fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

1. Co według Ciebie zasługuje na największą uwagę w poezji Tomasza Pułki?

Agata Jabłońska: Nie wiem, czy jestem właściwą osobą, żeby o tym decydować. Jego pisanie skupia moją uwagę jako całość, ale tropię w nim rzeczy bardzo pozaliterackie. Pamiętam Tomka z czasów, kiedy debiutował w aurze objawienia i kiedy niejedna mądra głowa próbowała prognozować, co z tego wyniknie. To wciągające, widzieć jak bardzo przyszłość okazała się nieprzewidywalna.

Radosław Jurczak: Wolność. Nie cierpię porównań Pułki do Rimbauda, ale działalność Pułki to był w pewnym sensie moment rimbaudowski polskiej poezji – o tyle, że właściwie każda jego książka stanowi jasny komunikat: „zobaczcie, mogę wszystko i w dodatku naraz”. Zetknięcie z tego typu absolutną swobodą i suwerennością głosu naprawdę dużo daje, najwięcej pewnie początkującym poetom/poetkom. Dlatego myślę, że w długim trwaniu szok, który pojawia się przy pierwszej lekturze Pułki, będzie miał głębsze konsekwencje, niż jego (skądinąd ważne) osiągnięcia w składni poetyckiej, rozwiązania formalne etc. Każdej literaturze dobrze robi pewien zasób arbitralnej swobody, po polsku tego nigdy nie było dużo (myślę, że nawet Ryba jest znacznie bardziej skrępowany).

Szymon Słomczyński: To, że „ktoś (?) dał mu lekkość w kreśleniu / wierszy” i on tego daru (?) nie zmarnował. W cytowanym tutaj, nieco uzurpatorsko, „Wierszyku z materaca” zawiera się zresztą większość tego, co dla mnie u Pułki najważniejsze. Mianowicie, czytając „Wierszyk z materaca”, czuję, że „FAZA PANY”, ale taka faza, którą się osiąga, przyjmując na trzeźwo ten kawałek; w chwili, w której go słyszę, najdosłowniej nic innego nie jest mi potrzebne. Przy czym DJ Pułka ma na tyle rozległy repertuar, że można go śmiało wpuścić za konsolę na dowolnym etapie imprezy, a nad ranem zaprosić do siebie („samej siebie”), mając pewność, że łatwo się nie zaśnie.

„Przynajmniej »ja« tak mam” z Pułką. Wyraźnie go (ściśle: jego wiersze; autora nie znałem) słyszę i chcę słuchać dalej. Wyjaśnienia przyczyn zasłuchania podpowiadane przez lewą półkulę są niewystarczające i bałamutne. Ciągła skłonność tej poezji do podważania „siebie”? Jej brak precyzji, rozumianej zarówno jako zbytnia jednoznaczność, jak i przywiązanie do stale obecnego rytmicznego ograniczenia, połączony z niebywale łatwo, jakby mimochodem, osiąganą melodyjnością? Zdolność do wywoływania wrażenia, że obcuje się z takim sposobem dobierania słów i dźwięków, który traktuje je z rzeczywistą, a nie tylko pozorną, a w istocie poddaną gramatycznym rygorom swobodą? (Uff!) Najprędzej gotów jestem uwierzyć w ostatnie, bo co innego, jeśli nie taka swoboda, może przekonywać, że ktoś język, w którym pisze, i który zarazem współtworzy, naprawdę szanuje i docenia, w całej jego rozpiętości, od „Trututu”, poprzez „tłuste/błyszczące” aż po „elegancko pierdolę”?

Krzysztof Sztafa: Współlokator Paweł podpowiedział mi: FAZA PANY. Najciekawsze w poezji Pułki wydaje mi się to, że może ona zainteresować typów i typiarki spoza literackiego uniwersum – to niesamowita zaleta tej twórczości. Nie ma w niej polonistycznego przypału, tego rozmemłanego, lirycznego srolololo – jest za to dużo ruchu i takiej filuternej, bezczelnej dynamiki.

