego mogą łączyć porządki dystynkcji pochodzące z dwóch tradycji: romantycznej i postkapitalistycznej. Zgodnie z tą pierwszą artysta to raczej mężczyzna, który pięknym językiem mówi coś ważnego o sprawach ogólnospołecznych, nie zaś o mniejszościowych, intymnych doświadczeniach. Zgodnie z tą drugą osoby, które odnoszą sukces, powinny ładnie wyglądać i opowiadać w powszechnie zrozumiałych kodach, typowych dla współczesnego mieszczaństwa, że im się powiodło.

W takim kontekście mówienie doniosłym, autonomicznym głosem przez kobiety wydaje się misją niemożliwą: zarówno robienie tego, jak i nierobienie spycha na margines. Trzeba przyznać, że w najnowszej prozie otwartych zostało wiele drzwi tematycznych, stanowiących dawne tabu: przemoc i nadużycia w relacjach damsko-męskich i damsko-damskich, trudne uczucia związane z ciążą i dziećmi, starzenie się kobiety, w tym seksualność starszej kobiety, uzależnienia. Jednak kwestie te nie zwiastują sukcesu towarzyskiego ani wydawniczego i może właśnie dlatego autorki bardzo często wybierają kostium ostrożnych albo zwyczajnie anachronicznych stylistyk.

 

II. Niedokończony bunt

Bunt ma jasną funkcję rozwojową: nastolatek sprzeciwia się wzorcom rodzicielskim, żeby odnaleźć swoją tożsamość, stać się autonomiczną osobą. W prozie kobiecej ten bunt wobec męskocentrycznej tradycji literackiej zatrzymuje się w pół drogi, a pisarki często okazują się mówić cudzymi albo stłumionymi głosami.

Acting out

Aby to zobaczyć, warto przyjrzeć się sposobom pisania o przemocy. Przemoc – jako zagrożenie z zewnątrz, wobec którego trzeba zawalczyć o siebie – jest idealną sytuacją do badania. Trzeba tu wspomnieć o bezprecedensowym „Danke” Dominiki Dymińskiej, zwiastunie akcji #metoo w polskim wydaniu. Bohaterką poematu, napisanego w anachronicznie romantycznym stylu, przypominającym nieco Wielką Improwizację, jest ofiara męskich nadużyć w środowisku uznającym się za postępowe i feministyczne. Bulimiczka. Wymiotowanie to symbol jej relacji ze światem: mimo dużej potrzeby wykrzyczenia swoich racji przegrywa w zmaganiach z innymi ludźmi, mówiąc im ostatecznie tylko „nie, dziękuję”. Nie staje się mówiącym własnym głosem podmiotem; jej działania to wyłącznie wydalanie i odrzucanie innych ludzi oraz związanych z nimi pragnień. Dalsze, pozaliterackie losy tej książki to dowód, że wypowiedzenie prawdy o własnej krzywdzie jest nie tylko trudne formalnie, ale też nie znajduje łatwo miejsca ani w polu literackim, ani w kulturalnych środowiskach. Narażone jest na relatywizowanie i liczne zaprzeczenia, a żeby wybrzmiało, potrzebuje dodatkowego wsparcia w postaci akcji społecznych. Przykładem może być potrzeba wskazania z imienia i nazwiska negatywnego bohatera poematu, a potem piętnowanie jego postawy nie tylko poprzez publikacje, lecz także poprzez działanie performatywne (takie jak protest sojuszników i sojuszniczek autorki na spotkaniu autorskim z Jakubem Dymkiem w czasie Warszawskich Targów Książki 2018).

Estetyzacja

Przemoc i nadużycia często są też opakowane w formę, która zostawia odbiorcy możliwość niekonfrontowania się z ich pełnym znaczeniem. W „Sztuczkach” Joanny Lech gęsta ekspresja „baśni z dzieciństwa” raczej ukrywa niż uwydatnia drastyczne doświadczenia narratorki związane z przemocą i śmiercią. Lech opowiada o świecie zaniedbanej, osamotnionej dziewczyny: zostawianej przez matkę, szorstko traktowanej przez dziadków, narażonej na okrucieństwa wiejskiego życia. Z jednej strony mamy tam konkret – bardzo dużo opisów śmierci i udręczonych ciał. Z drugiej strony narratorka przerabia je wszystkie na ładne obrazy – zamiast czegoś przerażającego odbiorcy widzą zgrabnie poukładane słowa i wypracowane metafory. Przestają one mówić o samotności bohaterki, o tym, że nikt jej nie widzi, o tym, jak to, co powierzyła innym osobom, umiera po kawałku wraz z ich utratą. Narratorka przerabia zagrożenie martwotą na ładne obrazy.

