fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Elizabeth Bishop
„Santarém”, tłum. Andrzej Sosnowski, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2018, s. 100.

„Zawrót głowy”
Antologia wierszy filmowych pod redakcją Darka Foksa, Narodowe Centrum Kultury Filmowej, 2018.

Jerzy Jarniewicz
„Sankcje”, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2018.

Małgorzata Lebda
„Sny uckermärkerów”, WBPiCAK, Poznań 2018.

Jacek Łukasiewicz
„Wiązania”, Wydawnictwo J, Wrocław, 2018.

Adam Kaczanowski
„Cele” , WBPiCAK, Poznań 2018, 44 strony.

Hanna Janczak
„jeszcze ciszej”, WBPiCAK, Poznań 2018, 40 stron.

Justyna Kulikowska
„Hejt i inne bangery”, Wydawnictwo Ha!art, Kraków 2018.

Jakub Sajkowski
„Zestaw do kaligrafii”, WBPiCAK, Poznań 2018, 56 stron.

Spis treści:

Nagrody

Zdarzenia, ploteczki

Przekłady

Antologie, wybory, zbiory

Najstarsi

„Myśmy nic nie mieli” – roczniki 60.

„Mieliśmy tylko łopaty” – roczniki 70.

„Myśmy nic nie mogli” – roczniki 80. i 90.

„Myśmy jeszcze nie musieli” – debiuty

Finał


Gdyby prześledzić polską poezję przez pryzmat działu recenzenckiego nobliwego a zacnego miesięcznika „Nowe Książki”, można by odnieść wrażenie, że zatrzymała się ona na pokoleniu „Nowej Prywatności”, a po nim ukazywały się już tylko wiersze jego uczniów, akolitów oraz ich kolegów i koleżanek. Karasek, Kisiel, Czyżewski, Pogonowska, Jankowski, Kuczkowski, Kielar, Niewiadomski, Zyman, Nicpan, Chojnowski, Mikołajewski, Jaworski, Moczulski, Rychlewski, Ferenc, Kozak, Kass, wreszcie: Lipska, Dehnel, Wróblewski, Jabłońska. To ostatnie pięć numerów z roku 2018. Gdyby nie te kilka nazwisk poetów i poetek utalentowanych, nadal ważnych, bez względu na wiek, można by pomyśleć, że w „Nowych Książkach” pisze się jakąś inną, osobną historię rodzimej poezji, w której jest miejsce na wszystko i wszystkich oprócz bieżącego życia literackiego. Nie taką historię chcę tutaj napisać i nie o takim roku opowiadać, wybaczą więc państwo, że większość z powyższych nazwisk więcej się tu nie pojawi.

Dla tych, którzy lubią krótko i na temat (co akurat nie bardzo wypada w krytyce poezji), podaję dziewiątkę roku w kolejności dowolnej, bo i kategorie różne: „Santarém” Elizabeth Bishop, „Zawrót głowy” pod redakcją Darka Foksa, „Sankcje” Jerzego Jarniewicza zredagowane przez Pawła Kaczmarskiego i Martę Koronkiewicz, „Sny uckermärkerów” Małgorzaty Lebdy, „Wiązania” Jacka Łukasiewicza, „Cele” Adama Kaczanowskiego, „jeszcze ciszej” Hanny Janczak, „Hejt i inne bangery” Justyny Kulikowskiej, „Zestaw do kaligrafii” Jakuba Sajkowskiego. Porażki roku to (o niektórych pisałem w cyklu „Krytyka negatywna”): kolejne nieporadne ruchy rządu w kulturze, dalsze cięcie dotacji na pisma literackie, działalność Instytutu Książki, upadek „Dwutygodnika”, rozwiązanie (się) „Rozdzielczości Chleba”, a także „Po szkodzie” Zadury, „Mediany” Siwczyka, wszechnominacje „Stanc” Kronholda i wiele, wiele innych.

A teraz na poważnie, ze smutkiem i nostalgią, czyli rzeczami, które na ogół towarzyszą poezji, a naszej szczególnie, bo jednak melancholijny z nas naród, od zrywu do zrywu rozpamiętujący stare czasy. W minionym roku opuściło nas kilka mniej lub bardziej istotnych, na ogół jednak rozpoznawalnych postaci, zwłaszcza w lokalnych wspólnotach poetyckich. Zmarł Jerzy Suchanek (‘53), zasłużony działacz literacki, poeta i wydawca, związany ze Śląskiem. Ostatnie swoje książki wydawał w Mikołowie, ale zostanie zapamiętany przede wszystkim jako twórca i jednoosobowe jury Nagrody Otoczaka. Odszedł również Marek Kołodziejski (’58), a jego ostatnim jak dotąd tomem (trwa zbiórka na książkę pośmiertną) był wydany w Brzegu „Kontrakt” (K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów, 2015) oraz Jan Goczoł (‘34), opolski poeta regionalistyczny, twórca mitycznej postaci „Starego Ślązaka”.

Przede wszystkim zmarł jednak przedwcześnie, nie doczekawszy się szerszego uznania, Juliusz Gabryel (‘79), autor trzech zbiorów wierszy, związany bliżej ze Stowarzyszeniem Żywych Poetów w Brzegu, pochodzący z Kluczborka. Jego znajomi – wielka w tym zasługa Radosława Wiśniewskiego – powołali akcję crowdfundingową i wydali ostatni, pośmiertny tom poety: „Lustrzane fikcje”. Gabryel nie doczekał się licznych omówień za życia, tak to bywa, czasem z drugiego rzędu jest najtrudniej. Teraz jego tom z okładki poleca Rafał Wawrzyńczyk, przypominając też o niesłusznie pominiętym przez krytyków „Płynie Lugola” z 2016 roku (pełna zgoda, dobra książka), i to poleca mądrze – ostrzegając przed niebezpieczeństwami „wizyt na odwrotnej stronie języka”, których podejmował się Gabryel z lepszym lub gorszym skutkiem. To jeden z tych wyjątkowych przypadków, gdy poeta własnym losem dokonuje naznaczenia swojej poezji, eksponuje jej punctum, nakłuwa ją wyjątkowo i nieodwracalnie. Czy krytyka przypomniałaby sobie o kluczborskim autorze, gdyby nie jego śmierć? Czy nie jest trochę tak, że pierwszy wiersz z nowego tomu dopiero teraz wywołuje ten dziwaczny, niepokojący efekt oscylowania między sentymentem i pośmiertnym tryumfem:

A kiedy wszystko się skończy
nie będę musiał oglądać twojej śmierci

żadna śmierć mnie nie obejdzie
żadna śmierć mnie nie obejmie

nie dotknie mnie

(7.02.2016)

Takie są wiersze Gabryela – metafizyczne i czułe zarazem, pisane z pozycji tragicznego banału jednostkowego życia, ale też oferujące pewien sposób przepracowania tej tragedii w duchu egzystencjalnego, ateistycznego heroizmu. To nie dialog z Bogiem jest bowiem sednem „Lustrzanych fikcji”, lecz dialog z Poezją: to ona, wykrystalizowana do granic, prześwietlona, zostawiająca puste miejsce po każdej obserwacji, staje się formą trwania w kolejnych odbiciach. Gabryel ma to wszystko, co wzruszało u Bielickiego: czułe, bystre i czasem pełne autoironii zmaganie się z nostalgicznością współczesnego świata. Pisze jednak nie konstruktywistycznie, architektoniczne, lecz modlitewnie i dialogowo, powtarzając frazy, inkantując puste zaklęcia: żadna śmierć, jeszcze nie umierasz, przyszedłem do ciebie, jestem, jeszcze jestem. „Lustrzane fikcje” to zapis zmagań z chorobą, przejmujący zapis kogoś, kto deklaruje (to cały wiersz): „Żywię się kosmosami” („PS”), a jednocześnie jest świadomy kruchości poetyckiej rozmowy i niestabilności ram samego wydarzania się literatury. Piszę w czasie teraźniejszym, bo ta poezja jest właśnie teraz, bo pośmiertny tom Gabryela to świetna książka, nie tylko dla seryjnych pochłaniaczy wierszy i profesjonalistów od literatury. Warto ją podarować, sobie i komuś.


Nagrody

W sprawie nagród w tym roku tylko szybkie odnotowanie i krótki komentarz, bo trudno mieć większe zastrzeżenia do głównych rozstrzygnięć. Z tomów nominowanych do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej wygrała książka najbezpieczniejsza, czyli „Psalmy” Julii Fiedorczuk, ale nie widzę w tym nic złego, bo ekologicznie uwrażliwiona, matczyna fraza poetki doskonale rozmontowuje militarystyczny rys biblijnych tekstów (pisałem o tym trochę w „Odrze”), a dzięki podjęciu religijnej matrycy wolna jest od zarzutów o egzaltację lub przesadę. Nagrodę Literacką Gdynia zdobył ku uciesze wszystkich chyba śledzących nową poezję Dominik Bielicki „Pawilonami”, swoim konstruktywistyczno-nostalgicznym tomem, nasyconym obserwacjami ruin pozostałych po naszym przyspieszonym kursie kapitalizmu, wypełniając ważną lukę realizmu, przeoczoną po latach 90. Oba tomy wydała Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza, jeszcze przed podziałem na nią i prowadzone przez Jacka Bieruta Wydawnictwo J, był to więc niewątpliwy sukces małego, w gruncie rzeczy lokalnego wydawnictwa. „Nike” w tym roku obyło się jak zwykle bez poetyckiego zwycięzcy, za to wśród nominowanych zobaczyliśmy dość konserwatywną śmietankę poetyk nowoczesnych, jakby jury nie zauważyło pewnej zmiany warty (trudno się dziwić, bo kto w kapitule „Nike” śledzi poezję?): „Pamięć operacyjna” Ewy Lipskiej, „Druga ręka” Wojciecha Bonowicza i „Stance” Jerzego Kronholda.

Nagrodę Poetycką Silesius otrzymali kolejno trzej „autorzy BL”: Bohdan Zadura za całokształt (nareszcie), Jerzy Jarniewicz za „Puste noce” (trudno się z tą decyzją nie zgodzić, nareszcie) oraz Agata Jabłońska za debiutancki „Raport wojenny”. Silesiusowy debiut był równocześnie – co zdarza się od wielkiego dzwonu – laureatem „Browara za debiut”, czyli chyba najważniejszej poetyckiej nagrody czytelników. O ile w debiutowych nominacjach do wrocławskiej nagrody mieliśmy do czynienia z dwoma nieporozumieniami, o tyle pozostałe tomy przedstawiały ciekawy poziom, a szczególnie cieszyły nominacje dla Bielickiego, Witkowskiej, Gutorowa oraz Fiedorczuk, których tomy polecałem od pierwszego kontaktu.

W cokolwiek konserwatywnej (ale wciąż ważnej) Nagrodzie Miasta Warszawy wyróżniony został za wieloletnie dokonania oraz warszawskość Ernest Bryll, w poezji zaś Maria Bigoszewska za „Wołam cię po imieniu” (Wydawnictwo Forma). Ostatniego niestety Otoczaka otrzymał Konrad Wojtyła za „Znak za pytaniem” (WBPiCAK). Orfeusz, z którego regularnie się nabijam, zaskoczył, wędrując do Joanny Kulmowej za zupełnie przeoczony tom „37” (Iskry), pozostałymi podkategoriami wyróżniono zaś Bogusława Kierca (czytelniczy), Michała Książka (mazurski) oraz Krzysztofa Kuczkowskiego (honorowy), co chyba nikogo nie dziwi.

Dziwniejsze rozstrzygnięcie miał za to ubiegłoroczny OKP im. Jacka Bierezina. Owszem, ukazały się tomy poprzednich zwycięzców: Ł.K. (Łukasza Kaźmierczaka/Łucji Kuttig) oraz Klaudii Wiercigroch-Woźniak, ale jury w przejmująco niefortunnym składzie, chyba najgorszym od lat: Monika Mosiewicz, Maciej Melecki i Radosław Wiśniewski, przyznało laur Małgorzacie Ślązak za projekt tomu „Releplay/Replay”, a wyróżnienie publiczności otrzymał oczekiwany debiutant Aleksander Trojanowski. Zwycięskich wierszy jeszcze nie znam, laureatka jest na razie w środowisku postacią anonimową. Poczekamy. Stypendium im. Barańczaka otrzymał Szczepan Kopyt (niech mu służy), wygrywając z Iloną Witkowską i Wiktorem Marcem. Sporym zaskoczeniem była za to Górnośląska Nagroda Literacka „Juliusz”, przyznana przez grono czołowych literaturoznawców Robertowi Rybickiemu za „Dar Meneli” (Biuro Literackie). W Kutnie tymczasem, w konkursie na debiut im. Artura Fryza, z jury w składzie Piotr Śliwiński, Adam Wiedemann i Jakub Kornhauser, zwyciężył niespecjalnie opisany tom bierezinowy, czyli „Pamięć przyjęć” Katarzyny Michalczak.

Trudno nie wspomnieć również o niewątpliwym sukcesie translatorskim, jakim jest nominacja aż trzech „polskich” książek poetyckich do nagrody Amerykańskiego PEN Clubu w kategorii przekładu: „Pana Tadeusza” w przekładzie Billa Johnstona (wcześniej np. jego świetne „Peregrinary” Tkaczyszyna-Dyckiego), „Asymetrii” Zagajewskiego w przekładzie Clare Cavangah (uznanej tłumaczki m.in. wierszy Szymborskiej) oraz „Aperture”, czyli wyboru wierszy Jacka Dehnela w przekładzie Karen Kovacik (tłumaczki odpowiedzialnej za międzynarodowy sukces Agnieszki Kuciak i jej „Dalekich krajów”). Sukces sukcesem, wart odnotowania, zwłaszcza, że i tłumacze dobrzy, zarazem trio Mickiewicz-Zagajewski-Dehnel zasłużyło na osobne wspomnienie, bo zapowiada się jak spełnienie konserwatywnej fantazji erotycznej, której ukrytym obiektem pragnienia jest Chopin albo jego kruche serce, w wersji gore i z kanibalami-zombie.

Odnotujmy też oficjalne przetasowania w kluczowych kapitułach: wymianę całej kadry Nagrody Szymborskiej, w której od tej pory rodzimą literaturę reprezentować będą Alina Świeściak, Karol Maliszewski i Wojciech Ligęza, oraz podmiany w Silesiusie, do którego przeniosła się Joanna Orska, uzupełniając Justynę Sobolewską i Annę Kałużę w rozbijaniu wieloletniego, męskiego kręgu. Podobno do dużych zmian ma też dojść w jury Gdyni. Poza tym wszystko bez zmian: wąska grupa krytyków i krytyczek, głównie o wysokoakademickiej proweniencji, obstawia większość kluczowych nagród poetyckich, niejednokrotnie dublując się lub potrajając.

Zdarzenia, ploteczki

W ostatnich dniach grudnia środowiskiem poetyckim (bo jednak głównie ono przeżywa jeszcze sprawy literackie i bierze je do siebie) wstrząsnęło pojawienie się nowego kwartalnika literackiego „Napis”, dotowanego centralnie i przypominającego odgórne akcje ukulturalniania rodem z PRL. Liberalne elity (z „Gazetą Wyborczą” i „Polityką” na czele) zaczęły grzmieć, że jak to tak, że się prawicy nie sprzedadzą. Wystarczyła chwila, by pojawiły się oskarżenia o kolaborację, o konieczność obrony wartości wyższych, a etos KOD-owy zderzył się z etosem smoleńskim w pięknej operetce. Tymczasem w pierwszych numerach pisma, redagowanego przez prawicowego herbertologa dra Józefa Marię Ruszara, z przedziwnym składem redakcyjnym (choćby Roman Honet), swoje teksty publikują Paweł Kaczmarski, Maja Staśko, Edward Pasewicz, Agata Jabłońska, a chwilę później sekretarzem redakcji zostaje Dawid Mateusz. Nie wiadomo, co z „Napisem” będzie, ale do sprawy, chociaż chaotycznie, zabrano się z dużym budżetem, jakiego nasz rynek czasopism branżowych (a więc nie mainstreamowych, publikujących głównie reklamy i materiały zamówione przez wydawcę) dawno nie widział. Tam, gdzie jest budżet, w zabiedzonym i wyposzczonym środowisku, musi oczywiście dojść do tarć.

Tam, gdzie jest budżet, w zabiedzonym i wyposzczonym środowisku literackim (poetyckim), musi oczywiście dojść do tarć

Niestety – gdy już można się było spodziewać chwili spokoju i odrobiny rzetelnej pracy w literaturze – ogłoszono zamknięcie „Dwutygodnika”, który wszyscy kochamy i który zupełnie niezauważenie zajął miejsce centrali kulturalnej, wypierając stamtąd liberalną prasę. „Co mam zrobić bez niego, jak żyć, bez niego jak żyć” – można by przywołać piosenkę Czerwonego Tulipana… I nie mam odpowiedzi. Również jako dydaktyk nie wiem, co na to powiedzieć studentom i przychodzi mi do głowy iście kawafisowska scena:

– Zapoznajcie się państwo z recepcją.
– Ale „Dwutygodnika” już nie ma…

Analogia z odebraniem pieniędzy „Dwutygodnikowi” na rzecz „Napisu”, która pojawiła się nagle w artykułach i oskarżeniach, jest oczywiście nietrafiona, bo przycięto też szereg innych czasopism. Wspomnę od dawna pozbawiony dotacji „artPapier”, wspomnę upadek „Fa-artu”, wreszcie zamknięcie po wielu latach „Zeszytów Literackich”, co akurat wiąże się głównie z kryteriami wolnorynkowymi i niegospodarnością samej redakcji, skłonnej przeznaczać na jeden numer 80 tys. zł. Robi się to konsekwentnie, od początku istnienia tego rządu, gdy tylko postanowiono wymienić reprezentację elit kulturalnych. Idea powołania ministerialnego kwartalnika – chociaż absurdalna – jest przynajmniej ideą przeinwestowania środków w sztukę, a nie w odwierty w Meksyku.

Okazało się jednak, że kwartalnik ma swoją nazwą podświadomie zachęcać do głosowania na obecny rząd w duchu forumowego trollowania: NaPiS. Proponuję więc środowisku KOD-u założyć własne pismo, np. „KOD Kulturalny”. Jest idea, jest wola i jest wolontariat. Mniejsza. Jedyny sensowny głos w tej sprawie zabrał niezastąpiony Dawid Kujawa, a że był to głos długi, zacytuję tylko fragment:

naprawdę nie trzeba być specjalistą od Marksa, by spojrzeć na problem materialistycznie, bez paranoicznych odpałów: gdybyście zechcieli państwo uznać pracę poetycką za zwykłą formę pracy najemnej, która w kapitalistycznej gospodarce jest po prostu słabo opłacana, sprekaryzowana i dlatego powinna być wspierana przez instytucje publiczne, jeśli ma przetrwać, moglibyście też dojść do wniosku, że nie ma dużego sensu obwinianie pracownika najemnego za sposób organizacji produkcji (w tym przypadku czyt.: zabieranie „Dwutygodnikowi”, żeby dać „Napisowi”). dlaczego? bo każdy akt sprzedania siły roboczej jest aktem sprzedania siebie, niezależnie od tego, z kim Waszym zdaniem warto kolaborować, a z kim absolutnie nie wolno.

To tyle w kwestii kolaboracji w warunkach zaawansowanego kapitalizmu, w których jedni mają (bo kiedyś wszak „nic nie mieli”), więc kontestują, a inni dopiero chcą mieć (bo przecież „nic nie mogą”), więc biorą, co dają i liczą, że uda się coś na tym ugrać: dla siebie i dla literatury.

