fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

 

1.

Może trze­ba się roz­kru­szyć, blet­kę

zwil­żyć śliną? O, wspa­nia­łe skle­py! O, życie!

(„Gmin­ne ga­ze­ty”)

 

Wobec braku spre­cy­zo­wa­ne­go idio­mu twór­czość Pułki dziś to nade wszyst­ko zbiór for­muł – użyt­ko­wych, re­la­cyj­nych, spon­ta­nicz­nych. Albo: wy­pra­co­wa­nych, po­łą­czo­nych ze sobą „ga­łąz­ką, sznu­recz­kiem, wią­za­niem”, jed­nak nigdy nie-ogra­nych, nigdy nie-skoń­czo­nych. Ist­nie­je w tej twór­czo­ści fi­gu­ra wyj­ścio­wa, czyli for­mu­ła beł­ko­tu, prze­cho­dzą­ca w uj­ścio­wą for­mu­łę szumu. Jest roz­le­gła for­mu­ła „dzie­cię­cia wieku”, a więc epo­ko­wa for­mu­ła eks­pe­ry­men­tów z pod­mio­to­wym roz­bi­ciem i roz­pa­dem – co ważne, nie ma w niej żad­ne­go sen­ty­men­tu. Jest fi­gu­ra wy­bra­ko­wa­nych pro­ce­sów po­znaw­czych, oka­le­czo­ne­go uni­wer­sa­li­zmu albo kilku uni­wer­sa­li­zmów ze skazą, z tą ma­nia­kal­ną pro­ble­ma­ty­za­cją za­im­ka zwrot­ne­go „się”, która w kilka lat po tra­gicz­nej śmier­ci Pułki za­in­spi­ro­wa­ła Ma­cie­ja Ta­ran­ka do „mó­wie­nia w cie­niu gra­ma­ty­ki”. Są też for­mu­ły pra­gnie­nia i tę­sk­no­ty, spro­sta­nia sobie, za­wie­rze­nia świa­tu, za­wie­rze­nia in­ne­mu ciału, jest też wresz­cie wła­sne ciało – na­ma­cal­ne, obce i pi­szą­ce: jest wil­got­ny, śli­nią­cy się język, który – to za­strze­że­nie Ar­ka­diu­sza Wierz­by – „prze­no­si ak­cent z pod­mio­to­wo­ści na samo na­rzę­dzie jej kon­stru­owa­nia”. Jest wresz­cie cała wie­lość to­wa­rzy­szą­cych na­rzę­dzi, rów­nież w po­sta­ci for­muł: przy­kła­do­wo for­mu­ła gra­ni­cy albo gra­nicz­no­ści, w spo­sób tra­gicz­ny już za­wsze uza­leż­nio­nej od ogra­ni­czo­ne­go po­rząd­ku ję­zy­ka (po­etyc­kie­go). Z niej wy­ni­ka for­mu­ła fazy, za jed­nym razem roz­ko­szu­ją­ca się wła­sną nie­ko­mu­ni­ko­wal­no­ścią, a za dru­gim zmę­czo­na nią. W ra­mach ta­kiej eko­no­mii tek­sto­wy pod­miot – wy­pad­ko­wa lan­gue – może się usta­no­wić naj­wy­żej jako echo albo miej­sce wła­snej, stop­nio­wej dez­ar­ty­ku­la­cji.

Wobec braku sprecyzowanego idiomu twórczość Pułki dziś to nade wszystko zbiór formuł – użytkowych, relacyjnych, spontanicznych