Przemoc i nadużycia często są też opakowane w formę, która zostawia odbiorcy możliwość niekonfrontowania się z ich pełnym znaczeniem

Do tego, podejmując konwencję selfie-feminizmu, odtwarza również jego paradoks, o którym pisała na przykład Agata Pyzik na łamach „Szumu”. W mediach społecznościowych kreuje, zapewne z intencją krytyczną, wizerunek imprezowej dziewczyny. Stylizując się jednak na sugar girl bez wyraźnego cudzysłowu, raczej daje przyzwolenie na „tradycyjne” męskie zaczepki i komentarze (nieodnoszące się bynajmniej do jej twórczości), niż zachęca do refleksji nad uprzedmiotowieniem kobiety.

W podobnym kierunku idzie Wioletta Grzegorzewska, której pierwsza książka prozatorska „Guguły” znalazła się w 2017 roku na długiej liście nominacji do Nagrody Bookera. Druga powieść „Stancje” opowiada o bezdomności i wykorzenieniu dziewczyny ze wsi, która przeniosła się do miasta. Narratorka tuła się po Częstochowie w poszukiwaniu kwatery, aż wreszcie znajduje miejsce w domu zakonnym. Gdy jedna z sióstr wymierza jej policzek za drobną niesubordynację, narratorka przypomina sobie, jak była bita przez bliskie osoby – ojca, matkę i babcię: „Mam kilka lat i nie potrafię się schować. Wszyscy są ode mnie silniejsi, wymachują rękami, jakby chcieli wyszarpać ode mnie coś na własność”. Jej reakcja tylko na pozór jest odreagowaniem i zemstą – złość zostaje szybko przygaszona potrzebą namalowania ładnego obrazu literackiego:

Kiwam się jak ogłuszone łopatą szczenię, potem chwytam metalowy pręt i pamiętając wszystkie uderzenia, wszystkie ciosy, wszystkie razy, szarpania i klapsy, grzmocę worek tak długo, aż juta pęka. Przez otwór wycieka złoty strumień ziaren.

Narratorka karze samą siebie za krzywdy, których doświadczyła; nie pozwala sobie na żadną przyjemność, łącząc potencjalnie pozytywne przeżycia z bólem. Jednocześnie błędnie utożsamia swój masochizm z wyzwoleniem:

Myśląc o panu Karolu, długo i boleśnie się onanizuję. Czasem szczypię się tak mocno w przedramiona i uda, aż pojawiają się na nich siniaki. Posiniaczone tkanki nabierają kolorów i tracą przezroczystość, sprawiając, że na chwilę odzyskuję ciało, o którym kilka lat wcześniej wolałam zapomnieć.

Na końcu powieści narratorka krzyczy – w próżnię.

Racjonalizacja

Trudne intymne doświadczenia można też wpleść w częściowo pozaosobisty sposób mówienia. Przykładem jest tutaj „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber, osobisty memoir autorki o jej uzależnieniu, napisany jednak przy użyciu współczesnego dyskursu książek samopomocowych i poradników rozwoju duchowego. Z jednej strony autorka uwodzi bezkompromisową szczerością, z drugiej funduje nam życiowe porady, a z trzeciej ironicznie dystansuje się od swoich terapeutycznych doświadczeń i ich współtowarzyszy. Tak jakby budowała chwiejny kompromis między własnym, intymnym językiem, a tym, co wypada powiedzieć warszawskiej dziennikarce.