Toczyły się też mniej lub bardziej intensywne spory o zaangażowanie, przy czym na ogół wycofało się z nich grono, które ten pozorny „dyskurs” tworzyło (chodziło po prostu o akademicką refleksję nad nowymi pojęciami polityczności przykładanymi do wierszy; średnio nadążyła za tą refleksją nieakademicko i antyteoretycznie zorientowana krytyka), a para poszła w gwizdek pojęć tożsamościowych i ideologicznych haseł. W tym czasie Radek Wiśniewski – dając odpór filtrom ideologicznym, czyli czemuś złemu, psującemu lekturę, zaślepiającemu czytających i zupełnie niepotrzebnemu krytyce – powołał inny model zaangażowania w postaci „Laboratorium empatii historycznej”. W płynnym, miękkim i rozlazłym pojęciu „empatii” upchnięto idealnie wpasowany w neoliberalne warunki, reprodukujący je model współczucia jako działania apolitycznego, to znaczy uniwersalnie humanistycznego imperatywu (a może nawet posthumanistycznego, bo są tu zwierzęta, przyroda, ekologia). W tak pojęte „laboratorium” zmieści się każdy, jeśli tylko splunie na ziemię przy słowach marksizm, materializm, baza. Zapraszamy. Oczywiście coś się we mnie zagotowało w reakcji na takie ustawienie sprawy, na ten poziom filozoficznej indolencji, napisałem długi list przeciwko ukrywaniu agonu, po czym sprawę uznałem za niewartą tak długiego komentarza i porzuciłem. Wracam do niej teraz, choć pewnie nadal nie warto.

Na przeciwnym biegunie, tam gdzie nie przelewa się z pustego w próżne, dostrzec trzeba najazd poezji instagramowej na klasyczne medium druku. O ile w roku 2017 najgłośniejszym produktem poetyckopodobnym było „Mleko i miód” Rupi Kaur, o tyle rok kolejny przyniósł nam następną książkę kanadyjskiej autorki, „Słońce i jej kwiaty”, ale też „Miała dzikie serce” niejakiego Atticusa (Otwarte), „Depresję i inne sztuczki” kanadyjskiej youtuberki Sabriny Benaim (Wydawnictwo Literackie) oraz szybką reakcję rodzimych producentów: „Arkusz poetycki” Billie Sparrow (Znak), „Chłopców, których kocham” Anny Ciarkowskiej (Otwarte) czy „Złote myśli” Sebastiana Kalety (‘98; wspominam o tej książce, bo obok kilogramów grafomanii wydanej własnym sumptem w Poligrafie, ten akurat debiutancki tomik młodego sądeczczanina wprost próbuje skapitalizować popularność instapoezji – trudno stwierdzić, na ile cynicznie, na ile po prostu naiwnie). Wolałbym, żeby droga nie prowadziła w tę stronę, ale – jeśli rzecz nie jest chwilową modą i nie znudzi się za dwa-trzy lata – mamy chyba do czynienia ze zjawiskiem zdolnym stworzyć osobny obieg, o znacznie większej liczbie czytelników niż „klasyczna poezja”, na razie niepróbującym wpływać na główny nurt, nieżądającym uznania ani akcesu do gremiów jurorskich, toczącym raczej boje na internetowych portalach. Na razie.

Nie omieszkam też wspomnieć, że Michał Rusinek dostał prawicową burę za wierszyki dla dzieciJaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości” i za te same wierszyki otrzymał równocześnie prestiżową nagrodę IBBY. Nie dostał jej na szczęście (jeszcze) Marcin Baran, który wcale nie kolaborując z pismem katolickim (pamiętają państwo jeszcze ten wiersz Świetlika?) wydał książeczkę dla najmłodszych o Romanie Dmowskim pod niebywale familiarnym tytułem „Piesek i brud”, tfu, „Piasek i bruk”. Zaszczytna seria niepodległościowa, w której ojcowie i matki założyciele/ki zyskują biograficzne opracowanie, gotowe na elementarz młodego Polaka, po raz pierwszy otrzymało tak abstrakcyjny tytuł. Wyraźnie wyłamał się on z serii, w której Stryjeńska gościła w „O Zofii, co zbierała kolory”, a pies Piłsudskiego w „Mój pan woła na mnie Pies”. Była też „Wanda bojowa panna” i „Koronkowa parasolka z Gdyni”, a wszystko na trzech poziomach trudności. Mam taką teorię, że Baran osiągnął swoim Dmowskim nowy wymiar „brulionowej” ironii: zasiedział się przy „Medal of Honor” i dał tytuł rodem z piosenki Sweet Noise tylko po to, żeby Dmowski już do końca życia maluchom kojarzył się raczej z „Jakbyś kamień jadła”, niż z dobrym tatkiem z Wersalu. Brawo.

Były oczywiście drobne kłótnie, spory, absurdy wydawnicze, spektakularne upadki i piękne wzloty. Uformowały się pisma „Stoner Polski” i „Wizje”, swoje centralne miejsce w życiu młodoliterackim potwierdziły „Mały Format” i „Kontent”. Zapamiętamy (przynajmniej niektórzy) ten rok z odejścia Moniki Glosowitz z poetyckiej redakcji „artPapieru” oraz (miejmy nadzieję) tymczasowego wycofania się Dawida Kujawy z życia akademickiego na rzecz rokującego kursu informatycznego, a także umocnienie się niekwestionowanej pozycji szarej eminencji krytycznoliterackiego Facebooka w osobie Rafała Wawrzyńczyka. Po dość nieoczekiwanej habilitacji Jarosława Klejnockiego (taki krytyk towarzyszący poezji lat 90., który dawno już niczemu nie towarzyszy), przyszła też kolej na habilitację Karola Maliszewskiego, głównie na podstawie jego bogatego dorobku krytycznoliterackiego, z lekkim skrętem w stronę śląskiej regionalistyki.

Sprawą roku, związaną z rosnącym w siłę ruchem #metoo, były jednak kolejne akcje najpierw internetowego spalania się poetów i redaktorów, a następnie ich heroicznej walki z hejtem. Oczywiście najgłośniejsza afera zaczęła się od Mariusza Grzebalskiego, gdy ten postanowił kompulsywnie włączyć się w komentowanie polityki, które przeszło w zarzuty o potencjalną grafomanię wobec Joanny Dziwak, co zmieniło się z kolei w publiczną galopadę przez stereotypy zastraszonej, histerycznej męskości, a potem poskutkowało internetowym linczem na samym wydawcy. W sprawę włączyła się Maja Staśko, stając się głosem kobiet uciskanych przez heteronormę i patriarchat, a spektakl przeniósł się na wyższy poziom, trwale dzieląc środowisko. Podobne rzeczy przytrafiły się kilku innym poetom, głównie obrońcom Grzebalskiego (tzn. ich zdaniem – zdrowego rozsądku, moim – chamstwa w przestrzeni publicznej, na które nie powinno być miejsca) oraz szowinistycznym strażnikom wartości literackich. Zasłynęli jak zwykle Marcin Sendecki, uciśniony od czasu sporu z Kujawą Waldemar Jocher, czy będący nieustannie w ofensywnie przeciw medialnym, wizerunkowym działaniom Staśko Sławomir Płatek i Rafał Gawin, a nawet Kamil Brewiński, którego ciąg alkoholowy poniósł za daleko w groźbach.

Co nam uświadomiły powyższe zdarzenia? Że jesteśmy podzieleni, że nie wszyscy w podobnym czasie przechodzą przemiany genderowych kategorii i emancypację społeczną, że kultura osobista i kultura wyższa nie mają ze sobą wiele wspólnego oraz przede wszystkim – że starsi poeci „nie umieją w internety”, że stosują niewłaściwą retorykę i figury, a potem nie rozumieją istoty publicznego wchodzenia w kolejne flejmy, co odbija się na ich pozycji społecznej i zdrowiu w stopniu niebywale większym, niż młodszych. Sprawa smutna i wystawiająca raczej niekorzystne świadectwo naszemu i tak wąskiemu środowisku, oczywiście obrzydliwemu w swoich „niskich pobudkach” (na kłopoty zawsze Świetlik).

Jako pozytyw trzeba jednak odnotować rosnącą siłę ruchu kobiecego i głosu kobiet, zwłaszcza w przestrzeni internetowej, ale idą też za tym kolejne tomy, które coraz bardziej otwarcie sprzeciwiają się kulturalnemu patriarchatowi (od wierszy Kamili Janiak i „Mówienia NIE. Instruktażu” Agaty Jabłońskiej po tegoroczne debiuty Wiercigroch czy Kulikowskiej). Ten spór już nie tylko jest, on stał się publiczny, jest świadomie i celowo prowokowany przez poezję, poetki oraz piosenkarki (SIKSA, ostatnia płyta Nosowskiej), ma swoje media w postaci SDK, inicjatyw „Wspólnego Pokoju” i „Wakatu/Notorii”, Babińca Literackiego, Śląskiej Strefy Gender czy zaangażowanej serii poezji Staśko w Ha!arcie. Jedne z tych wierszy są bardziej ofensywne, inne bardziej skupione na samej kobiecości współczesnego doświadczenia (tego wewnętrznego i tego społecznego), ale tworzą ciekawy nurt i wyraźnie zmieniają dynamikę w polu.

Przekłady

Ten rok – powtarza się to właściwie we wszystkich komentarzach, podsumowaniach i felietonach – stał w naszej literaturze działalnością drugoplanową: wyborami, przekładami, nowymi edycjami, ciężką pracą tłumaczy, edytorów, poetów jako krytyków i krytyków jako poetów, nowymi antologiami oraz wyborami wierszy. Nie podejmę się rzetelnej oceny tłumaczeń, od tego jest kompetentne jury „Literatury na Świecie”, które pod koniec minionego roku nagrodziło zresztą Zbigniewa Macheja za przekład „Pieśni duchowych” Georgiusa Tranosciusa oraz nagrodą specjalną „Mamuta” Leszka Engelkinga, autora tylu przekładów poetyckich, m.in. z angielskiego, czeskiego i hiszpańskiego, że zgromadzone na jednej półce mogłyby ją złamać. Skoro nie czuję się jednak specjalistą od orzekania w sprawach translatoryki, wspomnę tylko z czytelniczym amatorstwem o rzeczach, którym mogłem się przyjrzeć i które jakoś tam zapadły mi w pamięć.

Z przekładami było wręcz wspaniale. Tak jak w 2017 roku antologijnym wydarzeniem stały się „444 wiersze poetów języka angielskiego XX wieku” (Znak), czyli zebrane przekłady Barańczaka, tak w zeszłym okazało się nim wznowienie „O krok od nich”, czyli monumentalnej antologii i translatologicznej summy Piotra Sommera. Potencjalne wznowienie – jak wieść gminna niesie – stało się kiedyś jedną z kości niezgody między autorem a Biurem Literackim. Ostatecznie „O krok od nich” wydał Karakter i za to wydanie – edytorsko, typograficznie – otrzymał od razu wrocławskie Pióro Fredry dla najpiękniejszej książki roku. Z jednej strony Sommer uzupełnił swój projekt o przekłady W.C. Williamsa, Jamesa Schuylera oraz Davida Schuberta i już to powinno nam wystarczyć. Z drugiej: wznowienie książki okazało się rzeczą pożądaną i uświadomiło, że nawet po dwunastu latach od pierwszego wydania „lekcja poetów amerykańskich” nie została odrobiona, a każde pokolenie odrabia ją od nowa, niejako na własny użytek i własną odpowiedzialność. Możemy poczynić zarzuty, że pisanie o książce roku w kontekście starych przekładów, z których większość jest już na rynku od dawna, a ponadto utrwalają one dość niekompletny, wybiórczy obraz niektórych poetów (O’Hara, Ashbery), jest nieodpowiedzialne i świadczy o stagnacji w naszym poetyckim polu. Można potraktować zdarzenia wokół „O krok od nich” w zgodzie z marksowską metaforą: jako farsę. Nie zmieni to jednak faktu, że mamy do czynienia ze wspaniałą, obowiązkową książką, a nostalgia związana z powrotem do niej jest doświadczeniem nielicznych. Bo do tych tłumaczeń właściwie nie można powrócić, można je tylko zaczynać czytać od nowa.

Na pierwszy plan wysuwa się jednak niewątpliwie jedna z książek roku – „Santarém”, czyli wiersze i prozy Elizabeth Bishop w przekładach Andrzeja Sosnowskiego, a zaraz za nią podąża „Ciemna materia” Rae Armantrout (laureatki m.in. nagrody Pulitzera) w przekładach Kacpra Bartczaka, czyli faworyt do przekładowej Szymborskiej. Obie książki ukazały się nakładem Biura Literackiego, pisałem już o nich kilka słów, więc nie będę się nad tematem rozwodził. „Ciemna materia”, fenomenalnie przetłumaczona przez Bartczaka, to lekcja poezji lingwistycznej, społecznie krytycznej, nerwowej i nieustępliwej w językowych poszukiwaniach. Nie będzie to z pewnością dla nikogo lektura łatwa, bo elipsa, która cechuje całą twórczość Armantrout, gubi czytelnika i stawia przed nim niebywale trudne zadanie: materialnego niemalże obcowania z tekstem, który wdziera się w świat, jakby wypłukiwał szczeliny w skałach lub rozłupywał podziemne korytarze. Jest w tym coś z liryki samego Bartczaka, coś z jego pragmatycznego myślenia o języku jako systemie nerwowym, o organoleptycznym doznawaniu świata przez medium poezji.

„Santarém” Bishop to sztos i nietrudno stwierdzić, dlaczego tom „33 wierszy” od Barańczaka nie zachwycał tak bardzo, jak robią to przekłady Sosnowskiego. Bishop pod wpływem autora „Życia na Korei” zmienia się z nihilistycznej kolekcjonerki metafizycznych puzderek, trudniącej się ciosaniem formy w podróżniczkę poetyckich światów w kartografkę wyobraźni, poetkę marynistyczną, której fraza okazuje się nieustannym przepływem znaczeń. Niby niewiele się zmienia, kilka utworów w nowym porządku, inne podejście do przekładu, a jednak jest to zupełnie inna Bishop, jakby namaszczona od nowa i pozbawiona skostnienia, kolażowo wręcz wycięta z jednego obrazka amerykańskiej poezji i wstawiona w „inną tradycję”. Wysoki modernizm zaczyna znowu brzmieć inaczej, bardziej życiodajnie, gdy zabiera się za niego Sosnowski śladem Ashbery’ego, niż gdy zabierali się za niego Miłosz czy Barańczak (podobna rzecz przytrafiła się właśnie pięknie wydanym przez Ossolineum i przetłumaczonym przez Marcina Szustra „Ostępom nocy” Djuny Barnes, niewątpliwie kolejnej książki roku, tym razem w poetyckiej prozie). Dodajmy też inne szlachetne, słynne i świetne inicjatywy Biura Literackiego: „100 wierszy wypisanych z języka angielskiego” w przekładach Jerzego Jarniewicza, prozo-poetycką „Pieśń torby na pawia” Nicka Cave’a, prozatorskiego DylanaWhitmana (w sumie poetów przecież), a obraz Biurowych tłumaczeń sprosta poprzeczce wyznaczonej przez poprzednie lata.

Z innych zeszłorocznych przekładów, których nie można pominąć, wspomnijmy zupełnie nowy wybór Emily Dickinson „Jest pewien ukos światła” (Officyna, przeł. Krystyna Lenkowska), moim skromnym zdaniem nie tak dobry, jak ten Barańczaka, zdradzający przede wszystkim problemy z oddaniem ascetycznej, wycyzelowanej do granic, ale też pełnej rymotwórczej i rytmicznej nonszalancji formy poetki. Język angielski jak zwykle obfitował w propozycje, ale w tym roku było ich chyba więcej i na większą skalę. Ukazały się dość niespodziewanie przekłady Jacka Gutorowa z poetów amerykańskich „Oko wie lepiej: Ashbery, Clover, Cole” (Wydawnictwo J). Choć miałbym kilka zastrzeżeń, przede wszystkim do… zamaszystości frazy Ashbery’ego, do której przyzwyczaili nas Zadura z Sosnowskim, ale też Paweł Marcinkiewicz, to sama prezentacja trójgłosu „Ashbery i…” jest niebywale interesująca. Tom świetnie się komponuje edytorsko z poprzednimi przekładami Gutorowa, „Wygnanymi z raju”, jeszcze z Fundacji Karpowicza, i rzeczywiście tworzy jakąś „inną tradycję” (inną niż ta Barańczaka, inną od sommerowskiej, zupełnie inną od tej powoli lepionej przez Bartczaka). Zwracam też uwagę na wybór wierszy Jane Hirshfield „Słodycz jabłek, słodycz fig” (Znak) oraz „Bezczynność butów” Rona Padgetta (Mikołów, przeł. Andrzej Szuba), jedną z oryginalniejszych propozycji przekładowych, niestety z typowo mikołowską dystrybucją.

Poza tym warte uwagi były: dwujęzyczne „Takie jest życie / Hayatböylezaten” tureckiego poety Orhana Veli Kanika (Dialog), „Ciało wędrowne” Breytena Breytenbacha (a5) oraz „Koniec minotaurów” bułgarskiego pisarza Georgija Gospodinowa (SPP w Łodzi), lepiej znanego jednak z prozy. WBPiCAK zaproponował wiersze naszych najbliższych sąsiadów: „Stryj Kaich się żeni” czeskiego poety Bogdana Trojaka (przeł. Michał Tabaczyński), wybór poezji z ostatnich tomów Litwina Eugeniujusa Ališanki „Zastrzegam sobie prawo do milczenia” (przeł. Paulina Ciucka) oraz tom zwracający największą uwagę, a więc „Morele Donbasu” Lubow Jakymczuk (przeł. Aneta Kamińska). Jakymczuk (‘85) to właściwie rówieśniczka naszej najmłodszej poezji, która poszukiwania zaczynała od stworzenia sobie podmiotowego, silnego, kobiecego głosu, wyłamującego się ze stereotypowych ról i egzystencjalnych kleszczy dorastania we wschodniej Ukrainie, a równocześnie garściami czerpała z futuryzmu, tworząc eksperymentalną poezję na granicy lingwizmu. Po drodze jednak jej wierszom „przydarzyła się” wojna, a trudna walka o „ja” okazała się jeszcze trudniejsza i zobowiązała poetkę do uzupełnienia lingwistycznych poszukiwań w dziedzinie podmiotowości o literaturę świadectwa. Rozpad składni, pokrewny eksperymentom Białoszewskiego i Karpowicza, stał się zatem rozpadem państwa i człowieka w obliczu wojny, która wdarła się w codzienność, a w którą nikt spoza Ukrainy specjalnie nie wierzył. Ta wstrząsająca, językowo-werystyczna opowieść o umierającym wschodzie zawiera się w ostatniej części tomu zatytułowanej „Rozpad”. Znajdziemy tam teksty wybitne: „SZRAMA”, „jak zabiła”, „rozkład”, z niedającą się wyprzeć końcówką: „a de bal ce wo?/ gdzie moje de bal ce wo?/ tam więcej nie urodzi się Sosiura/ już więcej żaden człowiek nie urodzi się// patrzę na widnokrąg/ jest trójkątny trójkątny/ i pole słoneczników opuściło głowy/ zrobiły się czarne i suche jak i ja/ już strasznie stara/ i już więcej nie jestem Luba/ tylko ba”. Wcześniejsze tomy zyskały rys tragicznej elegii o ukochanym wschodzie w chwili, gdy ten wschód zmienił się w poligon. Nowsze nie są z kolei typową liryką świadectwa (choć datowanie wierszy mówi tu wiele), grającą monotonną kartą autentyczności. Jest w tekstach Jakymczuk (i w intymnych wręcz przekładach Kamińskiej) jakiś rodzaj personalistycznej niezbywalności, dramat poezji czasu wojny, która wcale tej wojny nie potrzebowała. Ale skoro już ktoś ją wywołał, to Jamykczuk stała się jej świadkiem i jest to świadectwo z ducha pokrewne „Budowałam barykadę” Świrszczyńskiej. Lepszego nie będzie.