*

W po­ję­ciu „for­mu­ły” – a prz­yn­ajmniej w tej jego wer­sji, która nas tutaj in­te­re­su­je – nie cho­dzi ani o żadną do­mknię­tą, nie­prze­chod­nią i usta­bi­li­zo­wa­ną to­tal­ność, ani tym bar­dziej o grę ar­bi­tral­nych ele­men­tów, które mia­ły­by w nie­skoń­czo­ność od­sy­łać od jed­nej przy­god­nej próż­ni in­ter­pre­ta­cyj­nej do dru­giej. To albo mokry sen Ro­ma­na Ho­ne­ta, albo punkt zero An­drze­ja So­snow­skie­go, od któ­rych Pułka wy­cho­dził, ale które chciał prze­kro­czyć. Zresz­tą, jak w po­sło­wiu do „Wy­bie­ga­nia z raju” po­uczył nas Paweł Kacz­mar­ski, skoro dzi­siaj wszyst­ko jest „kry­zy­sem, pa­sti­szem i ko­la­żem, a świat skła­da się z za­kłó­ceń”, to na spór wokół re­fe­ren­cji – tego oso­bli­we­go, najn­ti­so­we­go pro­ble­mu re­la­cji świa­ta i ję­zy­ka – jest już o wiele za późno.

„For­mu­ły” nie są we­ry­fi­ko­wa­ne przez kla­sycz­ne wa­run­ki for­tun­no­ści ani dy­cho­to­mie praw­dy-fał­szu czy po­zo­ru-isto­ty: jeśli „for­mu­ły” Pułki na­rzu­ca­ją jakąś in­te­lek­tu­al­ną dys­cy­pli­nę, to ruch ini­cjo­wa­ne­go przez nie pro­ce­su ro­zu­mie­nia nie pro­wa­dzi wzdłuż wer­ty­kal­nej osi tego, co wi­docz­ne (na po­wierzch­ni) i tego, co ukry­te (gdzieś w wy­obra­żo­nej głębi), lecz ra­czej wska­zu­je na próbę po­szu­ki­wa­nia ho­ry­zon­tal­nych stref są­siedz­twa. U au­to­ra „Pa­ra­lak­sy w week­end” nie ma żad­nych prób ka­ta­ba­zy (zej­ścia do pod­zie­mia, by po­znać sie­bie), jest ra­czej zapis nie­usta­ją­cych pro­ce­sów do­cie­ka­nia, po­sze­rza­nia ho­ry­zon­tu, te­sto­wa­nia i prze­su­wa­nia gra­nic moż­li­wo­ści eks­pre­sji. Oczy­wi­ście, pro­ce­sy te na­kła­da­ją się na sie­bie i ku­mu­lu­ją się w sobie, o czym świad­czą całe ustę­py z „Ma­ni­fe­stu do­bro­dzie­ja”, przy­czyn­ku do pro­gra­mu po­etyc­kie­go albo qu­asi-wy­zna­nia me­to­dy:

„(…) Pro­blem ję­zy­ka (?), tego,

któ­rym w tej chwi­li dys­po­nu­je­my (?),

po­le­ga na nie­moż­no­ści

odar­cia prze­strze­ni z oka­la­ją­cych ją ram”.

I dalej:

„(…) Wiersz jest ga –

łęzią, którą można pod­nieść i rzu­cić psu na aport. Przyj­mo­wać i

od­rzu­cać idee; być ko­ścią i psem po­ezji – oto, czego trze­ba”.

Cho­dzi o pe­wien ze­staw po­znaw­czych dys­po­zy­cji – za­wsze ope­ra­cyj­nych, po­sił­ko­wych, spon­ta­nicz­nych – o „za­sa­dy po­wsta­wa­nia i dzia­ła­nia cze­goś”, któ­rych nie łączą kon­kret­ne re­la­cje wy­ni­ka­nia, a ra­czej zony przy­le­gło­ści, na­ra­sta­nia, na­prze­mien­no­ści.Wszyst­kie one spi­na­ją twór­czość poety w ope­ra­cyj­ną klam­rę, nie two­rząc przy tym żad­nej zgra­nej ca­ło­ści (raz jesz­cze „ga­łąz­ki, sznu­recz­ki, wią­za­nia”), żad­ne­go „dzie­ła”. Sło­wem: wy­mie­nial­ne, re­la­cyj­ne i za­wsze otwar­te for­mu­ły, ro­zu­mia­ne jako dy­na­micz­na za­sa­da „dzia­ła­nia”, za­stę­pu­ją kla­sycz­ne, kryp­to-te­le­olo­gicz­nie zo­rien­to­wa­ne„okre­sy” czy „etapy”, do któ­rych przy­zwy­cza­iło nas aka­de­mic­kie li­te­ra­tu­ro­znaw­stwo.