Poczucie nieadekwatności można też zracjonalizować. W mądre uogólnienia psychologiczne obfitują książki Magdaleny Tulli. W zbiorze „Włoskie szpilki” znajduje się na przykład opowiadanie „Klucz” – jego bohaterka doświadcza okrucieństwa szkoły i zimnej, wymagającej matki. Czuje się odrzucona, wyobcowana, uważa, że w świecie nie ma dla niej miejsca. Opisując to doświadczenie, narratorka łączy je z przekazem pokoleniowym i rodzimą historią. Ta refleksja, mimo że zapewne trafna, oddala jednak czytelnika od świata przeżywanego postaci:

Pewnie i ona chętnie znalazłaby sobie ofiarę, tylko że jakoś nie mogła natrafić na nikogo słabszego od siebie. Więc tylko wciąż na nowo zaczynała się zastanawiać, czy aby na pewno została ulepiona z tej samej gliny, co inni. […] nie znalazłam sposobu, by ją przekonać, że kłopoty, z którymi się boryka, są starsze od niej. Że tak samo jak białe kafle w kobaltowoniebieski wzór pochodzą z poprzedniego świata. Z tego, który płonął i rozsypywał się w gruzy wiele lat przed jej urodzeniem.

 

III. Publicystki, socjolożki, językoznawczynie

Jeśli mowa o uogólnieniach psychologicznych, trzeba wspomnieć o autorkach, które przedkładają diagnozy społeczne nad odtwarzanie świata wewnętrznego swoich bohaterek. W „Jak pokochać centra handlowe” Natalia Fiedorczuk całkiem szczerze przedstawia frustracje i lęki współczesnej Polki spodziewającej się dziecka, a potem próbującej to dziecko wychować. Narratorka ma obsesję na punkcie artykułów konsumpcyjnych, swojego wyglądu i ładnie zaprojektowanych mieszkań. Nie dokonuje jednak żadnej głębszej introspekcji, a za swoje problemy szybko zaczyna obwiniać posttransformacyjny kapitalizm, epokę umów śmieciowych i narzucony z zewnątrz przymus wyglądania ładnie. Gdyby ktoś miał wątpliwości, z jakiej perspektywy pisze sama Fiedorczuk, na końcu zamieszcza ona odautorskie wyjaśnienie tego, jak kobiety podlegają w społeczeństwie różnym presjom.

Transformacja jako bohaterka pojawia się również w drugiej powieści Anny Cieplak „Lata powyżej zera”. Popkulturowe symbole wczesnych lat 2000. przesłaniają w niej przeżycia bohaterki zaniedbywanej przez rodziców i narażonej przez to na rozmaite niebezpieczeństwa, w tym groźne przekraczanie granic w relacjach z mężczyznami. Treściowo książka ta sytuuje się blisko „Danke”, ale – sądząc po recenzjach – tego rodzaju skojarzenie pozostaje zupełnie nieoczywiste właśnie z uwagi na dekoracje z epoki.

Socjologiczne spojrzenie może czasem prowadzić do swego rodzaju rozszczepienia, kiedy autorka kreuje zupełnie różną od siebie bohaterkę, nadając jej cechy odpowiednie do analizowanego tematu – prowincjonalność, biedę czy różnego rodzaju problemy rodzinne. W skrajnych przypadkach otrzymujemy powieści, w których jesteśmy zmuszeni patrzeć na bohaterów jak na Indian w rezerwacie. Na przykład „Jolanta” Sylwii Chutnik to portret prostej mieszkanki Żerania pochodzącej z warstw ludowych, będący raczej ilustracją transformacji niż historią, w której czytelniczka mogłaby się rozpoznać. Z kolei „Maszkaron” Patrycji Pustkowiak to satyra, w której skarykaturyzowany zostaje problem niedostosowania kobiety do społecznych wymogów. Jej bohaterka opisywana jest jako nierealistycznie brzydka, natomiast ludzie wokół niej – akademicka przedstawicielka „kawiorowej lewicy”, zadbane kobiety chodzące na crossfit czy tradycyjna rodzina – są przedstawiani w skrajnie prześmiewczy sposób. Zamiast efektu prawdopodobieństwa, który mógłby wzbudzać zrozumienie i współczucie, autorka stworzyła więc coś na kształt kabaretowego przedstawienia.

Skrajnością w tej kategorii jest „Krótka wymiana ognia” Zyty Rudzkiej. Autorka odważnie podejmuje temat starości, czyniąc bohaterką książki 70-letnią pisarkę. Niestety postać ta staje się pojemnikiem na wszystkie możliwe „ważne tematy”, począwszy od Holokaustu, poprzez wiejskie pochodzenie i trudne relacje między matką a córką, aż po seksualność starej kobiety. Papierowość tej postaci przejawia się w teatralizacji scen i zabawach językowych utrzymanych w duchu poezji neolingwistycznej – każde zdarzenie z życia bohaterki staje się okazją do bon motów. Ostatecznie bohaterka, która miała szansę być pełnokrwistą postacią, niknie w przesadnej nadekspresji.

