Ładowanie strony
Na beżowym tle widać trzy czarne okręgi namalowane przerywaną grubą linią, jeden z nich połączony jest z dwoma czarnymi obrysami symetrycznych prostokątów. W środku konturów znajdują sie szkice różnych maszyn. Jest to rzut budynkowy z narysowanymi znajdującymi się wewnątrz nich maszynami.
Na szarym tle widać fragment monochromatycznego obrazu

Marcin Mokry "Solarysze", Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2025, s. 76.

Książka Marcina Mokrego łączy w sobie wiele modnych w poezji ostatnich lat wątków. Nad podmiotem nieustannie krąży widmo katastrofy klimatycznej, tematyzowana jest troska i empatia, gdzieś na horyzoncie majaczy hasło o „kryzysie wyobraźni”, a całość przeplatają poruszające fragmenty o charakterze autofikcyjnym. Mokry, znany z przepisywania awangardowych strategii, traktowania ich jak żywe repozytorium poetyckiej tradycji, tym razem postanowił zmierzyć się z zagadnieniem natury – wchodząc przy tym w dialog z historycznymi głosami. Pojawia się, dobrze już rozpoznany w poprzednich książkach poety, lęk przed „technicyzacją” – jak zwykle u Mokrego wiele dzieje się na poziomie materiałów, surowców, które kojarzą cały ciąg właściwości: „przemysłowe-taśmowe-proceduralne-odgórne-zalgorytmizowane” itd. – ale wyrażony językiem futurystycznych neologizmów. Istotnym wątkiem jest konstruowanie ekologicznych utopii – na stronie wydawnictwa można znaleźć wzmiankę o solarpunku – a służyć temu ma awangardowy montaż i nielinearne prowadzenie narracji. Niebezpodstawne byłoby przy tym postawienie pytań: czy w takim razie „Solarysze” nie są próbą przepisania znanych już z ekopoezji wątków na język bardziej skomplikowany formalnie? Czy ewentualne wątpliwości tyczące się politycznych aspiracji ekopoezji nie są już w punkcie wyjścia rozbrajane przez Mokrego za pomocą hermetycznego języka? I czy takie rozbrajanie nie musi cechować książki na powierzchni skomplikowanej, celowo trudnej do uchwycenia przez czytelnika, ale przy głębszym wczytaniu znajomej i przewidywalnej? Moja odpowiedź brzmi: i tak, i nie.

Problem, o którym piszę, staje się jeszcze wyraźniejszy, jeśli wziąć pod uwagę rozpiętość stylistyczną, jaką w „Solaryszach” operuje Mokry. Poetyka w obrębie pięcioczęściowego tomu nie jest bowiem jednorodna – przeważają prozatorskie fragmenty, zbudowane na efektownych neologizmach i przekształceniach składniowych. Towarzyszą im umieszczone w centrum strony zrosty leksykalne, złożone z jedno-, dwusylabowych cząstek – teksty na przecięciu poezji konkretnej i dźwiękowej. Znacznie mniej „gęsty” i udziwniony jest język środkowej części – Emitera. Mokry operuje większą dosłownością, zwłaszcza kiedy opisuje relacje z matką i córką, ale też wyraża sądy metapoetyckie i poglądy polityczne:

(…) Pisanie

nie odtwarza niczego, czego
nie musielibyśmy sobie wyobrażać,

równocześnie tyle potrafi dziać się
na zawołanie lub bez powodzenia, kiedy

pojawia się w zdaniu coś, na co reaguję –
obecność dzieła, które cię wytrąca

To, że da się z grubsza wydzielić fragmenty bardziej zawiłe formalnie od tych klarowniejszych, nie znaczy jednak, że Mokry-eksperymentator (pozwolę sobie na takie uproszczenie) całkiem rozmija się z Mokrym-narratorem. Zwłaszcza w ostatniej części fragmenty prozatorskie dość swobodnie meandrują od językowo „elastycznych” opisów „solaryszów”, utopijnego potencjału, który miałby tkwić w naturze – i zdającym relację z jej funkcjonowania w języku wiersza – do stwierdzeń dyskursywnych. Obydwa te tryby języka spaja gotowość do deklaracji, chęć wyłożenia określonego programu estetycznego i politycznego:

Pisanie nie przypomina używanych tylko wyciąganie używanych, tylko wyciągane z przyszłości, której nie ma, to przenośnie. Spekulatoryjne namacywanie, żeby dostać się do środka i wydostać solarysze. Roznoszone z pytaniami dla odmiany rzeczywistych krajobrazów, których nie znamy. Przejdźmy.