Rafał Wawrzyńczyk: Żądza pisania, żądza wydawania książek, żądza organizowania pola wokół siebie. Nie każdy to ma, nie każdy to potrafi. Przebłyskujący spomiędzy fraz – właśnie „spomiędzy”, niekoniecznie „z” – błyskotliwy intelekt. Skoczna jak wróbel intuicja. Zmysł zabawy. Swoiste dla niektórych autorów, umiejętnie podtrzymywane, poczucie obietnicy – że w następnym wierszu, w następnej książce nastąpi „to”, święto prawdy, literacka paruzja, gotowy styl zsyłający łaski. Najciekawszy w poezji Tomka wydaje mi się on sam. I jego właśnie nie ma.

 

2. Czy na Twoją własną twórczość poetycką/prozatorską/krytyczną (względnie: szerzej rozumiane wybory estetyczne) miał wpływ kontakt z pisarstwem Tomasza Pułki? Jeśli tak, to jak byś go scharakteryzował(a)?

Agata Jabłońska: Pewna część moich wyborów artystycznych, aż po decyzję o niepisaniu, została podjęta w kontrze do tego, co widziałam u Tomka. W którymś momencie uważałam go za – być może genialne – ale kompletnie nieświadome medium. Miałam wrażenie, że wiersze przechodzą przez niego bez jego udziału, że piszą się w jakimś sensie poza nim. Raczej nie dowiemy się, jak było naprawdę, ale bardzo długo broniłam się przed taką metodą twórczą, byłam przekonana, że łamie to podstawowe zasady. Teraz nie jestem pewna ani czy to naprawdę źle, ani czy Tomek tak działał.

Radosław Jurczak: W moim przypadku ten wpływ jest dość fundamentalny, tzn. dwa pierwsze wiersze naprawdę współczesne, z którymi się zetknąłem, to „wiersz (trackless)” Sosnowskiego i zaraz potem „Blenda” Pułki. To był 2012 rok, w istniejącym jeszcze „Przekroju” opublikowano obszerny nekrolog Pułki, pisał go w ogóle bodaj Roman Kurkiewicz (heh). I w tym nekrologu cytowano wiersz, właśnie „Blendę”, nie pamiętam już, czy w całości, czy jakieś obszerne fragmenty, ale do dzisiaj żaden pojedynczy tekst mnie tak fundamentalnie nie zmienił. Cokolwiek oznacza sformułowanie „nowa poezja”, mniej więcej w momencie czytania „nasze łodzie się miną (grymas uśmiechu), // nasze łodzie się mienią (brokat i cekiny)” miałem przekonanie, że właśnie tak wygląda nowa poezja (cokolwiek miałem/mam przez to na myśli). To przekonanie jest już pewnie nie do zmiany, tj. wzorce na tym poziomie ogólności, wzorce myślenia o wierszu, utrwalają się raczej jednorazowo i nieodwracalnie.

Szymon Słomczyński: Rozumiem, że pytacie zarówno o „kontakt”, jak i o „wykonanie”. Jeśli idzie o pierwsze, to niewykluczone, że bez tego kontaktu moje własne pisanie nie nabrałoby do dziś rozmiarów książkowych, a zatem pod przyszłym „my wszyscy z niego” podpisałbym się nieśmiało, acz wyraźnie, gdybym nieoczekiwanie nabrał zwyczaju podpisywania się pod czymś, czego sam nie napisałem. Z „wykonaniem” sprawy mają się inaczej – kiedy piszę wierszem, staram się patrzeć przed siebie i niechętnie rozglądam się na boki; natomiast jestem przekonany, że gdybym się rozejrzał, to okazałoby się, że Pułka jest niedaleko. Mam przy tym na myśli i jego (poetycką) materię, i (poetyckiego, rzecz jasna) ducha.

Krzysztof Sztafa: Jasne. Charakterystyka: uciekać od „polonistycznej” nudy. Pułka był w swoich sądach dotyczących literatury bezpośredni i żywiołowy, generalnie nie zmulał jak klasyczny „literat”, nie zamykał się w poetyckim getcie, nie asekurował się, nie był wyrachowany. Bardzo to szanuję. Problem ze światem literackim jest następujący: TO NUDA. Przychodzisz na autorskie spotkanie i po paru minutach masz dość – typy i typiarki (klasycy) siedzą, zazwyczaj coś tam dukają pod nosem, czytają te swoje smutne wiersze i nic z tego nie wynika. Współlokator Paweł ładnie to podsumował: „no zacząłem pisać wiersze, bo skumałem, że nie muszę być jak Różycki”.