Jeszcze innym rozwiązaniem jest opisywanie samego mechanizmu rozproszonej przemocy, determinującego społeczne role, trajektorie i praktyki, określającego tożsamościowe zmagania nas wszystkich. Przykładem są „Inni ludzie” Doroty Masłowskiej – w perspektywie tej książki nikt nie jest winny, a podmiotowość  zatraca się jako pojęcie i problem. Bohaterem staje się język i związane z nim wartościowanie, podczas gdy same kobiety dosłownie znikają:

Szybko połknęła xanax i jasna chmura niczego szybko
jak zawsze spłynęła na jej jaźń, czyniąc ją wolną, jasną i czystą.
Nie śniło jej się nic, niczego nie pragnęła, w wielkich kopcach niczego
leżała aż do rana wśród goryli, które tańczyły wokół lekko.
Nie spali ze sobą od dawna, nie wiedzieli dlaczego. Dziecko
woziła brudną terenówką coraz szybciej na basen i niemiecki,
malowała się coraz mocniej i zwiększała dawki, tylko o trochę.
Codziennie, że wyjdzie i trzaśnie drzwiami, przysięgała sobie,
ale codziennie zostawała i nie trzaskała niczym.

 

IV. Outsiderki

Co zatem zrobić, żeby mówić własnym głosem? Można dokonać cudu – przebić się przez szklane sufity i wygrać grę obowiązującą w polu literackim, tak jak Olga Tokarczuk (laureatka tegorocznej Nagrody Bookera), w swojej twórczości nawiązująca do pierwotnych wzorców, związków człowieka z naturą i pogańskich wierzeń. Pisarka ta kojarzy się jednak trochę z figurą „wiedźmy” i może dlatego – mimo iż porusza czułe struny polskiej historii – tak naprawdę nie drażni salonowych bywalców.

Można też wymknąć się poza środowiskową dynamikę i mieć w nosie dystynkcje oficjalnego pola literackiego. Wiadomo: im bliżej centrum, tym działa ono silniej. Ale za bycie outsiderką płaci się swoją cenę. O finalistce Nike, Genowefie Jakubowskiej-Fijałkowskiej z Mikołowa, mało kto słyszał, mimo że pisze ona od kilkudziesięciu lat. Po wręczeniu nagrody znów o niej przycichło. A przecież jej twórczość pozostaje autentyczna i wyrazista – wystarczy spojrzeć na wiersz z wyróżnionego tomu „Paraliż przysenny”, cytowany już zresztą na łamach „Małego Formatu” przez Marcina Bełzę:

Sypią mi się włosy

jak po chemioterapii
to nie rak
to starość kurwa starość
na nic skrzyp polny
szampony trzy w jednym suplementy diety
odżywki balsamy olejek arganowy
gaje oliwne na włosy
może powinnam spać już gotowa
w czarnej garsonce z fioletową apaszką na szyi

Wydaje się, że Fijałkowska przekracza klincz opisany przez Grażyna Plebanek w powieści „Bokserka”. Opowiada ona o kobiecie, która próbuje być silna, trenuje boks i osiąga w tym sukcesy, ale nie radzi sobie z krzywdzącymi ją mężczyznami. W książce Plebanek pada następujący komentarz: „Kiedy ją zostawił kilka miesięcy temu, nauczyła się bić. Ale nie nauczyła się skutecznie mówić »nie«”. Fijałkowska mówi „nie” bardzo skutecznie, jednak jej twórczość zostaje zepchnięta na margines. To pokazuje dylemat, przed którym staje polska pisarka: czy powiedzieć dużo i dosadnie, ale przez to zamieszkać w wiecznym literackim przedpokoju, czy może opuścić go na rzecz salonu, ale wyrzec się części własnego głosu?

Joanna Stryjczyk
doktorka literaturoznawstwa (Instytut Kultury Polskiej UW) i psycholożka, pracuje jako redaktorka naczelna Culture.pl i psychoterapeutka.
POPRZEDNI

szkic  

Głębokie gardło. Wkład pierwszy, poszerzony

— Piotr Seweryn Rosół

NASTĘPNY

rozmowa  

Ujść w szumie

— Łukasz Żurek, Paulina Chorzewska