Idzie o rzecz pry­mar­ną, czyli roz­po­zna­nie pod­sta­wo­wej jed­nost­ki struk­tu­ry­zu­ją­cej pi­sar­ski wy­si­łek tra­gicz­nie zmar­łe­go poety oraz o okre­śle­nie ży­wio­łów, w któ­rych i po­przez które ta roz­cho­dzą­ca się we wszyst­kie stro­ny twór­czość była wciąż i wciąż za­nu­rza­na, po­rzu­ca­na i od­zy­ski­wa­na. Po­win­no­ścią tej po­ezji mo­gło­by być cią­gle po­na­wia­ne ob­wiesz­cza­nie jej kresu, ale tylko o tyle, o ile taka pro­kla­ma­cja usta­na­wia­ła­by ją po­now­nie jako pe­wien nie­prze­kra­czal­ny ho­ry­zont. I rze­czy­wi­ście tak wła­śnie się dzie­je: „Lecz cóż nam po drzwiach, kiedy nie mamy po­ję­cia, kto za nimi stoi?”

 

2.

Kurwa, za­miast się po­ło­żyć

ja leżę i piszę ten wiersz.

(„Kurwa, za­miast się po­ło­żyć”)

 

For­mu­ły mówią do sie­bie, a dy­na­mi­ka ich roz­mo­wy wy­zna­cza kon­dy­cję Puł­ko­we­go wier­sza: schył­ko­we­go albo wy­chy­lo­ne­go w stro­nę schył­ku, ale za­wsze jakoś po­dej­mu­ją­ce­go ten schy­łek, czyli li­cu­ją­ce­go z per­spek­ty­wą roz­pa­du albo groź­bą eg­zy­sten­cjal­nej de­sta­bi­li­za­cji. Na płasz­czyź­nie ide­owej autor „Mi­xta­pe’u” za­dłu­żo­ny był w lo­gi­ce post­struk­tu­ra­li­stycz­nej, jed­nak nigdy do końca nie po­dą­żał za jej roz­kła­do­wym, po­li­se­micz­nym cią­że­niem. W jed­nym z dwóch sce­na­riu­szy, które zdo­mi­no­wa­ły kry­tycz­no­li­te­rac­ką nar­ra­cję ja­kieś kil­ka­na­ście lat temu, naj­waż­niej­sza była spe­cy­ficz­nie ro­zu­mia­na po­zy­cja pod­mio­tu tek­sto­we­go oraz jego zma­ga­nia z to­por­ną ma­te­rią ję­zy­ka. To punkt zero dla skłon­ne­go do re­mik­sów Pułki, nie wy­zwa­nie, nie obiet­ni­ca, tylko zwy­cza­jo­wy, wyj­ścio­wy stan rze­czy. Pod­miot miał być zatem wy­da­ny na pa­stwę tego ję­zy­ka, który albo po­tra­fił okre­ślić się wobec świa­ta, albo (o wiele czę­ściej) ocho­czo za­pę­tlał się we wła­snych me­cha­ni­zmach i od­no­sił głów­nie do sie­bie, mno­żąc wa­run­ki swo­ich nie­moż­li­wo­ści, a co za tym idzie – po­ten­cjal­nych tro­pów, od­czy­tań, in­ter­pre­ta­cji. Za tym pan­tek­stu­al­nym ru­chem szedł sam pod­miot – już za­wsze zmie­lo­ny i nie­pew­ny sie­bie, od­wle­czo­ny, ufun­do­wa­ny na braku, skon­ta­mi­no­wa­ny. Praca, jaką wy­ko­ny­wał przy tym wiersz, po­le­ga­ła zatem czę­sto na par­ce­la­cji okre­ślo­ne­go, w pa­ra­dok­sal­ny spo­sób sztyw­ne­go ukła­du po­znaw­cze­go, pa­cy­fi­ku­ją­ce­go moż­li­we kry­tycz­ne od­nie­sie­nia do świa­ta. Jego – wier­sza – ko­mu­ni­ka­cja była skie­ro­wa­na naj­czę­ściej „do we­wnątrz” i ogni­sko­wa­ła się wokół samej ak­tyw­no­ści zwró­co­nej ku sobie ma­te­rii po­etyc­kiej, jej zdol­no­ści ozna­cza­nia oraz, dalej, w mo­de­lach ro­zu­mie­nia czy kwe­stiach in­ter­pre­ta­cji. Model lek­tu­ry post­struk­tu­ra­li­stycz­nej miał cha­rak­ter nie tylko głę­bo­ko ne­ga­tyw­ny, ale rów­nież ide­ali­stycz­ny: za­miast mówić o rze­czach, wciąż kom­pli­ko­wał dys­po­zy­cję wobec nich albo do­cie­kał, dla­cze­go nie je­ste­śmy w sta­nie do­trzeć do ich sedna. Ta „tek­stu­al­na po­li­ty­ka ne­ga­cji i od­ra­cza­nia” – okre­śle­nie Law­ren­ce’a Gross­ber­ga – kła­dła się cie­niem na mo­de­lu lek­tu­ry po­etyc­kiej, mno­żąc za­wie­szo­ne w próż­ni „łań­cu­chy zna­czą­cych”, z któ­rych wy­ni­ka­ło głów­nie to, że na po­zio­mie kry­tycz­nym ze świa­tem można było zro­bić nic albo bar­dzo nie­wie­le.