Rafał Wawrzyńczyk: Nie sądzę. Było raczej tak, że mieliśmy tych samych idoli i zaczynaliśmy bawić się w literaturę w tym samym momencie. Nasze wybory estetyczne były dosyć podobne dzięki wspólnocie warunków, jakie nas uformowały.

 

3. Czy wracasz do tego pisania? Do jakich tekstów/tomów/cykli jesteś przywiązany/przywiązana najmocniej i dlaczego?

Agata Jabłońska: Jest taki wiersz o zamykającym oczy Halfce – byłam przy jego narodzinach, które zbiegły się z sytuacją, w której pierwszy raz miałam do czynienia z Tomkiem-człowiekiem, a nie rozwydrzonym, skąpanym w otaczającym go kulcie, pyskatym małolatem (to bardzo długa historia). Potem, po „Paralaksie”, zaczęło się w pisaniu Pułki robić dużo ciekawiej, ale miłość nie wybiera.

Radosław Jurczak: Kilka lat temu wracałem bardzo często. Teraz, co zabawne, z Pułką mam właściwie tak samo, jak z Miłoszem. Ashbery pisał, że każdy poeta ma pojedyncze książki, do których wraca wtedy, kiedy potrzebuje z jakichś powodów przypomnieć sobie, jak wygląda – jak powinna wyglądać – poezja, wrócić do początku, do czegoś, co nigdy nie okazuje się martwe. Miał chyba rację, w każdym razie mniej więcej tak działa dla mnie teraz Pułka.

Najczęściej wracam do „Mixtape’u”, często do „Paralaksy w weekend”. „Mixtape” uważam zresztą za najlepszą książkę Pułki, bo najbardziej przemyślaną, świadomą, konsekwentną, on na tym etapie pisze już jak ktoś bardzo pewny tego, jaką poezję chce robić i że potrafi ją robić właśnie tak, jak chce. Z kolei „Paralaksa w weekend” jest zwyczajnie najpiękniejsza. Ulubiony (co nie znaczy: najlepszy) pojedynczy tekst to „Elegia dla Teresy Radziewicz”, tam Pułka jest najbardziej klarowny, wydestylowany, prawie keatsowski.

Szymon Słomczyński: Żeby wracać, trzeba byłoby najpierw odejść, a tymczasem to pisanie mi ciągle, w jakiś sposób towarzyszy, odkąd się z nim zetknąłem po raz pierwszy – przeszło dziesięć lat temu – nawet wtedy, kiedy do niego bezpośrednio nie sięgam. Tylko o kilkorgu autorkach i autorach mogę powiedzieć coś podobnego, mając na uwadze nie pojedynczy tom, wiersz czy wers, który do dziś za mną tańczy, a lwią część ich wierszopisania.

„Mixtape”, a zwłaszcza „Zespół szkół” wydają mi się znacznie mocniejszymi propozycjami (przewrotu) od „Rewersu” i „Paralaksy w weekend”, ale z kolei zbiory wydane pośmiertnie (które znałem do ubiegłego roku tylko z dostępnych sieciowo wyjątków) jawią mi się jako jeszcze ciekawsze od tych wydanych za życia, choć z pewnymi zastrzeżeniami. Ot, na przykład, wśród bliskich mi wierszy Pułki są, wzmiankowany już wyżej, otwierający „HWDP jako miejsce na ziemi” „Wierszyk z materaca” i wieńcząca je „Niedziela”. Lubię też „Wiersze polecenia”, ale covery widzę jako wdzięczne, a jednak grające, znaczonymi kartami, o zbyt niskie stawki. „Autarkia” ma wiele arcydzielnych momentów, ale ma i takie, od których bolą zęby. „Cennik” uznałbym może za najznakomitszy, najbardziej dopracowany, gdyby nie to, że poprzedzający go „Zespół szkół” zwiastował bardziej piętrowe komplikacje od tych, które nastąpiły; może dlatego, że, o ile mi wiadomo, nie wszystkie fragmenty „Cennika” były w istocie nowymi, napisanymi po „Zespole szkół”.