Z podobnego kręgu językowego Jacek Podsiadło przełożył „Drohobycz: księgę wierszy wybranych (2014-2016)” najpopularniejszego u nas poety ukraińskiego Sergija Żadana (PIW), a Bohdan Zadura tomiki Białorusinki Julii Cimafiejewej „Cyrk i inne wiersze” oraz Ukrainki Hałyny Kruk „Wakacje nad Letą” (Warsztaty Kultury w Lublinie). Kompletnym nieporozumieniem okazał się za to tom „Przyjdź” Mariana Horbaczka (‘50), który sam przełożył swoje wiersze i przedmowę Wołodymyra Barna. Zrobił to tak niefortunnie (a korekta najwyraźniej nie pomogła), że poszczególne frazy brzmią jak z translatora zaginionych Sybiraków na ostrym, poetyckim haju:

I tylko po tym on zaczął wylewać wszystkie swoje najbardziej bolesne bóle, przemyślane myśli, przesolone łzy życia i biedę, na białe arkusze dni, aby wyspowiadać się za siebie, za swój ród, za małą Ojcowiznę, jaka bezustannie toczyła się w jego krwi miłością, pamięcią, wspomnieniem – wszystkim, czego on nie spotkał i nie miał w dniach dzieciństwa, młodości i dojrzałości.

Dalej, w samych wierszach, jest już może nie tak przesadnie, ale za to naiwnie, banalnie, modlitewnie, grafomańsko.

Skoro było już o świetnej Jakymczuk, to wspomnieć trzeba też o innej młodej poetce, tym razem słoweńskiej: Katji Gorečan (ur. ‘89), której „Cierpienia młodej Hany” w przekładach Miłosza Biedrzyckiego wydał krakowski Ha!art (to dalszy efekt działań na marginesie poprzedniego Europejskiego Poety Wolności). Gorečan wykorzystuje Hanę, współczesną nastolatkę, model dojrzewającej dziewczyny o poetyckich aspiracjach, żeby językiem maksymalnie neutralnym, pozbawionym zdobników, sprowadzonym do faktów i spostrzeżeń, opowiedzieć o tym właśnie dojrzewaniu, o wyzwalaniu się z siebie i wpisanej w to konieczności unicestwienia. To nie jest pamiętniczek, choć tom pisany jest na podstawie doświadczeń autorki i mocno osadzony w jej biografii, a w ostatnim wierszu dokonuje ona swego rodzaju terapeutycznego gestalt. „Cierpienia…”, dzięki przyjętej strategii pracy nad preparatem (Haną), zmieniają się raczej w gorzki obraz współczesnego patriarchatu, zależności, bezsensu nastoletnich odkryć i bezsensu egzystencjalnego, gdy kolejne dramaty unieważniają tylko i ośmieszają poprzednie. Te refleksje ujęte zostają w nawias tragicznej mimo wszystko ironii. Podczas gdy Rupi Kaur ze swojego dojrzewania robi bryk wzruszeń i odpowiedzi, Gorečan stwierdza nieprzyjemne fakty, groteskowo je wypiętrza, wprowadza nas w intymną codzienność Hany: miesiączki, seks, golenie, problemy egzystencjalne i tożsamościowo-seksualne, i robi to z taką wyższością, że czytelnik zaczyna czuć się nieswojo i staje po stronie bohaterki przeciw podmiotowi. „Cierpienia młodej Hany” są bowiem „instrukcją bycia kobietą”, w której każde z tych trzech słów z osobna zostaje rozebrane na części, skompromitowane i podane raz jeszcze: na opak. Z rodzimych propozycji strategię autorki można by porównać z debiutancką „lalką bellmera” Anny Fiałkowskiej (też z tego roku), ale Fiałkowska jest mniej bezpośrednia i chyba jednak bardziej naiwna w swoim „projekcie dojrzewania”.

Mnóstwo tomów poetyckich ukazało się w ramach tegorocznego festiwalu Europejski Poeta Wolności: Magdalena Heydel przełożyła „Zapadać w jawę” Alice Oswald, Krystyna Dąbrowska „Sztukę upadania” Kim Moore, poza tym były też: „Biała burza przebudzenia” Erkki Filandera (przeł. Katarzyna Szal), Plamena Dojnova „Sofia Berlin”, „W moim wnętrzu pływa ryba” Sigurbjörga Þrastardóttira, „Przepowiednia” Johanny Venho, „A imię moje Legion” Menno Wigmana, „Fałszywy Dymitr” Dumitru Crudu, a przede wszystkim nagrodzone główną nagrodą „Wolność/Frelsi” Lindy Vilhjálmsdóttir (przeł. Jacek Godek), islandzkiej poetki, znanej z ekologiczno-postsekularnych form traktatowych na temat globalnych problemów późnego kapitalizmu. Nie wszystkie z tych tomów miałem okazję czytać, z pewną obawą stwierdzam jednak, że wśród tych, które znam, nie było książki na miarę „Mizantropa na Capri” Dursa Grünbeina czy „Pieniędzy” Pablo Garcii Casado.

Zwracam też uwagę na „To, co konieczne. 17 wierszy” Kjella Espmarka (Mikołów, Fundacja Miasto Literatury), szwedzkiego pisarza i literaturoznawcy, byłego członka Komitetu Noblowskiego, w przekładzie Zbigniewa Kruszyńskiego. Espmark wypowiada się na ogół liryką roli i na tyle, ile można wywnioskować z tych kilkunastu tekstów, jest to przekrój przez historię wykluczonych, przegranych, wygnanych, którym w jakiś sposób udało się zachować ślad po sobie. Poezja Espmarka jest – jak pisze w posłowiu Jan Balbierz – formą dialogu, interakcji kulturowej ponad historycznymi granicami. Szwedzki autor oddaje głos różnorakim podmiotom i w jakiejś hermeneutycznej fantazji współbrzmi z ich jednostkowym losem. Wybrzmiewa to dość klasycznie, gdzieś między Kawafisem a Edgarem Lee Mastersem, bo najwyraźniej Espmark poradził sobie (przynamniej teoretycznie) z podstawowym problemem liryki maski, a więc tym jak mówić zamiast kogoś, w jego imieniu. Na tom zwracam jednak uwagę nie ze względu na same wiersze (które mogłyby być poetyckim przedłużeniem nomadycznej refleksji z prozy samego Kruszyńskiego), a ze względu na serię, którą rozpoczyna, mianowicie „Laureatów Nagrody Tomasa Tranströmera”, w którym to gronie są już i Robert Bly, i Adam Zagajewski, i Durs Grünbein. Nie wiem, czy seria ruszy wstecz, czy raczej podejmie się przekładów kolejnych laureatów, ale rzecz dobrze rokuje.

Z Niemiec przybył do nas wybór „Pojechać do Weinsberg” Renate Schmidgall (Biblioteka Telgte). Z Włoch również jeden wybór, za to wydany kunsztownie, choć czyta się to trochę staroświecko: Jarosław Mikołajewski przełożył laureata Nagrody Nobla Salvatore Quasimodo „I robi się ciemno / Ed e subito sera” (Austeria; przedatowane, bo wszędzie stoi 2018, a w książce jak byk 2017). Ukazała się też „Księga pytań” Pablo Nerudy jako rodzaj eksperymentu raczej, niż klasycznego tomu (Wyd. Tako). Na głębsze przemyślenie czeka – podobno odwołująca się do „Ziemi jałowej” – Maria Stiepanowa z „Wojną bestii i zwierząt” (Wolno), której poetyka wydaje się jednak niebywale archaiczna, jeśli zestawić ją choćby ze świadectwem Jakymczuk, ale za to doskonały jest projekt typograficzny oraz okładka (grafika – Alicja Biała). Zabrakło mi za to siły na dwa grube tomiszcza. Pierwsze z nich to dwujęzyczne „Stalokalnas/ Stół góra ołtarna” Vladasa Braziūnasa (Pogranicze); mam zresztą wrażenie, że przepaść między literaturą polską i litewską jest w tej chwili większa, niż np. islandzką i polską. Drugie to wybór wierszy i esejów „Z nicości w czas” Milana Deklevy (przeł. M. Gruda, Instytut Mikołowski), rówieśnika naszego Barańczaka, który z okładki spogląda jako starszy pan z zamaszystym wąsem. Gdy u nas powoli dojrzewał „Świat nieprzedstawiony”, Dekleva debiutował pierwszym zbiorem słoweńskich haiku „Mushimushi” (1971), a potem ruszył w stronę namysłu nad egzystencjalną pustką człowieka Zachodu. Niestety posłowie nie przynosi nam za wiele poza kilkoma faktami i długimi wyliczeniami tomów, więc świat poetycki Deklevy pozostaje do pełnej rekonstrukcji czytelnika.

Najciekawsze przekłady (z perspektywy amatora polskiej poezji współczesnej): bezbłędna Elizabeth Bishop Sosnowskiego, Lubow Jakymczuk Anety Kamińskiej, Rae Armantrout Kacpra Bartczaka.

Antologie, wybory, zbiory

Nie było w minionym roku żadnej antologii czy wyboru różnych autorów na miarę „Warkoczami”, „Zebrało się śliny”, „Poetów na nowy wiek” czy „Przewodnika po zaminowanym terenie”. Nie znaczy to jednak, że nie było wyborów i antologii, które powinny zwrócić naszą uwagę. Na pierwszym miejscu w tej sztucznej rywalizacji są „Sankcje” Jerzego Jarniewicza (Biuro Literackie), czyli wybór wierszy i fragmentów rozmów oraz szkiców, zrobiony przez Martę Koronkiewicz i Pawła Kaczmarskiego. Jak już pisałem, takich wyborów życzyłbym nam, czytelnikom, i wszystkim poetom: wyborów nieoczywistych, pozwalających spojrzeć na daną twórczość od nowa, intymnych, dialogujących, z przemyślanym konceptem i przepisem na przedstawienie wierszy w innym świetle. Od dawna powtarzam, że skończyły się czasy wyborów będących przedrukami poprzednich tomów, że nie prowadzi to w żadną stronę i jest tylko marnowaniem papieru. Takie wybory nie potrzebują asysty krytyków, a ich towarzyszenie mimo wszystko odbieram jako przyzwyczajenie bądź lenistwo. Tymczasem „Sankcje” (podobnie jak poprzednia asysta Kaczmarskiego w „Wypisach dla klas pracujących” Kopyta) to gotowa opowieść o poecie, polifoniczna, pełna erotyzmu, wydobywająca z wierszy Jarniewicza ich najciekawsze dla współczesnej polszczyzny cechy. Nie wiem, czy to wybór reprezentatywny, zapewne nie, bo celowo gubi pierwsze tomy a większość uwagi poświęca ostatniej dylogii/trylogii, ale na pewno jest to wybór, poprzez który chciałbym dzisiaj poznawać wiersze autora „Oranżady”, gdybym miał możliwość zrobić to jeszcze raz.

Drugą „zbiorówką” od BL jest „Połów 2017”, z wyborami Marcina Sendeckiego, Marty Podgórnik i Joanny Mueller, i jest to jeden z najlepszych almanachów połowowych, które dotąd czytałem (o czym też zdążyłem już napisać, więc tylko skrót). Debiutancki tom Janka Rojewskiego już się ukazał, z niecierpliwością czekam na zapowiedziane książki Niny Manel oraz Pauliny Pidzik (w nowym wydawnictwie „Kontentu”), z przyjemnością śledzę rozwój Przemka Suchaneckiego, Patryka Kosendy, jako gotowe widzę też projekty Pawła Bienia i Katarzyny Szwedy, choć to nie moja opowieść. Było bardzo dobrze, chociaż całą antologię zdominował Kraków i to chyba jedyna rzecz, do której można mieć zastrzeżenia. A jeśli już o młodoliterackich wystąpieniach pisać, to przy UMK w Toruniu wyszedł poetycko-prozatorski zbiór „Wyjustowani”, czyli młodoliteracka inicjatywa pod redakcją Patryka Chłopka, Aleksandry Złotnickiej i Marcina Podlaskiego. Sporo w środku młodzieńczych tekstów, ale są też nazwiska już uznane: Jolanta Nawrot i Łukasz Kaźmierczak/Łucja Kuttig (uwaga: z wierszami, a nie prozami, jak w „Kokostach”). Zwróciłbym też uwagę na Błażeja Tomaszewskiego (tylko przeskoczyć te oczywiste inspiracje kulturowe), Lidię Karbowską i Borysa Róga, bo coś tam się dzieje ciekawego, niechby się podziało dalej.

W prestiżowej serii „Dożynki” wiersze zebrane otrzymał w końcu Robert „Ryba” Rybicki – „Podręcznik naukowy dla onironautów” jest głównie owocem tytanicznej pracy Dawida Mateusza i Joanny Mueller (jako redaktorki i korektorki). Powtórzę to jeszcze raz: Rybicki zasługuje na istotniejsze miejsce w historii naszej najnowszej poezji, a pytanie, ile metafory Pułki czerpały właśnie z Ryby, pozostaje w mocy. Czy ten potężny tom coś zmieni? Miejmy nadzieję.

Pytanie, ile metafory Pułki czerpały właśnie z Ryby, pozostaje w mocy

Może nie było w tym roku zbiorczej antologii kolejnego pokolenia lub grupy wpływów, ale były ciekawe projekty i projekty kontrowersyjne. Najciekawszym jest chyba znacznie obszerniejszy niż podejrzewałem „Zawrót głowy. Antologia polskich wierszy filmowych” w wyborze Darka Foksa (Narodowe Centrum Kultury Filmowej), najbardziej kontrowersyjnym zaś „Znowu pragnę ciemnej miłości” w wyborze Joanny Lech (W.A.B.). W obrębie każdego z działów „Zawrotu głowy” Foks podzielił wiersze mniej więcej chronologicznie, wedle dat ich powstania, co sprawia, że otrzymujemy poetycką refleksję od początku kina po jego współczesny horyzont, ale też od początku nowoczesnej poezji po jej najnowsze, najbardziej postmodernistyczne ogniwa. Jest i potężna reprezentacja „Skamandra”, i piękne, wciąż aktualne wiersze pierwszej awangardy, i Karpowicz z Różewiczem, i Bielicki ze Słomczyńskim, Sadulskim i Jurczakiem, jest zapomniany już „Żagarysta” Kazimierz Hałaburda i nawet wiersz Krzysztofa Mętraka, którego znamy raczej jako krytyka, patrona najważniejszej nagrody jego imienia dla krytyków filmowych (o jego talencie poetyckim nie miałem pojęcia). Każdy z dziewięciu rozdziałów wziął tytuł od słynnego filmu („Złoty wiek”, „Człowiek z kamerą”, „Rysopis”, ostatnim zaś jest „Truman Show”), każdy też opatrzony został krótkim komentarzem z teoretyka, krytyka lub pisarza, który najbardziej pasuje do danego tematu i okresu (ostatni jest oczywiście Gilles Deleuze, pierwszy – Witold „Miętus, wracajmy, wolę ścisk w kinematografie niż ozon pól” Gombrowicz).

„Zawrót głowy” jest pięknie wydany, w czarnobiałej szacie, z dbałością o typograficzne i estetyczne detale, z wizją i swadą charakterystyczną dla samej kinowej poezji Foksa, i szkoda tylko, że Foksa tam tak mało. Poza tym nie widzę wielu wad, a tak wspaniałej przygody, tematycznej wyprawy przez dzieje jakiegoś medium i zarazem dzieje naszej poezji nie dostaliśmy od dawna, chyba od czasu „Powiedzieć to inaczej”. Tamta „księga” była zamachem amatorów awangardy na literacki kanon, ta jest opowieścią o jedności polskiej poezji, w której bratersko i siostrzeńsko spotykają się style i epoki. Może pewnym ironicznym domknięciem epoki deleuzjańskiej byłoby „Podwójne requiem” Góry o morderstwie z YouTube’a, może brakuje Bargielskiej (szkoda), a najbardziej „filmowymi” poetami okazują się Jarniewicz, Różewicz, Jaworski, Świetlicki i sam Foks, ale to chyba żadne zaskoczenie. Bardziej zaskakujące jest wydobycie „filmowości” Mansztajna czy Nowakowskiej, bo to akurat rzeczy, które mogą wskazać jakiś kierunek krytycznej recepcji. Tak czy tak, „Zawrót głowy” pozostaje antologią i zupełnie niespodziewanym objawieniem roku.

Ze „Znowu pragnę ciemnej miłości” Lech problem jest znacznie większy, a internetowe spory nie miały końca i doprowadziły do niemałego wybuchu wzajemnych animozji. Najpierw w „Magazynie Książki” Marcin Sendecki postanowił dwuznacznie skrytykować antologię, za te same mniej więcej rzeczy, za które i ja bym ją skrytykował – że jest przesadnie „ładnie” wydana, że popada w ten „ładnizm”, który ma przemycić raczej książkę jako produkt, niż wiersze w niej się znajdujące, że Lech zamieszcza własne teksty obok Wojaczka, Różewicza czy Biedrzyckiego. Wreszcie wskazał autor „Lamet” na wątpliwą przedmowę, wątpliwą nie dlatego, że pisaną emocjonalnie i wyznawczo, przełamującą tabu powagi i elitarności poezji oraz sposobów jej polecania, ale dlatego, że przemawia ona do wrażliwości piętnastolatki, która właśnie wstała znad nowego odcinka „Sabriny”, nie do końca zresztą wiedząc, co ogląda. i z równą egzaltacją ma teraz podejść do lektury Wojaczka (nie żyje, #łza01), Różewicza (umarł) czy nawet Biedrzyckiego (żyje, to ten z „bruLionu”, który nie zdążył zdziadzieć). Z wieloma rzeczami, z których ironicznie pożartował sobie Sendecki, można się zgodzić, pewnie przy kawiarnianym stoliku, szeptem, w pięciu – jak to się mówi – chłopa, a najlepiej w męskiej szatni, gdzieś między wiązaniem butów i zmianą skarpetek. Ze sposobem i tonem jego krytyki jest już nieco gorzej, bo na fali wszystkich maczystowskich wystąpień, na fali #metoo, które odkształca granice współczesnej poprawności, ocenianie Lech głównie za jej instagramową działalność i zbywanie jej mianem „aktywistki społeczno-politycznej kształtującej oporną rzeczywistość za pomocą publikacji selfie na fejsbuku” to trochę przesada.

Paradoksalnie właśnie na Facebooku Lech wystosowała sążnistą odpowiedź „sakramenckim dziadom” (to autoironia Sendeckiego), gdzie również przesadziła, pokazując poetyckich wydawców jako bandę typograficznych nieuków, którzy nie potrafią zaprojektować nierozpikselowanej okładki, a ich tomów nie można dostać w żadnej normalnej księgarni. Samą siebie ustawiła zaś w roli obrończyni poezji, przełamującej ten impas elitarystycznego rozumienia literatury. No nie, niezupełnie. Tomy poetyckie, przynajmniej kilku prestiżowych wydawnictw, wydawane są ładnie, z dbałością o detale i korektę, a z ich nabyciem nie ma w tej chwili większych problemów, często nawet w ebookach. Ba, wznowienie przez Karakter „O krok od nich” właśnie dostało prestiżową, edytorską nagrodę dla książki roku na Wrocławskich Promocjach Dobrych Książek. Nie podoba mi się personalny ruch Sendeckiego, choć rozumiem tryby pamfletu w „Książkowych” rubryczkach, ale przede wszystkim nie podoba mi się jego linia argumentacji, oparta na umniejszeniu dorobku oponentki i atakowaniu jej w najbardziej łopatologiczny sposób. Ale nie godzę się też na wizję, w której Joanna Lech staje się koryfeuszem zmiany, dzięki której poezja wraca na empikowe półki jako towar, w swoim modernistycznym anturażu, z dodatkiem zdjęć i zdobnej okładki. Są inne sposoby popularyzowania nowej poezji (inne niż nośny temat miłości, inne niż kilka wielkich nazwisk z dzienniczka każdego ucznia i kilka mniejszych, przemyconych mimochodem), a pierwszym z nich jest oswajanie czytelnika z wierszem, odkłamywanie jego artefaktowego charakteru i auratycznego sposobu obcowania z nim. A tutaj właśnie „Znowu pragnę ciemnej miłości” robi nam niedźwiedzią przysługę.