(…)

Kiedy zajmujesz stanowisko, wystawiasz się. Czasem nie trzeba się bać nazwania rzeczy niemożliwych do opisania. Tak, ziemia to siła, ale nie reżim. Wiedza jest tym, co pozwala się troszczyć.

Właśnie wobec tych wyraziściej deklaratywnych fragmentów mam najbardziej ambiwalentne odczucia; czasem wydają się nieco naiwne, a jednocześnie bezpiecznie wieloznaczne i rozmyte. Mokry wyraża potrzebę zmiany politycznej, a zarazem ogranicza swoją myśl do dość ogólnikowych spostrzeżeń dotyczących pracy na wyobraźni. Jest to wystarczające do powielenia skonwencjonalizowanego już nieco pisania o ekologicznej utopii, ale zbyt mało odkrywcze, by pobudzić do faktycznego namysłu nad akurat tymi zagadnieniami. Aby doprecyzować zatem odpowiedź na pytania, które postawiłem na początku swojego tekstu – „Solarysze” są niezwykle interesującą książką, gdy Mokry próbuje w niej powiedzieć coś w ramach ekopoetyckiego dyskursu, ale przez swoje awangardowe ambicje udaje mu się wypracować oryginalną, osobną propozycję. Inaczej, gdy świadczące o oryginalności stawki próbuje pogodzić z niezbyt pogłębioną, nieco sztampową refleksją ekopoetycką. Szczęśliwie dla tomu, przykładów tego drugiego jest znacznie mniej.

Mokry wyraża potrzebę zmiany politycznej, a zarazem ogranicza swoją myśl do dość ogólnikowych spostrzeżeń dotyczących pracy na wyobraźni

Czego dotyczyłby owe awangardowe ambicje „Solaryszów”? Przede wszystkim – potraktowania zupełnie na serio głosów historycznej awangardy; nie tyle przez powielenie określonych gestów, które wykształciły się w jej ramach, ile przez twórczy namysł nad tym, co z tamtej tradycji odnosiłoby się do współczesnego doświadczenia. Różnice, wynikające przede wszystkim z odmiennych warunków materialnych – Polska w okolicach 1920 roku była zaledwie u progu wielkich procesów modernizacyjnych – które udałoby się w takim dialogu uchwycić, miałyby powiedzieć zarówno o możliwościach poezji (w opisywaniu rzeczywistości), jak i o samej rzeczywistości. W tym kontekście ogromną rolę w znaczeniu „Solaryszy” odgrywają długie motta pochodzące z dzieł awangardowych poetów, ramujące ową polemikę – bo właśnie polemiczny, jeszcze bardziej niż w poprzednich książkach, wydaje się głos autora. Zwłaszcza interesujący jest przytoczony fragment Powrotu Tytusa Czyżewskiego:

(…)
w odwieczny potworny rajski bór
gdzie w gąszczu spoczywa
MÓJ PRADZIAD GORYL
pije wodę z misy
ELEKTRYCZNEJ NATURY
u jego boku
ja chcę pozostać pierwotnym
jakim byłem przed tysiąc wiekami.

uchwytuje bowiem nieoczywisty z dzisiejszego punktu widzenia splot technooptymizmu i witalistycznego prymitywizmu, jaki cechował sporą część polskiej praktyki futurystycznej. Inaczej niż w przypadku Awangardy Krakowskiej, żywo zainteresowanej przemianami technologicznymi w kraju, uzbrojonej w spójny program społeczno-poetycki, futuryzm polski stanowił raczej amalgamat różnych tendencji i poglądów, często podpatrzonych u awangard obcych, czasem wzajemnie się wykluczających. Wspominam o tym, bo właśnie witalistyczny instynkt awangardy – który u Czyżewskiego przejawiał się zarówno w prymitywnej figurze małpy, jak i tajemniczo działającej maszynie – zdaje się Mokrego, przy opisywaniu natury, interesować najbardziej. Z jednej strony rewiduje więc technooptymizm Tadeusza Peipera (który uobecnia się w motcie Z górnego śląska), z drugiej – na potrzeby opisu świata w kryzysie klimatycznym włącza ów futurystyczny instynkt do ekopoetyckiego dyskursu.