Dla mnie najważniejszą książką Pułki jest zatem owa pomarańczowa, której sam nie nadał tytułu, a która zbiera niemal wszystkie jego przeznaczone do publikacji wiersze, próby do ujawnienia, jak podejrzewam, nieprzewidziane (często skądinąd intrygujące), a nawet kilka cudzych tekstów. Nic tylko otworzyć i znaleźć coś, co w danej chwili nie tyle zatrzyma, co poruszy.

Krzysztof Sztafa: Każdy dzionek zaczynam od jednego wiersza Pułki – czytam, notuję, odchylam się melancholijnie na krzesełku i pozwalam sobie na chwilę spokojnej refleksji…

Oczywiście żartuję. Wracam do tej poezji często; mam wrażenie, że Pułka nie napisał żadnej słabej książki. Wszystkie – no, może wyjąwszy debiut – mają w sobie coś ciekawego.

Rafał Wawrzyńczyk: Wracam raczej rzadko, i to nie z jakiejś osobistej potrzeby, tylko przy okazji, kiedy trafię na jego wiersze w internecie lub w jakimś piśmie. Myślę o nich wówczas najczęściej coś innego, niż myślałem ostatnim razem, i to jest może jakiś dowód na ich pojemność informacyjną. Pamiętam za to, że czekałem na zapiski z Rudnika, które ukazywały się bodajże na stronie Ha!artu. Czytało się je bardzo dobrze, jak zapis z sanatorium, gdzie czas płynie inaczej: wolniejsze tempo, mniej napięcia, szkło powiększające przyłożone do mikrozdarzeń… Pisał, że pojechał gdzieś rowerem, i to wystarczało, miało swój ciężar, dla mnie większy niż wiersze. Albo wtrącał, że „słucha Lutosławskiego”, i to było jak znak, że ktoś wszedł na tę samą ścieżkę, co ty i paru innych przed tobą, myślę tu np. o Adamie Wiedemannie i jego opowiadaniu „Św. Witoldzie, módl się za nami”. Bo była wśród poetów polskich mała tradycja „zaczynania od Lutosławskiego” swoich afiliacji z muzyką współczesną, pokazywania, że „patrzy się szerzej”… Takimi drobiazgami Tomek dawał do zrozumienia, że wpisuje się w to postbrulionowe kontinuum, że chce nieść dalej pochodnię. Na wszystko u niego padały promienie z przyszłości, z projektu przyszłości, który zapamiętale kreślił, pisząc za dużo i często byle jak, chcąc jak najprędzej znaleźć się w punkcie, w którym byli jego starsi koledzy, i w którym to wszystko byłoby na miejscu: te zabawne tytuły z podpatrzoną klasą („Uczony oszust”), te filozoficzne wrzutki, ta specyficzna „łaskawość”, kordialność, którą pobrzmiewał czasem jego język („Jowialnie mówiąc […]”). Był jak most, który zaczęto budować od obu końców naraz, ale któremu zabrakło środka. Przynajmniej ja tak go czytam. Co ciekawe, nie zmieniła tego nawet jego śmierć. Pułka ciągle jest dla mnie niedomknięty i ciągle mam wrażenie, że coś jeszcze nas z jego strony czeka.

 

4. Czy można w ogóle mówić o czymś takim jak „idiom Pułki”? Czy jest raczej tak, jak sądzą niektórzy i niektóre, że język poetycki autora „Cennika” nie zdążył się w pełni wyklarować?

Agata Jabłońska: Chyba nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Radosław Jurczak: To jest dość skomplikowana sprawa. Nie wiem, co miałaby dokładnie znaczyć teza, że jego idiom nie zdążył się wyklarować – to jest jedna z najbardziej rozpoznawalnych dykcji w polszczyźnie. Z drugiej strony jest jasne, jaka intuicja stoi za takimi rozpoznaniami: właściwie każdą książkę Pułki czyta się trochę jak debiut, ze wszystkimi charakterystycznymi zaletami i wadami debiutów; pod tym względem jest nietypowy (dlatego najbardziej lubię „Mixtape”, to najmniej debiutancki tom Pułki). Sądzę, że mamy po prostu za mało danych, żeby odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

Chociaż to oczywiście kusi. Wyobrażać sobie „ukształtowany idiom Pułki”. Wyobrażać sobie Pułkę pięćdziesięcioletniego, osiemdziesięcioletniego, Pułkę starego mistrza, Pułkę jako Wisławę Szymborską, może bardziej jako Stanisława Barańczaka, Pułkę jako podkręconego Stanisława Barańczaka na dobrej fazie, i tak dalej. Kto nigdy nie miał takich myśli, niech pierwszy rzuci dziełami zebranymi. Ale zdecydowanie nie tędy droga.