Z nieantologijnych wyborów – wydawnictwo a5 obdarowało nas wyborem wierszy Tomasza Różyckiego z płytą CD w jego własnej selekcji w serii, dzięki której autor dołączyć mógł do Barańczaka, Lipskiej, Szymborskiej czy Krynickiego. Parnas czeka. Ale tak poza parnasem – Różycki nie miał chyba dotąd żadnego wyboru wierszy, a przedzieranie się przez wszystkie tomy okazuje się po latach trudne, nieznośne wręcz, więc te 240 stron witam z niemałą radością. Od Convivo przybyło tymczasem „My się chyba znamy. 111 wierszy” Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, za którymi stoi krytyk i autor książki o Dyciu, Grzegorz Tomicki. Czekam raczej na kolejny wybór, dedykowany Krzysztofowi Jaworskiemu, bo wyborów Dyckiego było już kilka, mądrych i ciekawszych (zwłaszcza legendarne „Daleko stąd zostawiłem swoje dawne i niedawne ciało”), a sam Jaworski, mimo „Dożynek” w Biurze Literackim, jakoś się czytelnikom zapomniał.

PIW kontynuuje serię wyborów poeci2 z poetów docenionych przez innych poetów docenionych. W minionym roku za „I znów zaczyna się przeszłość” Tadeusza Różewicza stanął Jan Polkowski, za „Inną wyspą” Julii Hartwig Anna Nasiłowska, za „Kasandra się myli” Lechonia Wojciech Wencel, a najciekawszą książką w tej serii było „Wiosno, Warszawo, córeczko” Broniewskiego w ujęciu Jacka Podsiadły. Wybory wyborami, ale te wstępy… Od PIW otrzymaliśmy też „Poezje zebrane” Jerzego Lieberta, przedwcześnie zmarłego na gruźlicę twórcy z okresu dwudziestolecia międzywojennego, reprezentującego nurt liryki religijno-filozoficznej, bliskiego z początku kręgom Skamandrytów. Wszystkie trzy tomy Lieberta dostępne są obecnie na Wolnych Lekturach, ale komu przeszkadzają tamtejsze przypisy i komentarze tematyczne na marginesach wierszy, z pewnością wybierze eleganckie wydanie PIW.

Znak tymczasem przedstawił „Dzieła (prawie) wszystkie” Andrzeja Bursy w opracowaniu Wojciecha Bonowicza. Co prawda Kinga Dunin zgłaszała zastrzeżenia do zuniwersalizowania Bursy przez odcięcie go od socjalistycznego kontekstu i usunięcie publicystyki (w stosunku do ostatniego wydania zbiorowego, czyli „Utworów wierszem i prozą” z 1982), ale to trochę czepianie się, zwłaszcza że książka przynosi utwory rozproszone w czasopismach, a opublikowane po roku 1982, a więc właściwie niedostrzeżone przez czytelników, którzy Bursą nie zajmują się zawodowo. Pisze Bonowicz: „dzieło poety jest istotnie »niecierpliwe«, »pochopne« i niedokończone, a jego miejsce w historii polskiej literatury jest pewne, niepodważalne, ale niezupełnie ustalone”. Dodałbym jeszcze, że jest to dzieło, którego recepcja przebiega nadal dwutorowo. Z jednej strony akademicko, z dala od legendy, jako intelektualisty o awangardowych proweniencjach i groteskowej naturze, nieustannie szukającego formy, z drugiej biograficznie właśnie, w związku z jego przedwczesną śmiercią, prowokacyjną naturą tekstów i ich „inicjacyjnym” charakterem dla kolejnych generacji młodych buntowników. Obawiam się, że ten pierwszy Bursa bez drugiego nie istniałby wcale, a wydanie jego dzieł w twardej oprawie w prestiżowym wydawnictwie byłoby jedynie marzeniem grupki profesorów.

A skoro już jesteśmy przy profesorach, nie można nie wspomnieć rozszerzenia przez Ossolineum serii Biblioteki Narodowej o kanon poetycki: po „Wyborze poezji” Szymborskiej ukazał się „Wybór poezji” Zbigniewa Herberta w potężnym, monograficznym opracowaniu Małgorzaty Mikołajczak, autorki kilku podstawowych dziś rozpraw akademickich na temat twórczości Herberta. Całość liczy prawie 1400 stron i trudno ją właściwie nazwać wyborem, ale Ossolineum przyzwyczaiło nas ostatnio do niebywale grubych tomów, które w coraz mniejszym stopniu nadają się na opracowania dla studentów, a coraz bardziej okazują się prywatnym pojedynkiem badacza ze spuścizną jego ulubionego poety. Nie zmienia to faktu, że ostatnie wybory: Różewicza (2016, Skrendo), Szymborskiej (2017, Ligęza) i Herberta to ważna robota, domykająca w naszej poezji opowieść o Starych Mistrzach.

Na koniec roku kilka rzeczy zaprezentował też WBPiCAK. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwa wybory wierszy: „W samym środku zimy” Dariusza Suski autorstwa Pawła Mackiewicza oraz „Podczas siebie” Tomasza Pułki w ujęciu Marty Koronkiewicz. W tym pierwszym nie ma nic innowacyjnego (poza rezygnacją z przypisania wierszy do tomów), ale – podobnie jak z Różyckim – Suskę trzeba czasem ratować przed nim samym, a gdzie to zrobić, jeśli nie w nieco ponad stustronicowej pozycji? Mackiewicz boryka się w posłowiu z najważniejszymi tematami tej twórczości, trochę ją ufilozoficznia, trochę czyta w charakterystyczny dla siebie, filologiczny sposób. Suska jako pisarz paradoksów czasowych i przestrzennych, dorastający w cieniu śmierci, trochę nomada, trochę poeta „miejsca” i regionu, to niby nic nowego, ale jako wprowadzenie jest w sam raz. Koncept wyboru z Pułki przypomina mi dawniejsze recenzje Koronkiewicz z „Odry” i szereg jej innych tekstów, w których wrocławska krytyczka opisywała autora poprzez fundacyjną figurę trickstera. Tutaj też teksty uszeregowane są zgodnie z ich przynależnością do tomów, ale inaczej niż u Mackiewicza tworzyć mają opowieść o podmiocie dojrzewającym, dynamicznym, ulegającym przekształceniom, zmierzającym do wierszy coraz mniej komunikatywnych. „Podczas siebie” sprawia wrażenie przystępnego wprowadzenia do twórczości autora „Rewersu”. Jest mniej onieśmielające niż „Wybieganie z raju”, ale też nie traci z oczu pewnej dziecięcej naiwności, przekorności i bezczelności, z którymi zwykliśmy kojarzyć językowe poszukiwania Pułki.

W podobnym czasie ukazało się jeszcze „Kosturem po korze”, wybór wierszy zmarłego w ubiegłym roku śląskiego działacza kulturalnego i polityka Jana Goczoła (nie bardzo rozumiem po co, ale zapewne jakieś względy dotacyjne zdecydowały). Za książkę zapłaciła biblioteka w Opolu, a krytycznie odpowiada za nią Bartosz Suwiński, który już w drugim zdaniu, pisząc o juweniliach autora, raczy nas perełką: „Porywy serca mają swoją barwę i temperaturę, oscylują blisko muzycznych porywów, pozwalają oderwać się od przytomności, zintensyfikować błogie podniecenie, wzniecane od każdego spojrzenia czy dotyku”. Dalej jest podobnie impresyjnie, a że Goczoł był poetą zanurzonym w nurcie wiejskim, wkradnie się Myśliwski i Orkan. Suwiński opracował księgę pamięciową, zaprezentował w niej swój model krytyki towarzyszącej, bliskiej autorowi i jego rodzinie, rozbuchanej metaforycznie, regionalistycznej, niezdolnej do wartościowania.

W podobnych kategoriach, tym razem rozstrzygnięć poznańskich, co akurat ma większy sens, postrzegam „Dla tego życia” Romana Chojnackiego, który zamiast postulowanej „Nowej Prywatności” bardziej przypomina mi młodzieńczą fascynację songami Gintrowskiego i Kaczmarskiego w chwilach, gdy ponosiła ich narodowo-emancypacyjna retoryka: „wybrani przez ciszę zamykają z łoskotem usta/ a bicz ich oddechów dopada nas/ przyrosłych do drzwi”. Może i jest tu jakaś odwaga obrazowania, może opozycyjna przeszłość autora i późniejsza emigracja przyczyniły się do wyostrzenia stanowiska, ale Chojnacki choruje na to wszystko, przeciw czemu wymierzone było „Dla Jana Polkowskiego” i chyba trudno będzie mu znaleźć lekarstwo.

Najważniejsze: „Sankcje” J. Jarniewicza (wybór i opracowanie Kaczmarski&Koronkiewicz), „Zawrót głowy” (wybór, wstęp i opracowanie Darek Foks).

Najstarsi

Dwie interesujące książki „wiekowych” poetów ukazały się we Wrocławiu. Z nowym tomem Mirki Szychowiak (‘56) „Trzeci migdał” jest tak: to pierwsza propozycja nowopowstałego Wydawnictwa J, czyli samodzielnego projektu Jacka Bieruta, który oddzielił się od Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza. „Trzeci migdał” nosi na sobie jednak ślady wcześniejszych działań Fundacji i tylko dowodzi, ile było w tym udziału samego Bieruta. Podobnie efektowna jest typografia i estetyka tomu (Artur Skowroński), a korektą znowu zajął się Grzegorz Hetman, całość wspiera oczywiście Wrocławski Program Wydawniczy. Można więc powiedzieć, że to takie alternatywne przedłużenie dobrych praktyk Fundacji Karpowicza, choć już bez jej etykiety.

Starsza z Szychowiaczek (młodsza też wydała w tym roku tom, w Biurze Literackim) ma swój osobny głos, bardzo zindywidualizowany, emocjonalno-ironiczny podmiot, podobny momentami do głosu Szymborskiej czy Lipskiej, a momentami bardziej wpadający w tony Jakubowskiej-Fiałkowskiej („Zalega teraz we mnie, wędruje w górę,/ dochodzi do ust i cofa się tchórzliwie./ Mówię sobie: nie ma, babo, widoków,/ że coś się z tego wylęgnie. Lepiej odpuść”). Znajduje sobie ponadto Szychowiak partnera do lirycznych monologów w postaci milczącego doktora (raczej psychiatry niż internisty), a same wiersze komponuje jak bardzo naturalną i przez to smutną, senilną zagajkę, w której nie treść rozmowy jest ważna, lecz sama możliwość komunikowania się. Przywołajmy taki fragment:

Dzwonię do pana, bo miałam zamiar
oddać swojego psa do poprawczaka.
Pomyślałam jednak, że jak się komuś
zwierzę, to nie oddam. Nie musi pan nic
mówić, nie po to dzwonię, żeby słuchać,

ale żeby mi przeszło.

„Halo? (wizyty domowe)”

Jest to przejmujące, bo nie sili się na nic więcej (jak czytamy w ostatnim wierszu z tomu: „przecież ja niczego/ nie chcę od wierszy. Może tylko spotkać się/ na chwilę, pogadać […] Spotkanie robocze. I tyle”). Im mniej u Szychowiak Szymborskiej, z próbami alegoryzowania lub tworzenia ironicznych, sprozaizowanych przypowiastek, tym bardziej jest dramatycznie i prawdziwie, tym bardziej niepokornie i buntowniczo. Cały cykl „wizyt domowych”, rozsianych po tomie, jest niebywale skromną i ciekawą próbą psychomachii, mierzenia się ze swoim rozchwianym, kruchym i nadwrażliwym wnętrzem. Jest też kilka wierszy o języku (równie niezobowiązujących, jak te o życiu), o lęku przed śmiercią i o małżeństwie („Lubię cię fragmentami. Bardzo rozsądna postawa,/ żeby tak jak kiedyś, nie ryczeć”), bo rodzina Szychowiaków ma wyjątkowy talent do tworzenia metaforycznych, czułych narracji o swoich członkach (vide Julii „Całe życie z moim ojcem”). „Trzeci migdał” czyta się na jednym oddechu, a potem wraca do niego, tak jak wraca się do kontemplacji siebie, swojej niezbywalnej pojedynczości i skończoności: z nutą ironii, która przykrywa dogłębny smutek i pasję życia.

Najbardziej trafiły do mnie jednak „Wiązania” Jacka Łukasiewicza, chyba najlepszy tom poety i nestora wrocławskiej krytyki literackiej, na pewno najlepszy od dawna. „Wiązania” to coś, co określić można mianem „poematu haiku”. Krótkie tercyny o wyraźnie wschodnim sposobie wersyfikowania i pauzowania zapętlają się w opowieść o pewnej wycofanej podmiotowości, mającej za sobą długą historię i rozległą pamięć, która działa – jak to pamięć – dość wybiórczo. Powstaje splot biograficznych zanotów, refleksji nad codziennością, liryków pejzażowych i rozmów ze zmarłymi, z rodziną, swego rodzaju żegnania się z nimi i ze światem. To oczywiście tom senilny, ale nie w znaczeniu, jakie czasem przypisujemy przedwcześnie zmęczonym poetom o wyczerpanych możliwościach językowych. Obrazy z „Wiązań” są ostre, twarde, momentami surrealne, momentami wręcz namacalne, bo w haiku o to wszak chodzi, by znieść utopijną granicę między językiem i światem. Ale pozostaje Łukasiewiczowi jeszcze jedna granica, nad którą pracuje i z którą nic nie może zrobić: między żywymi i umarłymi, głosami z przeszłości i własnym głosem, coraz bardziej do tej przeszłości przynależącym. Udało mi się tekst o „Wiązaniach” przemycić do „Odry”, więc niestety nie ma już we mnie tej energii, żeby jeszcze raz polecać tom podobnymi słowami, ale bardzo ucieszyło mnie uznanie ze strony Wawrzyńczyka, bo znaczy to mniej więcej tyle, że nie zwiódł mnie sentyment i lokalny patriotyzm. Wracam do „Wiązań” jak do niewielu tomów z tego roku, bo choć są one tak daleko od doczesności, choć są pisane klarownie czystym, krystalicznym językiem, pozostają zarazem niebywale aktualne. Przebijają się do nich echa ze świata, jakby uchodźcy, wojny i polityczne spory wdzierały się na elizejskie pola i doznawały tam ukojenia. Każda strofa, każdy wiersz broni się tu z osobna, ale najmocniejsze są powroty do detalu: do żuczka na dłoni, do głowy sarny w potrzasku, do spadku cukru nad ranem. To ja – organizm/ Oświetlony po wierzchu/ W samo południe” – pisze Łukasiewicz i trudno stwierdzić, czy pisze o obserwowanym właśnie wizerunku Jezusa i kontemplowanym akurat zbawieniu („Ja ty on ona/ Nie zbawimy zaimków/ Ale osoby”), które się wizyjnie przywidziało, czy o samym sobie, o somatyzmach „Wiązań”, a więc tego, co nas związało w ciałach.

Mianem „krytycznego dzbaństwa” możemy chyba określić notę Adama Komorowskiego do „Barona Romero” Krzysztofa Karaska (Instytut Mikołowski; ‘37), który poemat o poezji autorstwa dawnego nowofalowca jednym zdaniem przeciwstawia (niestety waloryzując) Miłoszowi, Shapiro, Huidobro i O’Harze. Karasek Karaskiem, ma prawo produkować na stare lata co zechce i w ilościach przewyższających tanie, hiszpańskie winiacze, ale zachowajmy jakąś miarę, miareczkę choćby. Paradoksalnie, nowy tom autora nie jest tak zły, jak można się tego było spodziewać. To całkiem czytelna, napisana dobrze utrzymaną w ryzach rytmu polszczyzną, będąca zestawem przemyśleń niemłodego już człowieka na bardzo stary temat sztuki poetyckiej. Żadne z tych przemyśleń nie ma niestety zastosowania do współczesnej rzeczywistości i obfite wspieranie się myślami wielkich poprzedników w tym nie pomoże, ale to święte prawo Karaska myśleć o literaturze w zgodzie z duchem jego własnej epoki i raczyć czytelników trochę zdezaktualizowanymi poradami typu: „Przez poetę tylko/ przebiega ostrze tej czułej strzały, wiązka światła”, albo: „Pisze się tak, jak się oddycha. Wiersz/ jest bezpośrednim przedłużeniem płuc,/ o ile to ostatnie brać za metaforę/ duszy człowieka, która niepodlegle/ aż do ostatniej kropli z ust/ osłania byt ramieniem oddechu”. Nie bardzo wiem, dlaczego autor postanowił napisać akurat poemat, zamiast po prostu zamknąć swój program w krótkim eseju i oszczędzić Mikołowowi kolejnej książki, ale na pewno stał za tym jakiś zamysł, a Komorowski ten zamysł rozszyfrował. Może chodziło po prostu o to, by pokazać, jak wiele dzieli Karaska od autorów, o których wspomina blurb.

Z innych tomów doświadczonych poetów odnotujmy też „Do czasu” Piotra Matywieckiego (Wydawnictwo Literackie), czyli powrót do wierszy po monumentalnym „Palamedesie”, „Pierzchające ogrody” Bogusławy Latawiec (Forma), „Ciemne przejścia” Anny Nasiłowskiej (SDK), „Wierszeje” Czesława Markiewicza (Dom Literatury w Łodzi), poemat „Notesprospera” Bogusława Kierca (dalsza część jego życiowej summy) oraz „Tykanie” Uty Przyboś. O każdym z tych tomów mam do powiedzenia tyle, że reprezentuje z większym lub mniejszym (na ogół mniejszym) sukcesem swojego autora/autorkę, jego/jej specyficzną dykcję i miejsce we współczesnej poezji, jakiekolwiek by one nie były. Żadnemu też nie chce mi się poświęcać więcej niż kilka znaków (nawet mimo mojej słabości do poezji Matywieckiego).

O jednym tomie muszę jednak wspomnieć trochę na innych prawach, z niechęcią, której nie lubię żywić: „Po szkodzie” Bohdana Zadury (Biuro Literackie; ‘45), bo jest to nie tylko nobliwy autor, na którym można polegać, ale i ktoś, od kogo wciąż czytelnik ma prawo oczekiwać trzymania poziomu. „Po szkodzie” tego poziomu nie trzyma, i to nie dlatego, że Zadura popadł nagle w starcze dziwactwo, gdzieżby tam. Jest to – jak już pisałem, bo tom ten zasłużył na dłuższe omówienie i wnikliwą konfrontację z jego poetyką – konsekwencja doraźnej, przygodnej poezji Zadury, która towarzyszy światu i życiu, powstając  z nasłuchu i krytyki codziennych automatyzmów (i błędów) komunikacyjnych. „Po szkodzie” obnażyło problem, który nie dotyczy tylko Zadury, ale i sporej części znacznie młodszych od niego poetów, zwłaszcza z roczników 60.: archaicznego (jak na współczesne warunki i obecny status filozofii społecznej czy teorii literatury) rozumienia polityczności, opartej na podmiotowym zaangażowaniu figury poety-obywatela. To ironista, który z intelektualnym dystansem i krytyczną swadą karykaturalnie punktować będzie „onych” w myśl świętej zasady, że wróg jest zawsze na zewnątrz, wokół nas, nawet jeśli owo „my” ograniczyć się musi do własnego podwórka czy domostwa. Zadura, chcąc stać się jeszcze bardziej polityczny, jeszcze bardziej współczesny, stał się żenujący, bezkrytyczny i pokazał stępione kły. Czytając „Po szkodzie”, marzyłem o czasach „Ciszy” czy „Ptasiej grypy”, gdy od piątej młodości Zadury zaczynała się poetycka wolta.