Można go było ucze­sać. Albo wy­sy­pać na niego kon­fet­ti. Do pew­ne­go stop­nia tak wła­śnie dzie­je się u Pułki: przy­ję­ta for­mu­ła beł­ko­tu zdaje spra­wę z za­sad­ni­czej nie­prze­chod­nio­ści albo nie­przy­sta­wal­no­ści wobec tego, z czym mie­rzy się jego pi­szą­cy i od­twa­rza­ją­cy się w tym pi­sa­niu pod­miot, ale bi­lans tej pan­tek­stu­al­nej walki za­wsze wy­pa­da na ko­rzyść „pi­szą­cej ręki”, nigdy sa­me­go znaku. Kacz­mar­ski na­zy­wa to za­sa­dą si­nu­so­idy, która prze­wod­ni­czy twór­czo­ści au­to­ra „Re­wer­su” (ukie­run­ko­wa­ny szum roz­bra­ja­ny jest przez ży­wioł afo­ry­stycz­ny, a se­man­tycz­na ciem­ność umoż­li­wia mo­men­ty ab­so­lut­nej ja­sno­ści), ja na­to­miast wo­lał­bym mówić o na­prze­mien­no­ści for­muł, o wy­pra­co­wy­wa­niu me­to­ni­micz­nych stref przy­le­gło­ści, które umy­ka­ją pro­gre­syw­nie po­stę­pu­ją­cym nar­ra­cjom o pi­sar­skich mo­men­tach„ab­so­lut­nych”, czyli roz­wią­zu­ją­cych, do­cho­dzą­cych do wła­sne­go kresu i otwie­ra­ją­cych się na kresy nowe, za­wsze dia­me­tral­nie inne. W tej per­spek­ty­wie cy­to­wa­ny „Ma­ni­fest do­bro­dzie­ja” nie jest żadną pro­gra­mo­wą za­po­wie­dzią, lecz zo­sta­wio­ną dla czy­tel­ni­ka wska­zów­ką albo wła­śnie wy­zna­niem: „jed­no­cze­sność ję­zy­ków” nie uprzy­wi­le­jo­wu­je post­struk­tu­ra­li­stycz­nej dy­se­mi­na­cji, tylko usta­na­wia ruch wie­lo­ści ope­ra­cyj­nych for­muł. For­mu­ła beł­ko­tu współ­ist­nie­je z for­mu­łą roz­pa­du, ale też z for­mu­łą pra­gnie­nia (wie­dzy o sobie i świe­cie) i tę­sk­no­ty (za ca­ło­ścią, za ja­sno­ścią, za moż­li­wo­ścią praw­dzi­wej ko­mu­ni­ka­cji) – żadna z nich nie za­ni­ka na rzecz dru­giej. Dy­na­micz­ne for­mu­ły dia­lek­ty­zu­ją spu­ści­znę poety – usta­na­wia­ją nie­re­gu­lar­ną (czyli po­zba­wio­ną prze­mo­cy „dzie­ła”) cią­głość po­mię­dzy do­mi­nan­ta­mi po­szcze­gól­nych pu­bli­ka­cji i umoż­li­wia­ją ho­ry­zon­tal­ny wgląd w wier­sze, które od tej pory spo­ty­ka­ją się na jed­nej płasz­czyź­nie „po­wsta­wa­nia i dzia­ła­nia cze­goś”, a nie od­sy­ła­nia do kresu i usta­na­wia­nia no­wych, bez­pre­ce­den­so­wych na­pięć. Chciał­bym być do­brze zro­zu­mia­ny: w „for­mu­łach” Pułki cho­dzi nade wszyst­ko o taką lek­tu­ro­wą uważ­ność, w któ­rej nie na­stę­pu­ją żadne nagłe cię­cia epi­ste­micz­ne i dra­ma­tycz­ne zwro­ty, a ra­czej stop­nio­we re­me­dia­cje, wy­ni­ka­ją­ce z samej we­wnętrz­nej dy­na­mi­ki wier­szy. Na po­zio­mie po­eto­lo­gicz­nym for­mu­ły te po­py­cha­ły poetę do coraz bar­dziej agre­syw­nej ra­dy­ka­li­za­cji for­mal­nej – ta­kiej jed­nak, w któ­rej górę brało nie her­me­neu­tycz­nie mo­ty­wo­wa­ne „nie­zro­zu­mie­nie” (jesz­cze jedna kry­tycz­no­li­te­rac­ka ska­mie­li­na sprzed kil­ku­na­stu lat), lecz kontr­in­tu­icyj­ne prawo hi­per­bo­licz­no­ści, dzia­ła­ją­ce po­dług za­sa­dy: „im bar­dziej obce, tym bar­dziej swoj­skie, im bar­dziej od­da­lo­ne, tym bliż­sze, im bar­dziej nie­za­leż­ne, tym bar­dziej pod­le­głe”.