Szymon Słomczyński: Samo przyjęcie istnienia takiej alternatywy zdaje się być ufundowane na zgubnym przeświadczeniu, że koniecznością (zadaniem, wyrokiem, nakazem?) jest wypracowanie takiego języka, który by piszącego czy też piszącą wiersze jednoznacznie miał wyróżniać, niechybnie i natychmiast się z nim czy z nią kojarzył. Szczęśliwie nic w poezji Pułki nie świadczy o tego rodzaju, artystycznie samobójczych zapędach.

Zresztą, czy język kogokolwiek, kto z pisaniem próbował się serio mierzyć, „zdążył się w pełni wyklarować”? Czy czasem nie jest to jedynie krytycznoliteracki fantazmat, bardziej pasujący do niektórych, podległych mu, tuzów znacznie starszych od Pułki pokoleń, mierzących się z pisaniem wprawdzie „z powodzeniem”, ale już nie „serio”, które to woskowe tuzy (tudzież ich naśladowcy) właśnie za statyczną klarowność języka zbierały od Pułki zasłużone cięgi? Być może przywołani przez was „niektórzy i niektóre” patrzą na poezję jako na zastane językowo pole do wyrażania obłych banałów, przekładanych na obce języki ze znaczeniowym zyskiem, lub/i (druga możliwość stanowiłaby logiczne następstwo takiej postawy) wyjątkowo nisko cenią autora „Cennika”, skoro pozwalają sobie na sugerowanie, że „gdyby żył dłużej, to jego język poetycki by się wyklarował”?

Krzysztof Sztafa: Pułka ma rozpoznawalny styl, ale nie „idiom”. Najpewniej dałoby się wyróżnić jakieś tam cechy konstytutywne dla „pułkowskiego wiersza” (kaskady pytań retorycznych, nawiasowe wtrącenia, bełkot, szum, aforyzmy), ale taka projekcja wulgaryzowałaby dynamiczny „fluks formuł”, który dzieje się w tej twórczości. Idiom to bardzo mocne pojęcie – czy Miłosz miał „idiom”? Miłobędzka? Różewicz?

Rafał Wawrzyńczyk: Powiedziałbym, że osobisty i niepodrabialny głos Pułki jest w jego wierszach słyszalny, ale sam jego styl jest konglomeratem wpływów: od Tomaža Šalamuna, który był na niebie Tomka bogiem naczelnym, przez Sosnowskiego i Wiedemanna aż po Zadurę. Patrzę na jego wiersze jak na procesję gestów, cudzych gestów, posklejanych jednak siłą dużego talentu w całość, która utrzymuje się i ma pewien nadrzędny sens; jestem jednak przekonany, że marzył o „stylu czystym” i niespecjalną miałby przyjemność z postrzegania go, powiedzmy, jako postmodernistycznego trickstera. W pierwszej odsłonie nieszufladzianej zabawy, w ramach której należało dzielić się swoimi ulubionymi wierszami, wkleił krótki tekst Šalamuna, o tytule chyba „Sindbad Żeglarz”, czy coś w tym rodzaju (nawiasem mówiąc, był to też jeden z moich faworytów z „Jabłoni”). Gauguinowska, arkadyjska wizja, nieznacznie jednak zakrzywiona („podtapiany słony jeleń”), z niepokojącą, prasującą mózg końcówką („ziemia jest chciwa”). Do tego dążył Pułka, moim zdaniem, do trudnej równowagi „urody” i „drapieżności”, może tylko nieco bardziej cerebralnym torem niż autorzy, których tu wymieniłem. Wydaje mi się, że nie zdążył. Mówię tu tylko o poezji, o idiomie poetyckim. W prozie i krytyce Tomek wydawał mi się zawsze bardziej naturalny; jakiś czas temu trafiłem na opowiadanie „Białe serduszka” i to jest rzecz w pełni profesjonalna, bardzo przekonująca. Ponieważ traktuje o dilerce i innych przygodach z narkotykami, mogę tylko dodać: niestety.