Zadura, chcąc stać się jeszcze bardziej polityczny, jeszcze bardziej współczesny, stał się żenujący, bezkrytyczny i pokazał stępione kły

Zdecydowanie wyróżnić należy: „Wiązania” Jacka Łukasiewicza.

„Myśmy nic nie mieli” – roczniki 60.

Tutaj na ogół książki były powodami do rozczarowań. Poprzednie lata zawsze grały jakąś mocną kartą, czy to dawnego „bruLionu”, czy poetów przeciwnych i przeciwstawnych. Ten rok okazał się zaś wyjątkowo mizerny.

Zacznijmy jednak klasycznie od tego, co się udało i co dostarczyło wielu czytelniczych wrażeń. Zaliczę do nich na pewno (choć może to już brzmieć jak zgrana płyta) nowe tomy Darka Foksa i Grzegorza Wróblewskiego. O książce Foksa „Pieśni o wszystkim” (Raymond Q.) napiszę na razie tyle, że gdyby Zbigniew Cybulski w roli młodego AK-owca Maćka Chełmickiego rzeczywiście czytał u Wajdy „Niepokój” Różewicza, jak dzieje się to w fotomontażu z okładki, to może „wszystko byłoby inaczej”. Foks dalej gra w minimalizm, w pacmana z poprzedniej epoki i uprawia filozofię wszystkiego z niczego. Bo w „Pieśniach…” jest i nowoczesny pęd do budowania na ruinach, i charakterystyczna nuda muzealnej fetyszyzacji przeszłości, i socjalistyczne odezwy z placów budowy nowej Polski, i heroizacja bohaterów tej odbudowy, i znane nam z gazet informacje o przerwaniu prac na skutek wojennych znalezisk. Trudno stwierdzić, czy jesteśmy jeszcze w XX wieku, czy już w XXI, gdy wszystko wzięło w łeb na skutek zrealizowania się idei wszystkiego.

Na pozór kolejne wiersze Foksa, przynajmniej z pierwszej części „Przed wszystkim”, wyglądają na palimpsestowe ekwiwalencje, w których słowo „wszystko” wymienia inne, bardziej spodziewane przez czytelnika możliwości. W ten sposób Foks wyzyskuje maksimum znaczeniowe słowa ‘wszystko’ w jego różnorodnych konfiguracjach i kolokacjach, a przy tym obnaża pustkę tego pojęcia, jakby właśnie zbijał sufit kryształowego pałacu. „To nie jest zwykła budowa” – wydrwiwa autor język gazet, które nie różnią się w swojej afirmacyjnej emfazie za bardzo od tych z czasów socjalizmu, ale zarazem przypomina czytelnikowi, że opowieść dzieje się na metapoziomie. ‘Wszystko’ w tej książce również jest niezwykłą budową, wypiętrzaniem widmowych konstrukcji, których utopijny potencjał nie musi mieć wcale referenta w postaci „czegoś konkretnego”. Bo ‘wszystko’ z „Pieśni…” to właśnie taka obietnica bez pokrycia, koło zamachowe systemu (gramatyki, polityki, edukacji, filozofii dziejów, rozrywki, języka), które wystarcza, by mechanizm działał i doskonale obywa się bez konkretów. Kolejne fragmenty konstruktywistycznie włączają więc kolejne systemy społeczno-komunikacyjne, aż jest „po wszystkim”, aż przejść możemy do ostatniej części „Przede wszystkim”, której krótkie komendy: „dopaść – zabić – pochować – zapomnieć” niepokojąco współbrzmią z mottem z wiersza „Maggi” Jankowskiego. Czy to „naród w przedburzu wojny”, czy raczej „szereg chłopców złamanych w podkowę”? Dodajmy, że Cybulski w okładkowym kadrze nie tylko nie czytał Różewicza, ale nawet nie czytał żadnej książki, bo jest to jedna z ostatnich scen filmu, przed biegiem bohatera „na śmietnik historii”, a białe prześcieradło na chwilę tylko zasłania ranę postrzałową, by zaraz pokryć się krwią.

Grzegorz Wróblewski (‘62) opublikował z kolei aż dwa tomy: „Chorobę Morgellonów” (WBPiCAK) oraz „Implanty” (Dom Literatury w Łodzi), a jest jeszcze i zaskakujący esej „Miejsca styku” (Convivo). Stosunek poety do krytyki literackiej, zwłaszcza rodzimej, jest od lat dobrze znany i właściwie krytyka ta mogłaby się odwzajemnić, gdyby nie to, że Wróblewski to ciekawy poeta, a o takich zawsze warto pisać. Trudno wybierać między tymi tomami, mam zresztą wrażenie, że nie organizuje ich ścisły koncept, a wiersze mogłyby się wzajemnie wymieniać (gdyby kilka ubyło z „Choroby…”, książka tylko by zyskała). Co oczywiście najbardziej zwraca uwagę w liryce Wróblewskiego, to obiektywne i kolażowe zestawianie ze sobą elementów z życia bogatych społeczeństw Zachodu z np. problemami ekologicznymi, cierpieniem zwierząt i innymi uwagami (raczej w charakterze celnych ciosów, niż pogłębionych refleksji) spoza antropocenu. Weźmy taką „Wymianę sygnałów” z „Implantów”:

In class today: William C. Williams
and Lionel Richie. Treściwa, niepokojąca
wiadomość… Wiem, że wybrali fałszywego
burmistrza, zmienia się pole magnetyczne
i giną ostatnie nosorożce. Myślę jednak
wyłącznie o tym tajemniczym wpisie.
Nie mogę usnąć. Załatwił mnie
całkowicie.

Może nie jest to typowy „Wróblewski”, bo jednak monolog podmiotu zachowuje spójność przy dołączaniu nowych rejestrów, ale typowa jest gra w zmyłki, poetycka dystrakcja, odwracanie uwagi czytelnika i kierowanie jej ponownie w to samo miejsce, wreszcie wychodzenie od przypadkowego zestawienia (skojarzenia, komunikatu, obserwacji, ekscesu), by zrobić z niego wprawkę do refleksji o ułomności naszej percepcji. To oczywiście również mały kamyczek do ogródka, w którym Wróblewski nieustannie rozprawia się z Poezją i jej sprofesjonalizowanymi instytucjami w postaci Akademii czy Krytyki. Pod jego Wielką Ironią, dokonującą przesunięcia każdego komunikatu na metapoziom i demaskującą granice między polami, kryje się jednak bezradność przeciążonego podmiotu. O ile stawką „Choroby…” jest obcość i ułuda (z tytułowym, świetnym wierszem), o tyle w „Implantach” idzie raczej o przetwarzanie owej „wymiany sygnałów” w „informacje”, a dalej w struktury warunkujące sens. Gdzieś na tej długiej drodze coś się psuje, a za tym idzie psucie się całego procesu komunikacji społecznej i dalej całej maszyny antropologicznej, opartej na wierze w racjonalizującą moc języka. Wróblewski nie zawodzi, ale wiele musiałoby się zmienić w naszej literaturze, żeby wymienił jakiegoś kanonicznego twórcę „bruLionu” w pierwszym szeregu. To oczywiście nie jego wina, ale jeśli przyjdzie niedługo (w co wierzę) moment odzyskania Miłosza Biedrzyckiego, to może wówczas i autor „Ciamkowatości życia” uzyska większy kredyt zaufania i lepszą myśl krytycznoliteracką wokół późniejszych książek.

Odpowiednikami linii tożsamościowej, tak charakterystycznej dla młodszych poetek, są tomy poetek dojrzałych, eksplorujące rejony „poezji kobiecej”. Nie mam tu na myśli żadnego pejoratywnego określenia, chodzi mi raczej o każdorazowe wysunięcie na pierwszy plan różnicy płciowej, jako podstawy dalszej pracy nad doświadczeniami i językiem – bycia córką, matką, dziewczyną. Chodzi tu np. o książki Joanny Fligiel (’68), Marzanny Bogumiły Kielar (‘63), Anny Matysiak (‘67), a na pewnym planie również Ewy Sonnenberg (‘67) oraz zapewne kilka innych, które mi (umyślnie) umknęły.

Zacznijmy od najciekawszych. Tom Anny Matysiak „Tyle nieznanych ryb” (Convivo) trudno czytać w kategoriach współczesnych, widmowych sytuacji komunikacyjnych i poststrukturalnej gry. To poezja konkretnego doświadczenia, osadzona w konkretnej biografii, autobiograficzna nawet, bo toczy się w niej – trochę jak u Dyckiego, choć formalnie w niczym go nie przypomina – rozprawa z przodkami, ich przywoływanie i wyklinanie. Matysiak to bowiem, jak informuje nas biogram, wnuczka Lisy i Fritza, zapewne hitlerowców, jeśli rekonstruować mazurskie pochodzenie i czasy sprzed II wojny. Fritz w każdym razie zginął gdzieś na wschodnim froncie, a powikłane losy rodziny stają się teraz tematem, z którym zmaga się poetka, tworząc coś w rodzaju postpamięciowego świadectwa o własnych dziadkach jako podstawie tożsamości. Całość opowiadana jest z perspektywy Ani, córki Anny, wnuczki Lisy. O ile jednak babka rzeczywiście umiera, a jej pogrzeb zdaje się być jednym z rytuałów przejścia dla dziewczynki (czy też dla świadomości podmiotu, który z nią identyfikujemy), to Fritz z kolei pozostaje fantomem, wyrzutem sumienia, zagadką, rodzajem brzemienia, które się dźwiga, ale które fascynuje i naznacza (aż do ostatniego wiersza na skrzydełku). To nie jest sentymentalna gadanina, pełna rodzinnych wspomnień, jak w dobrym albumie (bardziej przypomina to zeszłoroczne „Kamienie” Elżbiety Lipińskiej). Matysiak pisze w sposób różewiczowsko wręcz oszczędny, choć z wysokim stopniem metaforyzacji, wydestylowany z emocji, a w tle odbywa się schodzenie do piwnic, w głąb pamięci, w niechlubne dziedzictwo: „pod warstwą śpiącej ciszy/ środki zdań występują przeciwko/ końcówkom wyrazów// pod niemówieniem rośnie gadanina dni poprzednich/ gwiżdżą do ucha piwnice dziadków i wujków ze strony ciotecznych babek/ słowa z piasku/ z krypty/ z kopców ziemniaków z łętami do obrywania/ z łuskania grochu mieszania ciasta […]” („przez przypadki”). Coś sprawia, że w tych wierszach czuć ciężar Historii, że ulegają one sedymentacji, jak szkielety ryb na dnie morza. „Tyle nieznanych ryb” to jedno z moich prywatnych zaskoczeń, bo takiego ciosu z warmińsko-mazurskiego tygla tożsamościowego zupełnie się nie spodziewałem.

„Rubato” Joanny Fligiel (K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów) mam problem, bo trudno czytać ten tom poetycko, tzn. uważnie, z językowym wyczuleniem i nadświadomością. Wierszy jest w nim tyle, że przechodzi się przez nie wręcz jak przez opowieść prozą (poza tym skupione są raczej na opowiedzeniu historii, na zabraniu głosu w jakiejś sprawie). „Rubato” zawiera bowiem z czytelnikiem pewien rodzaj autobiograficznego paktu, który tylko po części odpowiada współczesnej liryce. Od pierwszego wiersza, opisu toksycznej relacji matki i ojca bohaterki, przez drugi z frazami „Psa zamknęli w przedpokoju, ale podobno szczekał jak opętany,/ a kiedy kończyli poczynanie, w zasadzie już ujadał […]/ więc poczęłam się/ w pośpiechu i cierpliwość nie jest moją mocną stroną” mamy do czynienia z autobiografią na granicy ekshibicjonizmu. I chyba jako autobiografię czytałoby się to lepiej, niż jako przerośnięty zbiór wierszy, za długi na możliwości współczesnego czytelnika i tak bardzo skupiony na temacie, że po którymś wierszu zapominamy o semantycznej nadorganizacji języka poetyckiego i lecimy przez kolejne teksty na oślep (chociaż tematy postpamięci i wymieszanej tożsamości kulturowej również dają o sobie znać).

Wrocławska poetka Ewa Sonnenberg (‘67), po emocjonalnym ataku na całą współczesną poezję i „nagradzany chłam”, wydała w Warstwach tom „Schizofrenia & Company”, o tyle ciekawy, że kolumny z wierszami układają się w nim w różne strony: mamy te klasyczne od lewej do prawej, mamy odwrócone o 180 stopni, mamy też o 90 w lewo lub w prawo. I co? Niewiele. To opowieść o dwóch bohaterkach: Schizofrenii i Crazy, o obłędzie i walce o podmiotowość w opresyjnym świecie, w którym nie ma miejsca nie tylko na medycznie diagnozowane szaleństwo, ale też na szaleństwo rozumiane jako przełamanie normy. Jako że jest to opowieść, są zawiązania akcji i finał, rodem z amerykańskiego filmu: bohaterki chwytają się za ręce i niezauważone przez nikogo znikają, odchodząc „w nieznanym kierunku”. Ten tom to trochę psychomachia samej Sonnenberg, trochę historia dla nastolatek o potrzebie walki o swoje, a trochę świąteczna baśń (bo bohaterki znikają akurat przed Wigilią) z saficznym tematem w tle. Taka „Przerwana lekcja muzyki” z rodzimą aktualizacją, ale mimo językowej biegłości autorki (nie ma tu większych kiksów, są zapadające w pamięć zdania) całość cierpi na nadmiar i sztuczność.

Na coś cierpią również „Nawigacje” Marzanny Bogumiły Kielar (Znak; ‘63), czyli powrót poetki po wielu latach, z posłowiem Andrzeja Stasiuka. Nie jest nawet trudno stwierdzić, co to za przypadłość: lata dystansu, nie tylko te dwanaście od ostatniej książki, ale co najmniej dwadzieścia od reszty polskiej poezji. Oczywiście tom został natychmiast uhonorowany Warszawską Premierą Literacką za wrzesień i nie zdziwię się, jeśli zyska jakieś nominacje, a może nawet nagrody. Kapitał symboliczny idzie za nazwiskiem, a Kielar to pisarka tak dobrze osadzona w latach 90., opisana, nagradzana za każdą właściwie książkę (a nie ma ich wiele), że trudno uwierzyć w przyszłe przeoczenie „Nawigacji”. Bądźmy jednak szczerzy: jest źle, tragicznie. Są wiersze, które się w tej książce obronią, długa fraza o ciekawym konturze rytmicznym, nawet momenty obrazowania. Gdyby jednak podać alchemiczny przepis na nowe teksty Kielar, brzmiałby on mniej więcej tak: szczypta newage’owskiej aury, trochę roślinności, ryb i ptaków, ubrać to w metaforykę wodną, dodać odwieczny temat życia i śmierci, usunąć bohaterów i sam podmiot oglądający, wykrystalizować, wygotować, wydestylować, chuchnąć i dmuchnąć, a potem kontemplować, kontemplować tak długo, aż powstanie z tego Poezja, taka np.:

Uczy mnie ziarnina młodych sosen zarastająca wyręb.
Światło – ma ciężar stali,

kiedy słońce ginie w paśmie roziskrzonej wody,
wlewa roztopioną miedź w dalekie lustra okien;

uczy mnie niebo dogasające w wełnistym zmierzchu,
morze nabierające czerni.
Słone olinowanie wiatru przy burcie portu.

Nie da się chyba upchnąć więcej kliszowych epitetów w tak krótki fragment, a zarazem rozpoetyzować go do granic, żeby przykryć całkowitą pustkę przekazu, prawda? Oczywiście że się da, wystarczy spojrzeć na kilka innych wierszy z tomu. Jest zarazem tak ładnie, tak kunsztownie, tak estetycznie, że nie może się to nie spodobać. „Rozprawa” z wierszami Kielar to temat na dłuższy tekst, trzeba by bowiem – poza wytykaniem warsztatowych mielizn i pseudoafirmacji – zmierzyć się znowu z problemem estetycznego zakrycia, fałszywego (czy lepiej: złudnego) konsensusu w postrzeganym świecie, który to konsensus funduje nam taka właśnie literatura. Piszę to niechętnie, choć z głębokiego sprzeciwu, ale na moje słowo odpowie zaraz z posłowia słowo Stasiuka, a z taką szyszką na słowa raczej się licytować nie wypada:

Wymieniać, wyliczać jak w litanii. Jak w pogańskiej litanii, w której nie można niczego przeoczyć, niczego uronić, bo wszystko jest święte. Jeśli zniknie, umrzemy. Dlatego trzeba widzialne sławić podwójnie, potrójnie, wielokrotnie, stając każdego dnia w oknie, i snuć litanię, odmawiać barbarzyński różaniec, który oddala od nas śmierci i zarazem śmierć przybliża, aż do chwili, gdy niezauważalnie staniemy się w końcu samą śmiercią, która – jak chciał Dylan Thomas – nareszcie „utraci swoją władzę”.  

Oprócz tego ukazało się wiele książek, którym nie poświęcę osobnych akapitów z racji braku czasu i sił, ale które starałem się przeczytać z równą wnikliwością: Piotr Grobliński „Karma dla psów”, Bogdan Prejs „Nic więcej”, Tytus Żalgirdas (Olgerd Dziechciarz) „Okazja czyni boga”, Piotr Gajda „To bruk”, Anna Kalina Modrakis (Sławomir Płatek) „Elektryczny pyszczek Izydy”, Jacek Bierut „Kocia wiara”.

Najciekawsze tomy w tej grupie: „Implanty” Grzegorza Wróblewskiego”, „Pieśni o wszystkim” Darka Foksa.

„Mieliśmy tylko łopaty” – roczniki 70.

Zacznijmy znowu od najciekawszych pozycji, które mają szansę na miejsce w czołówce roku. Adam Kaczanowski (‘76) powraca z kolejnym po „Co jest nie tak z tymi ludźmi” tomem „Cele” (WBPiCAK) i jest to właściwie książka złożona z trzech dłuższych utworów, z których dwa można by nawet określić jako poematy prozą. Dwa pierwsze – „Koniec końców” i tytułowe „Cele” mają w sobie coś z „Osobnych przyjemności” Harry’ego Mathewsa. Ich formalny koncept związany jest z doklejaniem kolejnych scenek, które dopiero w nagromadzeniu odsłaniają wszystkie swoje aspekty – komizm, absurd, wnikliwość i wreszcie tragizm. W pierwszym tekście mamy pokaz potencjalnych reakcji na koniec świata (a właściwie na życie po końcu, ten stały temat części poezji inspirowanej Sosnowskim), który zmienia się w pęd ku śmierci, a nasz instynkt samozniszczenia zostaje wydrwiony z typowym dla Kaczanowskiego ustawieniem głosu: trochę na poważnie, trochę slapstickowo (gwarantuję, że dużo zabawniej niż w „Żywego ducha” Pilcha). Drugi z tekstów w podobny sposób eksploruje temat bezcelowości, zderzając stylistyki, opisy i rymowanki, reklamy i dziecięce wygłupy. W krótkich scenkach, montowanych dzięki kontrastowi opisu i dialogu, wali się cały świat, ale nawet w tym procesie rozpadania się replikuje on kapitalistyczne schematy i popkulturowe klisze:

Obserwujemy przemarsz stu tysięcy ludzi, którzy niczego nie rozumieją, ale boją się do tego przyznać. Ich lęk jest paniczny, a niewiedza wykrzyczana. Jeden z ochraniających pochód policjantów myli pistolet z megafonem i żwawo krzyczy do jego lufy:

– Musi być jakiś cel.
(„Cele, cz. 10.”)