Natura u Mokrego jest więc twórcza, ciągle zmienna i w tym sensie „energetyczna”, ale nigdy nie jest niebezpieczna czy „obca”. Opisując ją w takich ramach, podmiot może zarówno poszukiwać utraconego sensu (czy właściwie „Sensu” – u Mokrego od debiutanckiej książki mającego wymiar egzystencjalny), jak i próbować wychodzić z propozycją poetycką w przyszłość. Podobnie jak w tradycji rosyjskiego zaumu celem innowacyjności leksykalnej nie jest spłaszczenie wiersza, jego język nie ma być „bełkotliwy”, wręcz przeciwnie: słowotwórstwo pozwala usensownić te morfemy, które zwykle dla użytkowników języka pozostają przezroczyste.

Zrosty wyrazowe, które Mokry rozpisuje na środku strony, mają wręcz być przeładowane znaczeniami: poszczególne słowa – dzielić ze sobą cząstki; ich łączliwość – dodatkowo naświetlać poszczególne człony; ich rdzenie – niejako się do siebie „kleić” . Mokry wykracza poza zasób polszczyzny, ale niekoniecznie poza zasady słowotwórcze samego języka. Ten efekt udziwnienia, ujęty w dobrze rozpoznawalne, czasem intuicyjnie wyczuwalne ramy, jest charakterystyczny dla książki w ogóle.

Podobne zjawisko zachodzi w obrębie przekształceń składniowych. Co szczególnie interesujące, także te zabiegi łączą Mokrego z ekopoetykami. U Małgorzaty Lebdy niedookreślone płciowo rzeczowniki odprzymiotnikowe („dzikie”, „chropowate”, „smoliste”, „łakome”) ewokują niedookreśloność samej natury; podmiotowość jest relacyjna, sensualna, wyprowadzona z bodźców. I pozornie podobnie rzecz się ma u Mokrego – a jednak te same strategie językowe wynikają z zupełnie odmiennych dążeń i prowadzą do rozbieżnych rezultatów. To, co u Lebdy jest nieznośną manierą, sentymentalnym naddatkiem, jedynie sygnalizującym czytelnikowi zainteresowanie podmiotki tym, co pozaludzkie, u drugiego z poetów jest znaczącą konsekwencją obranego ujęcia natury. Lebda, pomimo, a może właśnie dlatego, że koncentruje się na sygnalizowaniu zwrotu ku temu, co pozaludzkie, skupia się tak naprawdę na podmiocie. Przeciwnie Mokry – u podstaw jego rozważań leży opis tego, co podmiot przerasta, co przekracza jego możliwości poznawcze, i dopiero w ramach tego ujęcia określa swoją własną osobność.

By ująć rzecz nieco konkretniej –  dla Mokrego punktem wyjścia jest próba opisania globalnych procesów energetycznych. To, w jaki sposób natura zmienia się, przede wszystkim pod wpływem technicyzacji, siłą rzeczy nie jest odseparowane od  funkcjonującego w niej podmiotu – człowiek jest uczestnikiem wymiany cieplnej, emituje, przesyła dane, ogrzewa dom. Jeśli więc Mokry korzysta z przekształceń składniowych, które mają uczynić ludzką podmiotowość relacyjną (równoważniki zdań, rzeczowniki odczasownikowe, rzeczowniki w niepoprawnym przypadku, opisywanie „ja” z perspektywy innej niż pierwszoosobowa), to robi to w celu pokazania procesów, które podmiot przerastają, choć on sam jest ich uczestnikiem. W tym sensie bohater „Solaryszy” jest bohaterem tragicznym. Kiedy wyznaje córce:

Światło się pali, o czym pamiętam. Nie chcę, żebyś się kiedykolwiek wstydziła, że paliłem węglem. Nie jesteś córką potwora. Byliśmy w niewoli. Koniec miesiąca, koniec świata. To ta sama walka.