 

5. Jaką funkcję Twoim zdaniem pełnią w tym pisaniu szumy, zakłócenia, skrajnie zglitchowane frazy? Jaką rolę odgrywają te elementy w Twojej lekturze Pułki?

Agata Jabłońska: Wydaje mi się, że w obserwowanym przez nas świecie są zjawiska, których całościowy opis jest niemożliwy przy pomocy klasycznych narzędzi, po prostu się im wymyka. Jeżeli się chce coś z nimi zrobić – trzeba próbować inaczej.

Radosław Jurczak:

Ćććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććććć – – – – aAAASsssssSSssSSSsssSsssssssSSssss &repeat:

ჩემი თვალები უარესდება.>>stdout

Szymon Słomczyński: Myślę, że to frazy w rodzaju: „każdy sprzeciw jest na pokaz” czy też „przyjmować i odrzucać idee / być psem i kością poezji – oto czego trzeba”, często cytowane, kiedy akurat pasują komuś do standardu czy na sztandar, zakłócają to, co daje (przynajmniej mnie) znacznie więcej czytelniczej frajdy, czyli „dwójki i brawo dla parku Citaro”, „wałki pianolowe gruntują wybicie” czy też „rondo zawraca oligocenem żabki”, a nawet (a zwłaszcza?) „niemogość ŁOWADA”. Nawet jeśli niekoniecznie „wszystko to celowość”, to nic nie szkodzi.

Wolę, kiedy poezja mówi mi o tym, jak nie może być, niż kiedy mówi, jak jest; wolę, czytając wiersze, doświadczać przestawiania czy wręcz wyłamywania wskazówek, niż ich udzielania. Jeśli czegokolwiek od poezji oczekuję, to prędzej odwracania ogona kotem niż deklaracji praw kota albo autoportretu z ogonem. Teksty Pułki, jak mało czyje, zazwyczaj bronią się skutecznie przed wpadnięciem czy to w jedną („naiwną”), czy to w drugą („sentymentalną”) pułapkę, także dlatego, że to, co można odczytywać jako „skrajnie zglichtowane frazy”, innym (w tym mnie) wydaje się znacznie bardziej naturalnym i przyjaznym (sic!) stadium (rozwoju?) języka niż to pozwalające formułować pozornie bardziej zrozumiałe (dla kogo?) przekazy, które można bez trudu do czegoś „użyć” – choćby tym czymś miało być chwilowe utożsamienie się z nimi. „Własne/wygodne »będzie« nie wchodzi w rachubę”.

Krzysztof Sztafa: Lubię traktować te szumy jako jedną z wielu formuł, którymi posługiwał się Pułka. Zakłócenia były mu potrzebne – tak mi się wydaje – jako punkt wyjścia do opowieści o własnym doświadczeniu egzystencjalnym i w tej wersji komunikują o wiele więcej, niż się na pierwszy rzut oka może wydawać.

Rafał Wawrzyńczyk: Pełnią w tej poezji rolę – niestety – zasadniczą. „Niestety”, bo uważam, że są wynikiem nieudanych prób na polu „rozluźniania znaczenia”. Każda traktująca się poważnie poezja nowoczesna pracuje nad własnym patentem na oddalenie się od znaczonego i Tomek również nad tym pracował. Ale posunął się za daleko, chciał tam dojść za szybko, i nici łączące przedstawienie z warstwą, powiedzmy, sensu, są u niego najczęściej całkowicie pozrywane. A jest tak, że – moim zdaniem – to właśnie te nici są w poezji ośrodkiem przyjemności, cokolwiek byśmy nie myśleli o buńczucznych historyjkach z gatunku „kiedy chcę coś przekazać, to idę na pocztę”. W rezultacie, czytając wiersze Tomka, nie czuję przyjemności. Można oczywiście całą rzecz przenieść na poziom, hm, historii sztuki i powiedzieć, że jest ta poezja po prostu kolejnym etapem w rozwoju gatunku i jej odbiór powinien odbywać się innymi kanałami, które być może nawet sama sobie zaprojektowała. Że powinniśmy patrzeć na fakturę, na punkty zerwań, na zaszumienie. I w ogóle to dlaczego czepiasz się Pollocka, smutny człowieku. Ale ten dyskurs mnie akurat w tym przypadku nie interesuje. Może dlatego, że jesteśmy jeszcze zbyt blisko, może dlatego, że Tomka znałem i trudno mi na niego spojrzeć obiektywnie. Bardziej ciekawi mnie pokolenie, które uczyniło sobie z niego mit centralny i to, dlaczego tak zrobiło. I co to o nim mówi. Myślę tu też o MF, rzecz jasna.