To jednak ostatni poemat, „Zatłoczony korytarz miłości”, zasługuje na największą uwagę. To metarozmowa z córką, a równocześnie traktat o wypływaniu poezji z rozwijającej się myśli (falą), o ponowoczesnej powierzchniowości doświadczenia, o potencjalnym serialu, ale przede wszystkim o ograniczeniach i uwiądzie języka miłosnego. Mówi o tym, jak trudno dziś – w dobie ironii, będąc poetą programowo ironicznym – powiedzieć coś serio i nie popaść w banał lub ckliwość. „Zatłoczony korytarz…” to jeden z najlepszych polskich tekstów powstałych w tym eseistycznym, czerpiącym z maniery Ashbery’ego duchu, ale też jeden z piękniejszych (czasem jest miejsce i na takie słowo) tekstów o rodzicielstwie, o zdzieraniu masek i przezwyciężaniu „permanentnej parabazy alegorii tropów”, którego podjąć się musi współczesny poeta w walce z własnym językiem. Zdecydowanie w cel.

»Zatłoczony korytarz…« Kaczanowskiego to jeden z najlepszych polskich tekstów powstałych w tym eseistycznym, czerpiącym z maniery Ashbery’ego duchu, ale też jeden z piękniejszych tekstów o rodzicielstwie

Podobnie długą, rozlewną frazą napisała swoje „jeszcze ciszej” Hanna Janczak (WBPiCAK) i jest to kolejna opowieść o rodzicielstwie, znowu bez zbędnego usomatyczniania, bez tajemnej więzi i magicznych, siostrzano-matczynych sił. Można powiedzieć, że życiowe spostrzeżenia Janczak są wzmocnione jej ironicznym spojrzeniem, ale też pewnym brakiem zaufania do taniej metafizyki, opieraniem osądu raczej na kulturowym gruncie, który to grunt pozwala na zdrowy krytycyzm. Jeśli w myśl jednego z wierszy „Język to kawałek wycieraczki z okolicy ust” („Stevenson na werandzie”), to osadzają się w nim wszystkie brudy doświadczeń, które chcielibyśmy zostawić na zewnątrz. Ale z takich właśnie brudów Janczak tworzy wiersze o przyrodzie, miłości, empatii i drobiazgach, wiersze zdecydowanie afirmacyjne, ale też pełne czułości, nadwrażliwe a pozbawione elementów emocjonalnego szantażu. Tom ten czyta się właściwie jak poemat, jego kolejne cząstki wprowadzają czytelnika w pewien rodzaj rozedrgania i wyostrzenia spojrzenia, przez co wyjęte z kontekstu tracą aurę i zdolność zawieszenia „krytycznego rozumu”. Nie da się tego wygrać nagle, jednym utworem, można tylko konsekwentnie „zmiękczać” czytelnika świetnymi frazami i przemycać w nich coś jeszcze, aż w końcu każdy banał egzystencji odbiera się jak „chwyt” z arsenału awangardowego. Janczak zasługuje na więcej uwagi, której pewnie nikt tej książce nie poświęci, ale na razie tylko fragment wiersza:

[…] W miseczce śpi zaskroniec.
Choć nikt w to nie wierzy, jest to sen twardy i ostateczny
Dopiero teraz uzmysławiam sobie, że nie wiem, gdzie jesteś, kochany
I przychodzi ktoś, kogo nie znam, kto właśnie przebył długą drogę
Ma dla nas świeży chleb, czymś na kształt parasola gorąco zaprasza
A ja siedzę na tej śmierdzącej kanapie z uśmiechem miejscowego idioty.
Nie wiem, jak powiedzieć, że nie zostawię tej wielopoziomowej struktury,
w której nie tylko szyszka na stole ma ślicznie postrzępione łuski,
nie tylko dzieci drążą chodniki larwalne, zawzięcie szukając miejsca
na przepoczwarzenie się.

(„deszcz pada od rana, więc nie wybieramy się taczką po drewno”)

Jeśli Janczak opowiada intymnie o afirmacji świata, rodzicielstwa i beznadziejnego przypadku, jakim okazuje się egzystencja, to co powiedzieć o nowym tomie Marcina Zegadły (‘77) „Zawsze ziemia” (Łódzki Dom Literatury)? Że jest arcyintymny? Że beznadziejny przypadek egzystencji, życie jako śmiertelna choroba przenoszona… itd., jawią się w nim w jeszcze bardziej dosadny, przytłaczający sposób? „Herman Brunner i jego rzeźnia” ukazał się trzy lata temu (2015) i miał całkiem niezłe przyjęcie. Zegadłę zawsze najbardziej zajmował temat „życia” i było ono na różne sposoby tematyzowane w jego tekstach z fundamentalnym pytaniem „czy to jeszcze życie?” na czele. Śmierć bowiem przybiera w tej poezji różne podejrzane formy, jest bardziej otwarta, bardziej zapraszająca, jak ta „na początek mała plamka na piersi” (z „Pożar po tamtej stronie. Gdzie jesteś”), życie tymczasem okazuje się mozolne, przyciężkawe, trzeba nieustannie dawać mu fory i trzymać się go zawzięcie. Poprzedni tom dotykał kwestii postpamięci i w ten sposób budował pewien intymny przekaz. „Zawsze ziemia” tę intymność wygrywa inaczej: w miłosnym dialogu, w rodzinnej wymianie myśli, które są w jakiś sposób zakażone śmiercią (np. na raka, który toczy pierwszą z trzech części): „”Tam mieszka diabeł” – mówi syn, wskazując/ palcem na złamane drzewo. Czy to jest/ ostateczny spacer przez stygnącą burzę?/ Czy poznam, że już nas nie ma, chociaż/ dom stoi, tak jak stał, pies śpi, emitując ciepło,/ tlą się energooszczędne żarówki, a światło jest białe/ jak panna młoda, ponieważ zawsze chodzi/ o jakąś przysięgę […]” („Peryferie”). Niby znamy dobrze przepis na takie teksty: trochę wprowadzenia, wykorzystanie nieoczywistej frazeologii, mocne przełamania stylistyczne (nagły wulgaryzm, puenta z innego rejestru), trochę metafizyki, ale Zegadło robi to po prostu bardzo sprawnie, kunsztownie nakładając na siebie zdania wielokrotnie złożone i odwlekając koniec. A jaki jest koniec, wszyscy wiemy.

Na pewno nie przejdą też bez echa „Ścieżki dźwiękowe” Krystyny Dąbrowskiej (a5; ‘79), bo jej dyskretna, klasycyzująca poezja ma wielu czytelników, zarówno wśród publiczności literackiej, jak i jurorów nagród. To interesujący tom, typowy zresztą dla poetki: trochę podróży, trochę doświadczeń osobistych, wszystko podane w stonowany sposób, raczej wygładzający konflikty, niż je rozgrywający. A konflikty są, bo w tle sporo wątków judaistycznych, w tym nauka hebrajskiego, kilka spostrzeżeń o kulturowej obcości, wiersze-maski, korzystające z ostatków religijnej aury, żeby podtrzymać metafizyczny bagaż w gotowości: „Te czółna nie mają dna,/ są czółnami dla duchów./ Ta postać jest pusta. W środku/ czekał szaman, witał gości./ Tymi miskami nakrywało się misy/ pełne gorących potraw,/ para jak oddech szła kłębami z ust -/ a dzisiaj maski zasłaniają głód” („Uczta”). Dąbrowska podróżuje po świecie i uczy się go na tyle, na ile turysta może się nauczyć przekuwać egzotykę we własne egzystencjalne dylematy. Tytułowe ścieżki to dyskretne poszukiwanie dźwięków „przesłyszanych”: głównie z przeszłości, dźwięków ludzi, zwierząt lub samej natury (wybuch supernowej, który powraca do nas po miliardach lat i zostaje zinterpretowany jako ćwierk), a na ich odnalezienie pozwala właśnie niespieszny zmysł obserwacyjny poetki. Za mało się tu jednak dzieje w języku, żeby propozycja Dąbrowskiej kiedykolwiek do mnie trafiła.

To, co nie do końca udaje się Dąbrowskiej, choć w podobnym stylu, z powodzeniem robi Robert Feszak (‘78) w „Dziś bawiłem się gdzie indziej” (przedatowane na 2017, Fundacja Kultury „Afront”). Feszak to autor osobny, kontemplujący świat dookoła, kojarzący się z nagradzanym ostatnio Dominikiem Bielickim. Może to prostota ujęcia, może pewien rodzaj nostalgii i sentymentu, a może ten charakterystyczny, „konstruktywistyczny” sposób obserwowania rzeczywistości: „Sklepienie z poplątanych gałęzi drzew./ Ubita ziemia koloru gliny. Porozrzucane ubrania,/ papiery, gazety i butelki. W cieniu stolik i gnijące łóżko.”; „Fabryka przerobiona na fitness club. Mężczyźni i kobiety/ wytrwale ćwiczą swoje ciała. Wnętrzne wypełniają/ ciężkie oddechy i szczęk metalu. Na ścianach wielkie lustra,// za nimi, zatopione w betonie, gęste sieci stalowych drutów”. Ta uważna, nienaturalna, ale obiektywna obserwacja rzeczywistości staje się zwykle podstawą do rozegrania scenki, przeniesienia planu czasowego, wprowadzenia bohaterów i wydobycia puenty z ich losów. „Dziś bawiłem się…” osadzone jest głęboko w życiu bohatera, jest w nim małomiasteczkowość, rodzicielstwo, bezpretensjonalność refleksji i języka. Szkoda, że tom przejdzie obok (również przez datę), bo w niczym nie ustępuje „Pawilonom”.

Przejdźmy jeszcze do poetek. Magdalena Gałkowska (‘75) zaczyna „Bestię i powódź” (Fundacja Duży Format) od motta z Virginii Woolf i wiersza o gwałcie, ale sam tom w większym stopniu niż epatowaniu stabloidyzowaną przemocą poświęca rozprawie z różnymi formami niemożliwej, utraconej, spowszedniałej miłości, różnym sposobom ratowania języka erotyków przed zalewem banału. Z jednej strony są w tym tomie właśnie gwałt, śmierć, nielegalna aborcja, trauma dzieciństwa, przemoc domowa i seksualna, wszelkie patologie i wynaturzenia rodem z kina Katarzyny Rosłaniec. Z drugiej znajdziemy w nim ciągłą walkę o zachowanie godności w poczuciu klęski miłosnych złudzeń, o zachowanie obrazu siebie lub wypracowanie nowego, o przyznanie się do samej siebie w lustrze. Tytułowe metafory, pogłębione przez Woolf o alegoryczne figury oceanu i lwa, dotyczą przepracowania obu tych postaci lęku: tego, który pochłania i tego, który pożera. I tak też ostatnia część tomu Gałkowskiej i zarazem ostatni wiersz „bestia i powódź” stanowi syntezę i nietzscheańskie z ducha przezwyciężenie: „[…] wreszcie jest,/ ma to ciało, z którym nie wie, co// począć, gdzie przebiega granica? jak/ odróżnić w tym siebie? wychodzi, łamie/ i wraca w to samo miejsce, bo zawsze tu/ była […]”. Nie znaczy to oczywiście, że problem walki o samostanowienie dobiegł końca, że „iluzje zostały zdruzgotane”, bo w lustrze bohaterka rozpoznała samą siebie. To dopiero początek.

Niemały figiel spłatała też swoim czytelnikom na koniec roku (albo początek nowego) Marta Podgórnik (‘79), wydając zupełnie niezapowiedziane „Mordercze ballady” (Biuro Literackie) i wpisując je jeszcze w spuściznę roku 2018. Nowy tom autorki „Paradiso” to dla mnie pozytywne zaskoczenie, zwłaszcza po „Zimnej książce”, której nie pozostawiłem bez odpowiednich złośliwości. „Ballady…” są tymczasem nieporównywalnie bardziej witalistyczne, zabawniejsze językowo, odważniejsze w kreacji podmiotek i niesione energią znanych piosenek. W poprzednim tomie odnosiło się wrażenie nadmiernego wysilenia we wszystkich zabiegach „fingujących”, konsekwentnie budujących nam „świat podstawiony”, a w rzeczywistości jedynie maskujących pewien fantazmatyczny ruch ukrycia sentymentalnej, uczuciowej bezradności i bazowego nieprzystawania bohaterki do rzeczywistości. Sięgając po parodie/trawestacje znanych piosenek, wśród których przeważają ballady Nicka Cave’a oraz (zwłaszcza) Leonarda Cohena, Podgórnik tworzy „Balladami…” galerię fałszywych podmiotek, mówiących w zgodzie z konwencjami, dopasowujących się rytmicznie do melodii piosenek, ale też będących kolejnymi wcieleniami samej poetki. To ujmujący melodramat, rozpisany na fałszywe songi (bo wszystko jest tu jakoś sfałszowane, nawet poszczególne perspektywy z dłuższej prozy poetyckiej „Alicja i jej króliki” są przeczącymi sobie opisami tej samej sytuacji). Różnica między tym a poprzednim tomem jest przede wszystkim taka, że w „Zimnej książce” wszystko podporządkowane było nadrzędnej władzy Wielkiej Ironistki, ckliwej, momentami żałosnej, w „Balladach…” zaś podporządkowane jest podstawowemu mechanizmowi parodii: przesunięciu względem oryginału. Oryginałem (źródłem) pozostaje zaś sama Podgórnik i jej miłosne tragedie/fantazje, które czytelnik poznał w kilku innych książkach. Czyniąc się po wielokroć bohaterką własnych wierszy, autorka prowadzi formę hiperbolicznej wyprzedaży rekwizytów, uderza w tony biograficzne i jedzie po bandzie (np. na nutę „The Curse of Millhaven”):

Na nazwisko mam Podgórnik, nazywają mnie Marteczką
Rodzice, a koledzy mówią: Marti. Kochankowie czasem:
Martuś, może dałabym im dziecko, gdyby nie to, że są
Dla mnie dawno martwi.
[…]
Mówią mi, że się puszczałam, ale ja po prostu spałam
W nie zawsze swoich hotelowych łóżkach.
No rzucajcie kamieniami w mój kurhanik z marzeniami
Którego bez wezwania nie opuszczam.

(„Mój wiersz”)

Nawet nie tyle obnaża Podgórnik i wyśmiewa językowe czy myślowe pułapki sentymentalnej (przepraszam: romantycznej) miłości, ile pozwala swoim bohaterkom (a więc i sobie) zostać przez te pułapki zmielonymi, nadpisanymi literacko, przesuniętymi na boczny tor. Niewiele wszak dzieli ‘Marti’ do ‘martwi’, a ‘cmentarz’ od ‘ołtarz’ – kilka przesłyszeń, drobna fantazja o świecie, który się nie wydarzył, możliwość przechodząca w niemożność i klęskę. Para ten oden – jak pisał Giorgio Agamben, rekonstruując etymologię i genezę kategorii parodii – to śpiewać obok pieśni, fałszować, wprowadzać dystans, który umożliwi literaturę, ale też do końca odsłaniać będzie raczej język, niż sam świat.

W nurcie „różnicy płciowej” ulokowałbym również tom „Infalia” Justyny Paluch (‘75), dość niefortunnie wydany w Miniaturze i tym samym skazany na istnienie na zupełnym marginesie. Szkoda, bo to interesujące wiersze, które spokojnie mógłby przygarnąć np. Babiniec. Jak dopowiada tytuł, mamy do czynienia z „bajkami o prozie”, a główni bohaterowie: Alicja oraz jej dzieci Kai i Brzoskwinia, wyjęci wprost z baśni, wtórują podmiotowi w jego nieco surrealnych zmaganiach ze światem. Nic nie jest tu oczywiste, skoro „alicja od dawna lubi mięso/ teraz jada je codziennie/ właśnie urodziła kaja/ i chwilowo nie ma żadnych zahamowań/ na wszelki wypadek odurza go ziołami/ zapach jest wszędzie”. Delikatny ruch wyobraźni, oparty na figurach dziecięcych bohaterów, obserwowanych z pewnym dystansem, przywodzi na myśl wczesną Justynę Bargielską. Tom ilustrowany jest rysunkami i zadedykowany dzieciom Paluch (Tymkowi i Lenie), równocześnie odbywa się więc w nim pewna gra o model rodzicielski, o autobiografię poetycką. Niektórych wierszy bym się z niego pozbył, ale w tej chłodnej obserwacji, w której Alicja staje się obiektem, a jej czasem nieporadne, macierzyńskie zachowania przyczynkiem do studium zachowywania i umacniania podmiotowości, jest metoda. To przede wszystkim tom rodzicielski, o pierwszych zmaganiach z nowymi istotami, o wynikłych z tego olśnieniach i problemach (gdzieś na marginesie jest też oczywiście mitologiczny tata Kaja i Brzoskwini), o przełamywaniu monopolu jednej narracji:

podobno alicja do któregoś miesiąca
jest integralną częścią kaja
jak ręka albo noga
nigdy nie było odwrotnie

szósty miesiąc to śnieg
mróz na policzkach
i ubrania we wszystkich kolorach jedzenia
pomału kaj zaczyna należeć do siebie

[…]

(„baśń”)

Zaskakująco niekorzystnie wypadła za to książka Krzysztofa Siwczyka (’77) „Mediany” (a5), a autor potwierdził nią tylko, że przechodzi kryzys twórczy, przeobraża się stylistycznie i podąża w niewłaściwą stronę, a komplementy i laury tylko go na tej drodze utwierdzają. Napisałem o „Medianach” dość ostry tekst, dłuższy czas wahałem się, czy w ogóle wypada, czy wypada mnie, który jeszcze niedawno rozpływał się nad Blanchotowskim i Cioranowskim duchem tej poezji i bronił dusznej atmosfery bezproduktywnych często poszukiwań autora. Ale ta bezproduktywność jawiła mi się właśnie w świetle francuskiego, okołowojennego nihilizmu i jego teoretycznego dziedzictwa. Siwczyk w a5 tymczasem zaczął poszukiwać momentów świetlistych, by w „Medianach” zaproponować czytelnikom poezję środka: stagnacji środka życia, średniej statystycznej. Dopiero gdy po kilku miesiącach przeczytałem „informację” (nie recenzję) Marcina Sendeckiego w Gazecie Wyborczej, przekonałem się, że moja krytyka była uzasadniona. Jeśli bowiem Siwczyka naprawdę postrzegać jako poetę „absolutnie zrozumiałego, zajadle nieawangardowego i – z własnego wyboru – arcytrudnego” oraz jako spadkobiercę Nowej Fali, to autor „Koncentratu” i „Godów” naprawdę miał przez te wszystkie lata niewiele do zaproponowania czytelnikom, zwłaszcza tym, którzy szukali w nim jakichś ponowoczesnych rozpoznań na temat wymiennej natury mediów, materialności i jej relacji z pustką i obrazem, a zwłaszcza na temat polityczności reżimów estetycznych. Ot, po prostu Siwczyk nadprodukował znaki, a myśmy je interpretowali jak dzieci we mgle. Czy naprawdę tak było, czy to tylko wizja Sendeckiego, w której historycznoliteracko rozpatrywana „awangarda” staje ością w gardle poezji – nie wiem. Wolałbym nie, choć żadna z tych wizji nie uratuje „Median”, murowanego faworyta do prestiżowych wyróżnień, od przeciętności.

Drugą przeuroczą wpadką roku było „Serce Chopina” Jacka Dehnela (Biuro Literackie; ’80), chociaż trudno ten poemat właściwie nazwać wpadką. W swoistym pamflecie na książkę, zatytułowanym „Czy Lana Del Rey czytałaby Lenina” Bartosz Sadulski punktował najbardziej charakterystyczne słabostki nie tylko tego poematu, ale całej poezji Dehnela, która nastawiona jest na podobanie się, na samoośmieszający się często kunszt:

W „Sercu Chopina” posługuje się [Dehnel – przyp. JS] wieloma rodzajami klasycznego wiersza, zupełnie jakby chciał, niczym bohaterowie „Dzikich detektywów” wjeżdżający na pustynie Sonory, poukładać sobie świat, popisując się znajomością najbardziej wymyślnych środków poetyckich (glikonej, hemiepes, zajal, proceleusmatyk, epanalepsa to naprawdę nie nazwy Bolañowskich superbohaterów) i próbując zdefiniować terminy bardziej przyziemne (giet, krejzol, przykuk, pała, skun, wylaszczyć). O ile jednak u chilijskiego pisarza dysonans był obroną przeciw pustce, próbą zorganizowania i nazwania rozpadającej się rzeczywistości, o tyle w „Sercu Chopina” jest stylistycznym popisem.