Formuła bełkotu współistnieje z formułą rozpadu, ale też z formułą pragnienia (wiedzy o sobie i świecie) i tęsknoty (za całością, za jasnością, za możliwością prawdziwej komunikacji)

3.

Ad­re­sy za­pi­su

za­cznij­my ob­ra­zo­wo: in­stan­cja pie­nią­dza to

wy­pad­ko­wa wła­dzy (tu oran­żo­we żyłki klną

na su­te­ne­ra), gdy ran­dez-vo­us tli się na 39. –

ja pod­da­ję w wąt­pli­wość sy­tu­ację w któ­rej

wy­po­wia­dam to zda­nie. gdzie in­dziej wi­du­ją

wy­pad­ki o któ­rych roz­ma­wia­my. wy­sta­wia­łeś

po­grzeb w świę­to? wi­dzia­łeś ko­cha­nie?

my­śląc o sobie uży­wasz na­rzę­dzi – krok

wcze­śniej masz mnie wy­ry­wa­ją­ce­go zęba.

zrób ukłon wbrew sobie. to nad­gar­stek i pięta

trzy­ma­ją po­ru­sza­nie

 

Mimo wszyst­ko jest w tym ję­zy­ku – trak­tu­ją­cym „pry­wat­ność” albo „ośmie­lo­ną wy­obraź­nię” jak hi­sto­rycz­ne harce – jakaś pa­ra­li­żu­ją­ca reszt­ka, jakaś kon­sty­tu­tyw­na nie­zgo­da: „ja pod­da­ję w wąt­pli­wość sy­tu­ację w któ­rej / wy­po­wia­dam to zda­nie”. Nie cho­dzi jed­nak o nie­czy­tel­ność kodu. Ani o rze­ko­mą chęć opa­no­wa­nia al­go­ryt­mu. Osta­tecz­nie „gdzie in­dziej wi­du­ją / wy­pad­ki o któ­rych roz­ma­wia­my.”. Nie ma tutaj żad­ne­go re­ku­pe­ra­cyj­ne­go planu dzia­ła­nia, żad­ne­go dryfu po spe­try­fi­ko­wa­nych przez sys­tem ukła­dach zna­czeń. Wy­miar „spo­łecz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia” kra­kow­skie­go poety ob­ja­wia się ra­czej w zmę­cze­niu Spek­ta­klem niż czyn­nym opo­rze wobec jego urzą­dzeń: tek­sto­wy pod­miot przyj­mu­je po­sta­wę post­kry­tycz­ną, świa­do­mą cy­nicz­nych me­cha­ni­zmów ist­nie­ją­cych za­rów­no w łonie sa­me­go spek­ta­ku­lar­ne­go po­rząd­ku świa­ta, jak i w jego kry­ty­ce.

Wymiar »społecznego zaangażowania« krakowskiego poety objawia się raczej w zmęczeniu Spektaklem niż czynnym oporze wobec jego urządzeń