Pułka 2.0

To cykl tematyczny, w którym na łamach „Małego Formatu” po raz drugi krytycznie przyglądamy pisarstwu Tomasza Pułki. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Ilustr. Artur Denys

Agata Jabłońska
ur. 1985, poetka, laureatka Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” w 2018 roku w kategorii „debiut roku” oraz Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki roku 2017 za tom „Raport wojenny”.

Radosław Jurczak
ur. w 1995 r., poeta, laureat XXI Konkursu im. J. Bierezina. Debiutował tomem „Pamięć zewnętrzna” (Dom Literatury w Łodzi/Tłocznia Wydawnicza Ach Jo 2016), za który otrzymał Nagrodę Poetycką „Silesius”. Studiuje filozofię i informatykę (MISH UW). Łomianczanin.

Szymon Słomczyński
urodził się w 1988 roku. Pisze wierszem i prozą. Finalista Nagrody Literackiej Nike oraz laureat Złotego Środka Poezji za debiutancki tom „Nadjeżdża” (2013). Wydał jeszcze dwa tomy poetyckie: „Dwupłat” (2015) i „Latakia” (2017).

Krzysztof Sztafa
krytyk literacki, prozaik, stały współpracownik "Małego Formatu", na jego łamach prowadzi cykl postfelietonów "Ćwiczenia z rezygnacji".

Rafał Wawrzyńczyk
ur. w 1980 w Tomaszowie Mazowieckim. Poeta, krytyk literacki i muzyczny, animator życia literackiego. Współredagował „Cyc Gada”, ostatnio publikował na łamach „Małego Formatu” i „Ruchu Muzycznego”. Ma grzędę na Facebooku. Stale współpracuje z dwutygodnik.com.

Andrzej Frączysty
absolwent filozofii w Kolegium MISH UW. Redaktor „Małego Formatu”.

Pułka 2.0

To cykl tematyczny, w którym na łamach „Małego Formatu” po raz drugi krytycznie przyglądamy pisarstwu Tomasza Pułki. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Ilustr. Artur Denys

Agata Jabłońska
ur. 1985, poetka, laureatka Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” w 2018 roku w kategorii „debiut roku” oraz Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki roku 2017 za tom „Raport wojenny”.

Radosław Jurczak
ur. w 1995 r., poeta, laureat XXI Konkursu im. J. Bierezina. Debiutował tomem „Pamięć zewnętrzna” (Dom Literatury w Łodzi/Tłocznia Wydawnicza Ach Jo 2016), za który otrzymał Nagrodę Poetycką „Silesius”. Studiuje filozofię i informatykę (MISH UW). Łomianczanin.

Szymon Słomczyński
urodził się w 1988 roku. Pisze wierszem i prozą. Finalista Nagrody Literackiej Nike oraz laureat Złotego Środka Poezji za debiutancki tom „Nadjeżdża” (2013). Wydał jeszcze dwa tomy poetyckie: „Dwupłat” (2015) i „Latakia” (2017).

Krzysztof Sztafa
krytyk literacki, prozaik, stały współpracownik "Małego Formatu", na jego łamach prowadzi cykl postfelietonów "Ćwiczenia z rezygnacji".

Rafał Wawrzyńczyk
ur. w 1980 w Tomaszowie Mazowieckim. Poeta, krytyk literacki i muzyczny, animator życia literackiego. Współredagował „Cyc Gada”, ostatnio publikował na łamach „Małego Formatu” i „Ruchu Muzycznego”. Ma grzędę na Facebooku. Stale współpracuje z dwutygodnik.com.

POPRZEDNI

varia  

Zaburzenia mowy szumu - od redakcji

— Redakcja

NASTĘPNY

szkic  

Fluks formuł

— Krzysztof Sztafa