[…]

Poemat Dehnela to muzeum pamięci, galeria ludzi negatywnie zakręconych przez wielką i małą, intymną historię, przez miłość i wojnę, o których każe pisać każda kamienica, każdy kamyk i szlafmyca. Całość przypomina powiedzenie Peipera o dziurkach: „są utwory, które robią wrażenie, jak gdyby przed metaforami istniały w nich dziurki na metafory. Tu dziurka, tu dziurka, tu dziurka i tu dziurka; jest już w każdej dziurce metafora? Jest; wszystko w porządku”.

Nie mam nic do dodania, choć podobnie jak Sadulski doceniam interwencyjność poematu w głęboką tkankę narodu i próbę utworzenia z samego „serca Chopina” artefaktu kulturowego sporu o współczesność.

Z roczników 70. (i pogranicznych, ale tutaj coś każe mi kwalifikować jednak w tył, bo jeśli jakaś rzeczywista zmiana miała miejsce w dykcjach i przynależności pokoleniowej, to raczej w połowie lat 80.) warto też odnotować tomy: Krzysztofa Gryko „Tak” (‘74), Dawida Junga „Karaoke” (‘80), Sylwestra Gołębia „Nomada” (‘80), Sebastiana Sokołowskiego „Końcowe odliczania” (‘74), Pawła Kozioła „Pogańskie morze” (‘79), technicznie wycyzelowane, ale tkwiące gdzieś na przełomie lat pierwszych, interesujący, ale zdecydowanie za długi „Kwestionariusz putinowski i inne medytacje w czasach postprawdy” Radosława Wiśniewskiego (‘74), Marcina Badury (‘78) „Szare mydło Biały Jeleń”, Anety Kamińskiej „Więzy krwi” (‘76), Bartosza Sawickiego „Luminal” (‘71) oraz flarfowy projekt Piotra Mareckiego „Niepodległa Google” (‘76). Wszystkiego się jednak opisać nie da, więc coś kosztem czegoś. Nie dotarłem niestety do „Mongolskiego cyrku” Ewy Olejarz (Instytut Mikołowski; ‘74), ale znając twórczość Olejarz, liczę na książkę co najmniej dobrą. 

Z tego przebogatego szeregu wyróżniają się przede wszystkim: Hanna Janczak, Adam Kaczanowski, Robert Feszak, Marcin Zegadło.

„Myśmy nic nie mogli” – roczniki 80. i 90.

Największy wysyp książek tegorocznych nastąpił w rocznikach 80., którym nieśmiało wtórują już autorzy młodsi. Są to książki zarówno dobre, jak i złe, nudne, nieciekawe, przeszarżowane, mdłe, od poetów uznanych do poetów zawsze pozostających na marginesie krytycznoliterackiego zainteresowania. Zastanawiam się jak podzielić to zjawisko rocznikowo, czy w ogóle możliwa jest tu jakaś typologia, opowieść o niej, i wydaje mi się, że nie bardzo, bo rozstrzał dykcji jest zbyt duży. Na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, że mamy tych, którzy idą z duchem czasu, proponując eksperymenty w obrębie zdania, inspirując się internetową rewolucją i szukając nowych form wyrazu (często bardzo do siebie podobnych) oraz tych, którzy uleżeli się w elegijnej frazie i egzystencjalno-medytacyjnym namyśle (co wcale nie oznacza od razu, że piszą książki nudne). Ci pierwsi – myślę o Dalasińskim, Prankem, Bąku, Szymaniaku, Skoniecznym, Janiak, Ryczywolskim oraz szeregu debiutów – wykonują ciągle ruch w stronę językowej innowacji, czasem o krok za daleko, nawet kosztem wiersza. Ci drudzy rozgościli się już w swoim stylu, w zdaniu pisanym na długim oddechu, spokojnie rozważającym tekstualny na ogół charakter fundamentów świata. Są jeszcze i ci, którzy nie pasują ani tutaj, ani tutaj, a ich pisanie trudno czemukolwiek przyporządkować, nawet im samym (choćby nowa Kopkiewicz czy Radwański). Żadne inne roczniki nie przyniosły jednak tylu ciekawych, różnorodnych tomów o tylu różnych sprawach.

Zacznę od tego, co wydaje się najciekawsze, choć kolejność będzie się z czasem mieszać. Jednym z oczekiwanych przeze mnie wydarzeń była trzecia książka Tomka Bąka „Utylizacja. Pęta miast” (WBPiCAK). W „Kanadzie” urzekała Kopytowa nuta i jukstapozycje, w „[beep] Generation” romantyczny, kordianowski podmiot, rozdarty między wolą działania i brakiem sprawczości oraz oczywiście jego słynna maska „człowieka pizdy”, jednej z lepszych metafor pokolenia wielkiego przegrywu (drugą pozostają „Ćwiczenia z rezygnacji” Krzyśka Sztafy, który z Biura Literackiego przeniósł się w minionym roku do „Małego Formatu”). „Utylizacja…” to tomik bardzo dziwny, do tego stopnia, że krytycy sobie z nim nie poradzili, nawet ci najmłodsi (poza Łukaszem Żurkiem w „Dwutygodniku”, z którego większością tez jestem skłonny się zgodzić).

Bąk wprowadza pozorne pęknięcie: na część miłosno-sentymentalną, w której brzmi jak licealista o skłonnościach masochistycznych, rozpaczający nad utraconą miłością, i część społeczno-polityczną, w której tomaszowskie mikropotyczki i globalne wojny łączą się w apokaliptyczną wizję nowego, utopijnego projektu „bycia z odzysku”, a więc utylizacji właśnie. Momentem węzłowym pozostaje wiersz „Schizofrenia synchroniczna”, z zadanym adresatce (odkształca się tu konwencjonalny język wierszy o miłości) pytaniem: „Czy byłaś kiedyś częścią kolektywu schizofrenicznego?”. Oto dość zamknięte, konserwatywne pole relacji ja-ty zmienia się u Bąka w coś otwartego, wspólnotowego, nawet inkluzywnego. Można odnieść wrażenie, że to wręcz zaproszenie do gry, w której włącza się deleuzjański maszynizm, do analogii (synchroniczność połączeń), w której prywatne i polityczne zaczyna funkcjonować równolegle. Do przemyślenia pozostają oba tytułowe pojęcia: utylizacji i pęt miast, zwłaszcza w kontekście ironicznego (czy na pewno? jak działa ta ironia?) obrazu końca świata z ostatniego wiersza „Z końca świata macham do was warzywem”, gdy eliotowskie skomlenie (but a whimper) przechodzi w „wybuch okrytonasiennych”, w „trzask!, pstryk!, bęc!”. To już nie huk, lecz gombrowiczowska drwina.

Coś niepokojącego stało się za to z nową książką Kamili Janiak (‘84) „Wiersze przeciwko ludzkości” (WBPiCAK/SDK). Autora skróciła frazę, zdjęła pedał z gazu i odjęła swoim wierszom trochę buntowniczego punka. W ten sposób jej poezja zmieniła się w krótkie obserwacje, mikroscenki na 4-5 wersów. Są one, owszem, trafne, ciekawie podglądają współczesne społeczeństwo, ale brakuje im formalnego pazura, który najbardziej ceniłem w poprzednich książkach. Janiak jako poetka tożsamościowa, wyznaniowa czy skupiona na obserwacji absurdów codzienności nie sprawdza się za dobrze. Najciekawszym elementem jej wierszy było od początku pogrywanie z samym kodem, takie, jakie zwykle znajdujemy właśnie w tomach od SDK, pogrywanie, dzięki któremu wykształca się podmiot: poobijany przez zaimki, wystrzelony w przestrzeń wersu, połamany przerzutniami.

Na skutek skrócenia frazy i samego wiersza na sile zyskał za to element surrealny, choć w większości tekstów przeważa i tak psychologicznie pogłębiona obserwacja anonimowych, pasywnych, przegranych bohaterek (co z kolei kojarzy się ze sposobem traktowania postaci przez Natalię Malek). Najbardziej zapadł mi w pamięć ostatni wiersz, nieco odmienny od krótkich scenek, a bliższy postapokaliptycznemu, wisielczemu humorowi Kaczanowskiego (i z tym wierszem państwa zostawiam na zdrowie ginącemu światu):

Górnicy zatrudnieni w kopalniach węgla,
Wracając do domu, rozmawiali.
Cieszyli się. Nie żyją.

Dzieci z Warszawskiego przedszkola
Wyszły po podwieczorku na dwór.
Cieszyły się. Nie żyją.

Zespół muzyczny z Wielkopolski
Pojechał w trasę po Japonii za gruby hajs.
Cieszyli się. Nie żyją.

[…]

Wsiadł do tramwaju i 40 minut
W drodze do pracy czytał nagłówki.
Uśmiech odbił się w szybie,

Zachodzące słońce skruszyło oczy
Dokładnie w momencie ciosu w potylicę.
Cieszył się. Nie żyje.

(„post-sprawiedliwość”)

Jeśli pozostać w kręgu utopijnej walki języka o inne porządki społeczne, to pod koniec roku z drugą książką, po dobrze przyjętym w środowisku debiucie „b” (2015), powrócił Michał Pranke (‘91) tomem „Rant” (Dom Literatury w Łodzi). Nie będę pisał o zdaniu testu. Jest świetnie, konceptualnie. Jak to na Prankego przystało, tomik znowu rozwija pomysł ruchu po okręgu (poprzednio były to obie strony winylowej płyty), ze spisem treści na ostatniej stronie okładki, rozpisanym wedle stopni odchylenia. Z tej perspektywy „Nitro”/„Intro” wieńczy tom i zarazem go zaczyna jako „stopień zero” (jest jeszcze hiddentrack, wiersz „Miłość”), a drobne odchylenia między tymi dwoma tekstami tworzą metaopowieść, którą sam Pranke anonsuje na końcu książki: „»Rant« czytany od lewej do prawej opowiada o wygrywaniu, czytany od prawej do lewej – o przegrywaniu.// Odbiorca i autor należą do czegoś pomiędzy”. Rant to krawędź czegoś, i jeśli chcieć podążać dalej tym tropem, to Pranke sytuuje relację komunikacyjną właśnie tam: ani na stronie a, ani b, lecz na krawędzi między nimi, wychodząc poza nowoczesną opozycję awersu i rewersu, przodu i tyłu, nie poprzez ich rozmontowanie, ale dzięki zwróceniu uwagi na coś, co je umożliwia. Poza tym toruński poeta ma coś, co się rzadko dziś znajduje: językową finezję i fantazję, które pomagają mu połączyć flow mowy i proceduralne podejście do języka. Weźmy taki „When you’re a stranger” The Doors, który stanowi rytmiczną podstawę „Czerwi”, ale też wkrada się jako temat do dalszej obróbki: „A ludzie są dziwni, gdy jesteś pieskiem, ich twarze nie cieszą, gdy leżysz sam. Siostry// się boją, gdy się wyszczerzasz, ulice jak nic, gdy zwieszasz łeb […]”.

Skoro jednak „Czerw dziurawi przekaz. Czerw wwierca się w drzwi”, to apokaliptyczna refleksja o śmierci sadu (a metaforycznie: o obcości) zostaje przeniesiona na sam kod. Wynikałoby z tego mniej więcej tyle, że zawsze jakiś czerw języka przegryza się przez dyskurs o obcości, narusza granice między własnym i obcym, aż „cały sad zeżre czerw”. I nie jest to wcale prorocza zapowiedź końca, tylko gruntowne przeformułowanie koncepcji zbiorowości poprzez wymianę pojęć w słowniku łańcucha pokarmowego; podobnie robili w swoim czasie Kira Pietrek, Joanna Oparek, Ilona Witkowska czy Michał Czaja. „Jesteś tym, co jesz” nabiera tu nowego znaczenia: naszym horyzontem jest to, co nas trawi. Przywołuję powyższe nazwiska nie bez powodu, o ile bowiem Pranke brzmi raczej jak kolejna odsłona „Rozdzielczości Chleba”, połączona z flow Piotra Przybyły i wpływami Tomka Pułki, o tyle równocześnie „Rant” dedykowany jest w warstwie wizualnej i w sposobach tematyzowania podmiotu, perspektywie nieludzkiej. To perspektywa robacza, psia zwłaszcza, ale nie jest to opowieść psa, lecz afirmatywnie pojętej, „spsiałej” formy życia, a więc nieco innej, wchodzącej w inne afektywne relacje ze światem. Czy to się udaje? Na pewno ta perspektywa jest nieoczywista i problematyczna dla czytelnika: czytać w języku, który nie do końca utwierdza nas w antropocentrycznym spojrzeniu, który raczej węszy, ociera się i spływa, niż dostrzega i nazywa. Ale to sprawa dopiero do opisania, na ile „Rant” jest rzeczywiście odrębny od wszystkich postinternetowych dykcji „po Pułce”, którymi ostatnio stoi nasza poezja. Tak czy tak, jest to książka warta dziesiątej lektury, wchodząca w głowę, do mówienia, śpiewania, rapowania.

Z Torunia przybyła również – za sprawą łódzkiej Kwadratury – najnowsza książka Tomasza Dalasińskiego (‘86) „Większe” i jest to moim zdaniem najlepsza książka autora, chociaż zarazem najdziwniejsza. Na okładce Rafał Różewicz pisze: „Kolejna odsłona projektu pt. Dalasiński. Coś pomiędzy »Stosunkami przegrywanymi« a »Copyrightem«” i ma rację, nie wiem, czy zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo. Kolejne książki Dalasińskiego mają bowiem w sobie coś z poststrukturalnego projektu, generatora, który wchłania, przetwarza, czasem pastiszuje, czasem kopiuje, modne i funkcjonujące dykcje młodej poezji danego okresu. Robi to jednak na tyle dobrze, że trudno go podejrzewać o naiwne naśladowanie, jest wręcz przeciwnie. W nowym tomie na warsztat poszły w pierwszej kolejności języki Pułki, Taranka, Jurczaka i Mateusza. Ich zbitka skutkuje strofami (dwu-, trzy-, cztero- lub pięciowersowymi) o dużym ładunku energetycznym, o wydłużonej frazie, eksperymentami, borykaniem się (raczej krytycznym) z kategoriami zaangażowania oraz charakterystyczną lirycznością, momentami sentymentalną, momentami wzniosłą: „Od kiedy zamieszkałem w łoskocie epoki/ jak smak snu pod językiem w samym środku nocy,// jestem pełnym naczyniem w domu pełnym naczyń/ i wcale nie jest ważne, kto będzie jadł z niego” („Łoskot”). Jeśli brzmi to „Stacją wieży ciśnień”, to tylko po to, żeby zmienić wektor w grze odbić, mówiąc tym samym językiem, powiedzieć coś innego, swojego, wcisnąć się w wąską szczelinę, jaką zostawia nam styl: „Wejść i wyjść by pozostać z tej i z tamtej strony”. Czy to bezproduktywna fanaberia? Raczej pytanie o inout ścieżek tekstu, nad którymi czuwa żuczek z okładki (świetny „Insekt I” Julity Blady-Cłapy), a właściwie układ scalony, który kształtem imituje żuczka. Nowy Dalasiński jest trochę jak ten żuczek: scalak doskonały, choć nie do końca wiadomo, czy w pełni funkcjonalny.

Kolejne książki Dalasińskiego mają w sobie coś z poststrukturalnego projektu, generatora, który wchłania, przetwarza, czasem pastiszuje, czasem kopiuje, aktualne, modne dykcje

Trzecią toruńską ofensywą, choć z zupełnie innego rejestru, jest Marcin Jurzysta (‘83). W poprzedniej książce zamieścił on wiersz „Sitcom”, który podyktował mi pewien sposób lektury całości, pozwalał przeczytać wymienne strategie iluzji i deziluzji w tej poezji jako próby mierzenia się z utratą paktu między językiem i rzeczywistością. W nowej, trzeciej książce „Chatamorgana” (Dom Literatury w Łodzi) toruński poeta idzie dalej serialowym tropem, a całość dzieli na sześć sezonów, które każdemu krytykowi, w tym Wiśniewskiemu i Maliszewskiemu na okładce, skojarzą się natychmiast z sezonami Rimbauda i Wojaczka (choć mnie bardziej przychodzi na myśl „Chata umaita” Różyckiego). Chyba też nie o taki „poetycki sezon” tu idzie, bo logika wynikania kolejnych części to u Jurzysty logika popkulturowej, kapitalistycznej reprodukcji, w której skuteczne wykorzystanie ogranego schematu jest podstawowym narzędziem reanimacji systemu. Swoje wiersze dostają zatem Harold Smith, Walter White czy Willie Graham (ten z serialowego „Hannibala” od NCB), ale też sporo tu cytatów i kryptocytatów, głównie z piosenek.

Jurzysta dalej czaruje i podważa moc zaklęć, ale tematem swojej rozprawy na sześć sezonów czyni dom: ten metaforyczny i ten serialowy (np. „Dom” w reż. Jana Łomnickiego). „Chatamorgana” to na jednym przynajmniej planie opowieść o wydomowieniu (z języka) i uwięzieniu (w językowej klatce), bo Jurzysta nie pisze o przestrzeni zamieszkanej, raczej o „nawiedzonym domu na wzgórzu” (taki straszny serial od Netfliksa), w który zmieniają się jego halucynacje. Więcej jest tu ruchu w stronę ośmielonej wyobraźni, ale też wchodzenia w popkulturowy miszmasz w stylu Różyckiego, gdzie odsłaniają się kolejne powidoki domów-duchów, jak choćby ten z motta, z piosenki Fogga – „Mały biały domek w mej pamięci tkwi”. Ale mam też wrażenie, że to również opowieść o domu, który czeka, który dopiero będzie, zadedykowana córce Marysi („kiedy nadejdzie czas”), kierowana do niej jak list w butelce, w przyszłość, gdy być może z domu poety również pozostanie taki widmowy obrazek lub rzewny song. Jako potencjalny producent nie uciągnąłbym jednak sześciu sezonów, pewnie skondensowałbym je do góra czterech, i chyba ten nadmiar jest największą wadą „Chatamorgany”.

O innej bardzo interesującej książce, która nie miała wydawniczej promocji i nikt właściwie za nią nie stanął, już pisałem – chodzi mi o „Rozłąkę” Kamila Kwidzińskiego (Tłocznia Wydawnicza Ach Jo), poety będącego zawsze na marginesie, udającego rimbaudowskiego wagabundę, skazującego się najwyraźniej na miano niedocenionego nigdy następcy Jacka Podsiadły. Sztubackość, erotyzm i witalizm łączą się tu z erudycją literacką i jakimś chłopięcym, artystowskim wręcz wysubtelnieniem gestu. Chłopięcym, bo podmiot Kwidzińskiego kocha, cierpi i traci w sposób młodzieńczy, jak Rimbaud czy Wojaczek, całym sobą. Artystowskim, bo na kolegów wybiera raczej poetów minionych dekad, wielkie plejady, które płonęły namiętnym przywiązaniem do poetyckiej muzy i za jej sprawą niejednokrotnie przegrywały życie (Neruda, Apollinaire, Alberti). „Rozłąka” to korzystająca z Leśmianowskiej „Łąki” opowieść o stracie, która jest nieunikniona w procesie tworzenia samodzielnej podmiotowości, o rozłączeniu, jako fundamentalnym doświadczeniu miłosnym i językowym. Takich poetów, zdolnych pisać erotyki w XXI wieku, robiących to z gracją, bez przesady i ekshibicjonizmu, mamy naprawdę niewielu. Zamiast powtarzania się – fragment wiersza:

Jest taki wiersz Nerudy, który napisałem przy tobie. Zaczyna
się ranką zadaną przy wkrajaniu łososia do drewnianej miski;
przebiega blizną, którą ledwo pamiętam, przez puste miasteczka,
strumyk włosów na moim podbrzuszu, wpada w morze twoich włosów
przy stopach innego mężczyzny.