W „Ad­re­sach za­pi­su” – wier­szu bar­dzo do­brze od­da­ją­cym oso­bli­wy fluks for­muł, do któ­rych na po­zio­mie me­to­do­lo­gicz­nym chcia­łem w tym tek­ście wstęp­nie prze­ko­nać czy­tel­ni­ka/czy­tel­nicz­kę – Pułka mówi prze­raź­li­wie jasno: wy­po­wia­da mil­le­nial­skie roz­pro­sze­nie w zgo­dzie z kla­sycz­ną for­mu­łą Guya De­bor­da, wedle któ­rej „nie można wal­czyć z alie­na­cją środ­ka­mi wy­alie­no­wa­ny­mi”. Tak też „my­śląc o sobie uży­wasz na­rzę­dzi”. Klu­czo­wy dla opcji de­kon­struk­cyj­nej pro­blem two­rzy­wa zo­sta­je tutaj do­bit­nie – i, rzecz jasna, z pewną dozą na­iw­no­ści, któ­rej poeta był świa­dom – od­su­nię­ty z ho­ry­zon­tu in­ter­pre­ta­cyj­ne­go, unie­waż­nio­ny jako pro­blem na­tu­ry for­mal­nej. Nie da się tego wy­ra­zić ja­śniej niż w przy­to­czo­nym frag­men­cie (Paweł Kacz­mar­ski naj­pew­niej uznał­by go za afo­ryzm), cho­ciaż Pułka wraca do niego w pu­en­cie, tym razem już w swoim kontr­in­tu­icyj­nym stylu, ale po to wła­śnie, aby pod­kre­ślić oczy­wi­ste roz­wią­za­nie: „to nad­gar­stek i pięta / trzy­ma­ją po­ru­sza­nie”. Toż­sa­mość bu­du­je się w opar­ciu o język – za­wsze ska­żo­ny im­pe­rial­ny­mi re­żi­ma­mi miary – a cho­dzi się na nóż­kach (albo pa­lusz­kach). For­mu­ły po­zo­sta­ją.

Pułka 2.0

To cykl tematyczny, w którym na łamach „Małego Formatu” po raz drugi krytycznie przyglądamy pisarstwu Tomasza Pułki. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Ilustr. Artur Denys

Krzysz­tof Szta­fa
kry­tyk li­te­rac­ki, pro­za­ik, stały współ­pra­cow­nik "Ma­łe­go For­ma­tu", na jego ła­mach pro­wa­dzi cykl post­fe­lie­to­nów "Ćwi­cze­nia z re­zy­gna­cji".

Pułka 2.0

To cykl tematyczny, w którym na łamach „Małego Formatu” po raz drugi krytycznie przyglądamy pisarstwu Tomasza Pułki. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Ilustr. Artur Denys

POPRZEDNI

rozmowa  

FAZA PANY - ankieta literacka

— Andrzej Frączysty

NASTĘPNY

szkic  

Pozwól, że Ci przerwę

— Paulina Chorzewska