nie robi tego po to, żeby się samobiczować. Nie wydaje się również przekonany, że to od jego wyborów życiowych, afektów – a nie od zmiany globalnego systemu ekonomicznego, a więc, co za tym idzie, również procesów energetycznych – miałaby zależeć poprawa stanu rzeczy. Sytuacja, w której się znajduje, jest obarczona koniecznością – podmiot Mokrego nie próbuje pokazać czytelnikowi, jakie to właśnie kroki podjął, by ocalić planetę. Dlatego właśnie „Solarysze” są książką ściśle antropocentryczną – i to wydaje mi się bardzo interesującym wynikiem poematu. Lebda pisząca o przenikaniu się „oswojonego” z „dzikim”:

Nie chcę dzikiego mieszać z oswojonym, przykładam
gdyńską kostkę do ściany. Zamykam nią otwór. Nie trwa
to długo. Nie daje mi spokoju obraz pyszczka badającego
zimno metalu, to, jak się – nagle – cofa.

Wpuszczam dzikie w nasze.
Chodź, no chodź – mówię mu.

tak naprawdę jest zainteresowana tylko przeżyciami swojej podmiotki, dlatego zupełnie pomija globalność procesów energetycznych czy ekonomicznych. Zupełnie inaczej jest u Mokrego – „troska”, o której pisze częściej wyraża się na poziomie bardzo osobistym, prywatnym:

Zobacz, jacy brudni od uwiedzeń, zajęci przy odpadkach jesteśmy żywi? W moich płucach jest dość powietrza, byś mogła wziąć oddech.

ale ostatecznie jej sens nie byłby możliwy do wyrażenia bez sensu ponadosobistego, ponadpodmiotowego.

»Solarysze« są książką ściśle antropocentryczną

Między innymi do wyrażenia tego, co ponadosobiste, służy Mokremu montaż. W ujęciu poety, pozwalałby on na uchwycenie czegoś w rodzaju długiego trwania rzeczy. Te, przez samą swoją materialność nie są wystarczającymi świadectwami historii; mogą powiedzieć coś o pojedynczym zdarzeniu, ale jako takie nie są dla Mokrego interesujące. Dopiero gdy w zestawieniu ujawnia się ich umiejscowienie w czasie, gdy stają się czymś w rodzaju „zbiorników”, w których przechowują się ślady tego, co minione, ich materialność staje się znacząca:

(…) Poruszająca fotografia
nie pokazuje biegu zdarzeń, świeci

po źrenicach od 1826 roku
i wydłuża w czasie cienie

pooranych i rozrzuconych
po różnych miejscach epoki,

zwisają w magazynach od pierwszej
publikacji po rozwój technologii (…)

Metafora szumu czy powidoku byłaby tu jak najbardziej adekwatna (w końcu poza opisem montażu Mokry  wyzyskuje także obrazy upiornej, widmowej obecności – chociażby nigdy niegasnących diod urządzeń elektronicznych) – chodzi bowiem o zmaterializowaną formę czasu, który cały czas nawiedza podmiot i nie pozwala mu zapomnieć o historycznym zakorzenieniu rzeczy. Pojedyncze „świadectwo”, poukładana linearnie narracja przedstawia jedynie iluzję przezroczystości doświadczenia i autentyczności – iluzję tę rozbijają uporczywie obecne tła (kontekstowe, polityczne) i w tej deziluzji Mokry upatruje szansę na wymyślenie utopii oraz rekonfigurację przyszłości. O ile sam impuls utopijny jest w „Solaryszach” nieco zbyt naiwny, potraktowany po macoszemu, o tyle samo wprzęgnięcie montażu do namysłu nad przyszłością – stanowi ciekawą innowację.

Na szarym tle widać fragment monochromatycznego obrazu

Marcin Mokry "Solarysze", Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2025, s. 76.

Wojciech Kopeć
(ur. 1998) – poeta, redaktor wydawnictwa KONTENT, krytyk literacki. Autor czterech książek poetyckich: "przyjmę/oddam/wymienię" (2021), "jest taki konik" (2023), "Klif, dywiz i sestyna" (2024) oraz "Siedemnaście pieśni wyprowadzonych z przypadku" (2026). Za tom "jest taki konik" otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia (2024). Mieszka w Nowej Hucie.