Jest taki wiersz Nerudy. Najgorszy wiersz świata i nic go nie obroni.
Zaczyna się interwencją boską w krajach trzeciego świata,
a kończy czarnym lądem i głodem pokoju w trzeciej osobie.

(„Blizna”)

Temat miłosny podejmuje też – po swojemu, na prawach odwrócenia – Rafał Skonieczny w „Jestem nienawiść” (MBP im. Cypriana K. Norwida w Świdnicy; ‘83). Skonieczny to doceniony poeta, autor trzech ciekawych tomów, a dziwaczne miejsce wydania najnowszego wiąże się z wygranym świdnickim konkursem na autorską książkę. „Jestem nienawiść” to zatem tom zaprojektowany, bogato ilustrowany, w którym zamiast z wierszami mamy do czynienia właściwie z kolażami. Trochę szkoda, bo są to teksty tak interesujące, że obroniłyby się bez całego graficznego naddatku, a może trochę bardziej odsłoniłyby się dzięki temu przed czytelnikiem jako tekst właśnie, a nie obraz. Skonieczny pisze anty-hymn o miłości, ale robi w tym tomie o wiele więcej. Jeśli Bąk otwierał „Utylizację…” sentymentalizmem miłosnym, by potem rozegrać go w perspektywie politycznej jako element „do utylizacji”, Skonieczny proponuje coś odwrotnego: zaczyna politycznie, by w dalszych wierszach za pomocą miłości/tęsknoty za nią rozegrać ten polityczny dyskurs i przełamać go. Trudno powiedzieć, na ile jest to próba wpisania się w jakiś umowny „dyskurs” młodego lewicowego zaangażowania (autor żongluje tematami i formami znanymi z wierszy Kopyta, Góry, Pietrek, Bąka), a na ile wydrwienia go, pokazania jego automatyzmów i łatwizn. Warto zastanowić się, czym różnią się atrakcyjne przecież projekty Bąka i Skoniecznego (to cytat z tego drugiego, z otwierającego wiersza „Afirmatyw”):

osiemnastego października dwa tysiące szesnastego roku
                     śpiewam tę nikomu niepotrzebną piosenkę miłości

a mój głos jest głosem rozpaczy bo nie mam kasy lepiej choćby odpocząć razem
                     czego nam się nie chce to nam się należy

                     śpiewajmy razem!

mój głos jest zaangażowany we własne wybrzmiewanie
                     mój głos dba o artykulację i dobry akcent

w końcu przebrzmi jak ciało wystrzelone z ambony na orbitę okołoziemską
          a potem dalej niech sobie tam umiera

                     mówię pas!

w Europie nikt nie usłyszy twojego krzyku
                     nawet jeśli dbasz o artykulację nawet jeśli dasz głośniej

jestem poetą mój głos się nie liczy mój głos przepadnie przebrzmi
                     nie oddam go na rzecz waszych instytucji

mój głos jest głosem rewolucji zmarnowanych polucji
                     nie możemy razem wybrzmieć razem będziemy polegli

jestem poetą nie mogę nic więcej
                     ponad to STAWIAM

kropkę nienawiści
           nad i

Pozwalam sobie na ten długi cytat, bo tom Skoniecznego jest istotny i interesujący, choć zapewne przepadnie w recepcji (choćby z racji miejsca wydania), a szkoda, bo jest tam miszmasz poetyk i wiele bardzo atrakcyjnych momentów językowych. Trudno jednak nie zauważyć, że autor gra nie przeciwko Polsce, określonemu systemowi, niesprawiedliwości społecznej czy przemocy, ale przeciwko językowi rozumianemu w duchu poststrukturalnej polityczności: zaangażowanemu nie z racji podejmowanych tematów, tylko krytycznych analogii utrzymywanych między nim a światem zewnętrznym. Polityczne deklaracje – czy to afektywne (nienawiść, gniew, miłość), czy tematyczne (przesuwanie rejestrów, czerpanie motywów ze słownika lewicowych komunałów) – pozostają deklaracjami, bo za filozofią języka, której używa Skonieczny w „Jestem nienawiść”, zawsze kryje się pęknięcie na „ja” i „my”, „mój głos” i „wasze działanie”. Energetyczny i rozpaczliwy romans poety z Polską przypomina zatem bardziej piosenkę Republiki: wykrzyczaną, intymną, skupioną na pozycji samego podmiotu i jego pragnieniach. Naturalną konsekwencją takiego podejścia jest przesublimowanie społecznego gniewu w rodzinną miłość, ucieczka w azyl bliskości, troski, a w tym wypadku również ojcostwa, jak w „Distance to empty”: „Nie mam orientacji w terenie, ZERO/ częściej niosło mnie na szagę niż azymut/ pociągnięty od linijki na mapie,/ ale kiedy trzymam cię za małą rączkę/ najdelikatniej jak potrafię,/ gdy łapiesz równowagę, to nie wiem,/ czy za dwadzieścia lat nadal będę/ usiłował zatrzymać ten uścisk/ w słowach […]”. Ładne to, bo u Skonieczniego jest dużo ładnego, warsztatowo udanego pisania, które lepiej wypada właśnie w dłuższych, narracyjnych monologach („Czarna Fortuna”, „Minimalnie pusty”), które opowiadają nie o społecznym gniewie na modłę manifestów, tylko o prywatnych taktykach oswajania losu w wierszu. Koniec końców nawet taka gnoma „Po nas”: „Rozległa samotność/ maszyn do pisania” bardziej broni się po prostu jako wiersz miłosny, niż np. (uwaga, ironicmode) krytyka protodeleuzjańskiego maszynizmu.

Nie można też pominąć książki, która wzbudziła spory ferment w młodoliterackim środowisku, a również dotyczy rodzicielstwa, miłości i utraty: „Dziur w policzkach” Michała Szymaniaka (WBPiCAK; ‘92). Skoro Tomek Bąk mógł wykreować człowieka-pizdę, to Szymaniak może mu odpowiedzieć inną, komiksową metaforą: Superstarej, matki-Polki, oddanej rodzinie, tzn. gotowaniu i sprzątaniu, po pracy, między pracą i w czasie pracy, a w przerwach popijającej kryptonit. I nie byłoby w tym nic interesującego, gdy nie to, że „Dziury…” to tom żałobny, któremu z motta patronuje Różewicz i jego „Matka odchodzi” (choć sam tytuł wzięty jest ze świetnego zbioru opowiadań Aglaji Veteranyi na temat toksycznego dzieciństwa). Superstara umiera bowiem na raka, mimo tego, że nie jest stara (46 lat) i jest superbohaterką. Cóż począć? Szymaniak sięga po lirykę maski i popkulturowe klisze, żeby z tą śmiercią się zmierzyć, tak, jak Różewicz sięgał po zdjęcia, wspomnienia i znane mu konwencje literatury wysokiej.

Na tom składają się wiersze o pokrewnych formach, tworzące swoiste cykle: listy do „Bravo”, absurdalne rady z poradnika „jak radzić sobie ze śmiercią”, odcinki serialu SUPERSTARA sezon 1, sny głównego bohatera, monologi wewnętrzne matki, wreszcie wiersze wprost mierzące się ze stratą, upchnięte gdzieś między tymi popkulturowymi rusztowaniami. Przechodzimy od długich, przegadanych (zapewne celowo) tekstów, zagadujących śmierć, do lakonicznych, wręcz różewiczowskich utworów. Cała ta gra w zasłony przed rozpaczą prowadzi oczywiście do zapowiedzi sezonu 2, który możliwy jest tylko w telewizji i każdy czytelnik o tym wie.

Komiksowo-serialowa żałoba z jednej strony po prostu wymienia zestaw odniesień między pokoleniami i funkcjonować zaczyna jako naturalny bufor dla kogoś urodzonego po roku ‘90, z drugiej jednak cały czas brzmi trochę fałszywie, sztucznie, obnażając raczej pustkę tego języka i jego niezdolność do radzenia sobie ze stratą. Komiks Szymaniaka to bowiem nie powieść graficzna w stylu „Persepolis”, lecz pulpowa zasłona, arsenał chwytów będących akurat pod ręką, skazanych na niepowodzenie. Ale – jak mądrze wskazał Karol Poręba – to nie jest wyłącznie ponowoczesna mowa pogrzebowa, pełna ironii, oswajającej ze śmiercią. To opowieść o mechanizacji życia, które po fakcie musi zostać poddane ocenie, do którego trzeba się ustosunkować w synowskiej relacji. Tak jak Wicha w „Rzeczach, których nie wyrzuciłem” budował krytyczny, gorzki, ale przez to intymnie niedomknięty portret matki, tak Szymaniak szuka tych elementów, które rozerwą kulturową kliszę żałoby, wygładzającą i heroizującą swój przedmiot. Pisze wrocławianin:

Wiersze Szymaniaka przemawiają do mnie nie dlatego, że ich podmiot „mówi językami”, że szuka formy, która pomieści stratę (takiej formy przecież nie ma!), ale dlatego, że potrzebę rekompensaty pustki po śmierci bliskiej osoby przekuwa w rekompensatę pustki po jej życiu; że dostrzega – w posthumanistyczny sposób – zmechanizowanie życia tam, gdzie mógłby wedle wszelkich praw żałoby odczuwać (re)sentyment i ckliwość.

To jeszcze nie czyni z tomu Szymaniaka rzeczy wybitnej, ale na pewno jest on warty uwagi, zawiera w sobie coś więcej, niż tylko autoterapeutyczne zagadywanie straty za pomocą popkulturowych konwencji.

O stracie, ale innej, potencjalnej, wpisanej w samą strukturę życia: stracie czasu, mijaniu lat, odchodzeniu bliskich, jest też nowy tom Julki Szychowiak „Dni powszednie i święta” (Biuro Literackie; ‘86). Tutaj też miałem już okazję się wypisać i to raczej pozytywnie, bo uważam tę książkę za bardzo dobrą, lepszą na pewno niż poprzednie dwa tomy autorki. „Dni powszednie i święta” są mniej oniryczne i surrealne niż pierwsze tomy Szychowiak. Mniej opowiada się o snach (przez co traci jednak poetka niewątpliwy walor, jakim były nieoczekiwane jukstapozycje), a więcej o życiu, mniej też pozwala się na egzaltację i sentymentalizm. To przyziemność tego tomu staje się nośnikiem znaczeń. I dobrze, czytam go bowiem jako świadectwo lirycznego introwertyzmu, który mimo wszystko poszukuje wspólnoty, próbuje nawiązywać relacje, celebruje rodzinność i przyjaźnie. Czytam go między dwoma miniaturami, które działają tylko dzięki swoim tytułom – „Piszę ten wiersz latami”: „Nie mam początku,/ nie mam końca”, oraz „Wierszem o miłości”: „jeszcze piszę”. Te dwadzieścia pięć skromnych tekstów ma wpisaną w siebie zastanawiającą rozpiętość czasową. Jest ona wygrywana doskonale między tym, co powraca jako skończone, a więc martwe, porzucone, zbędne jak sam wiersz, a tym, czemu autorka nie pozwala wybrzmieć i dobiec końca: żywe, wspominane, używane, „jeszcze pisane” i „jeszcze kochane”, z zachowaną szansą na inne zakończenie. To minimalizm, który zostaje z czytelnikiem, nadal pokrewny Klarze Nowakowskiej i Krystynie Miłobędzkiej, w pewien sposób czerpiący z awangardowej historii samoograniczenia mowy poetyckiej, zdecydowane przeciwieństwo banalności, która bywa mu przydawana za sprawą internetowego awatara autorki. 

Teraz słów kilka o dykcjach bardziej „klasycyzujących”, tzn. elegijnych i egzystencjalnych. Być może to moja słabość do poematów, a być może „Polka” Roberta Króla (’81) jest po prostu świetną książką (zgodnie z tym, jak anonsują ją ze skrzydełka Małgorzata Lebda, Kuba Kornhauser i Marcin Wilk). Król, po dłuższym czasie nieporozumień, wydał poemat własnym sumptem w powołanej do tego mikrooficynie wydawniczej ówże i jest to wydanie wizualnie atrakcyjne, dopieszczone, z eleganckim krojem pisma, dobrym papierem i ciekawą okładką (i towarzyszy mu niezła, internetowa oprawa). Nie miałbym nic przeciwko przeczytaniu kolejnych propozycji od ówże i zwiększeniu w ten sposób puli interesujących inicjatyw autorskich, które zmieniły się w perfekcyjne edytorsko, niszowe ośrodki (Raymond Q. Foksa, Disastra Publishing Czerkasowa, „J” Bieruta). Najpierw kilka słów o samym poemacie: zaczyna się od bardzo mocnego obrazu głównej bohaterki, Falkowskiej, która przeżywa żałobę po stracie syna (a wreszcie sama umiera, zostawiając nasz podmiot w stanie wybrakowania). Pardon: właściwie zaczyna się jeszcze inaczej, od metafory nakręcania zegarka i nasłuchu/oglądu sąsiedzkich spraw:

Słyszę przez ścianę, jak Mackiewicz nakręca zegarek.
Robi to, siedząc w fotelu albo na kanapie, bo sprężyny
uruchamiają się jednocześnie, jakby uczestniczyły
w plebiscycie roszczeń, rezygnując z wzajemności
i zbytecznych komplementów. Noc zagląda do okien.

Nic wielkiego się nie dzieje w całym poemacie, ot, miejskie sąsiedztwo. Wypada wyjaśnić, że tytułowa „Polka” to potencjalne imię wnuczki Falkowskiej, za którą – w korowodzie starości, śmierci i samotności – posłużyć ma ostatecznie sam poemat. Ale to nie Falkowska, jej zmarły syn, ani Mackiewicz, ani sąsiedzi z góry czy dołu są głównymi bohaterami „Polki”, lecz podmiot, rozprawiający o swojej przeszłości, mierzący się z traumami, opuszczony i depresyjny pisarz na progu załamania, wpatrujący się nocami w monitor i nasłuchujący dźwięków życia z okolic. Dawno nie czytałem poezji tak depresyjnej, tak smutnej od pierwszego do ostatniego zdania. Król pisze o sobie, wpisuje siebie w tę książkę datą urodzin, dzieciństwem, wpisuje w nią rodzinne Jasło. Twórczość autora „Pamięci podręcznej” zawsze była melancholijna i depresyjna, a długie zdania, układające się w nużące rytmy jesieni lub zimy dźwigały jakiś ciężar egzystencjalny. „Polka” ten ciężar jednak powiększa, bo zamiast wierszy-migawek mamy dwunastoczęściowy monolog wewnętrzny, który stara się pozostawać realistyczny, traktować o ludziach wokół, ale tak naprawdę utkany jest ze wspomnień, zamknięty w czasie, w klamrze owego „nakręcania zegarka” i ze zdania na zdanie coraz bardziej zmienia się w poemat długiej samotności. Tak jakby Król pisał o życiu na egzystencjalny kredyt, którego spłata właśnie go dopadła. Lebda stwierdza: „Przejmuje mnie ten poemat. Przejmuje mnie to, w jaki sposób język tego utworu mówi – między innymi – o samotności człowieka w świecie”. Brzmi to może banalnie, ale mnie też przejęło, sparaliżowało do tego stopnia, że przez następne dwa dni nie mogłem napisać o żadnej innej książce.

Król zachowuje się tak, jakby pisał o życiu na egzystencjalny kredyt, którego spłata właśnie go dopadła

Drugi bardzo dobry tom, zdecydowany faworyt do nagród, i tych bardziej klasycznych, i tych bardziej postępowych, to „Zestaw do kaligrafii” Jakuba Sajkowskiego (WBPiCAK; ‘85). O kilku wierszach autora miałem już okazję pozytywnie napisać do „Kontentu”, kolejne śledziłem uważnie, bo pojawiały się i w pismach, i na Facebooku, jako pewien rodzaj projektu-dziennika. „Zestaw…” rodzi się z doświadczenia emigracji zawodowej, z długich pobytów w Chinach, przerywanych pobytami w Polsce, a obie perspektywy składają się na interesującą, trochę ironiczną, trochę nostalgiczną obserwację obu społeczeństw, zglobalizowanego świata i kulturowych różnic. Tom Sajkowskiego był przeze mnie chyba najbardziej wyczekiwaną pozycją roku i nie zawiódł: to nie jest pisanie energetyczne, zdolne  ponieść czytelnika, raczej intelektualne, oparte na namyśle i wyraźnym koncepcie (ale koncept ten zyskał od „Google Translatora” znacznie więcej bazy w postaci doświadczenia).

Zamysł jest dość prosty. Z chińskich ideogramów zawartych w tytułach, z ich wizualnej postaci i semantycznej niejednoznaczności, rodzi się pomysł wiersza, który rozwija się na dwóch lub trzech planach jednocześnie. Pierwszy to rodzaj metapoetyckiej refleksji o języku, kolejny to zbiór kulturowych spostrzeżeń imigranta, Polaka i nauczyciela angielskiego w wielkim Państwie Środka, wreszcie ostatni to egzystencjalna, mocno empatyczna refleksja nad uniwersalnymi zagadnieniami życia w społeczeństwie lub borykania się ze śmiercią, samotnością i niezrozumieniem: „Pierwszy listopada, oglądam portrety trumienne/ na Facebooku. Chłopak, z którym nigdy nie rozmawiałem,/ wysyła mi wiadomość, twierdzi, że jesteśmy znajomymi./ To trochę tak, jakbym znał go z nekrologu -// teoretycznie jest szansa, że na naszych pogrzebach pojawią się te same osoby […]” („脸书 Facebook”).

Na żadnym z tych planów Sajkowski nie przesadza: refleksje „kaligraficzne” to nie traktaty, spostrzeżenia kulturowe to nie Roland Barthes, a egzystencja to nie porcja banałów od Sartre’a czy Heideggera. Perspektywa kulturowego dyletanta, wrażliwca, trochę nerda, kogoś próbującego być zarazem w środku i nieuchronnie pozostającego na zewnątrz, uruchamiającego procesy rozumienia różnic i gwałtownie, z humorem zderzającego się z niepowodzeniem tych procesów, jest tu najcenniejsza lekturowo, funduje bowiem przyjazny podmiot. O jego losach chce się czytać, jego spostrzeżenia chce się dalej rozważać, a nostalgii można ulec, tak jak ulegało się kiedyś manierze poznańskich nowonurtowców.

Przeciwieństwem dobrze pojętego egzystencjalnego namysłu jest „Miejsce” Michała Banaszaka (’88). To nawet zadziwiające, że taki sposób pisania wierszy nie tylko znajduje jeszcze swoich autorów, ale też jest regularnie nagradzany. Debiutancka książka Banaszaka ukazała się jako pokłosie konkursu im. Anny Świrszczyńskiej („Piosenka o rozpadzie”), nowy tom jest tymczasem laureatem konkursu im. Kazimierza Ratonia. Potwierdza to jedynie, że a) konkursy nie są najlepszym modelem rozwoju życia literackiego, b) istnieje pewien idealny typ książki konkursowej, bezpłciowej, medytacyjnej i technicznie sprawnej na tyle, że trudno jej nie zauważyć w zalewie napływającej grafomanii, ale też mającej naprawdę niewiele do zaproponowania. Banaszak uprawia lirykę egzystencjalno-elegijną, w której filozoficzna refleksja wynika z medytacyjnego namysłu nad sobą i codziennością. Wszystko to jest niestety martwe, kliszowe, bez polotu zarówno w warstwie językowej (próżno tu szukać jakiegoś olśnienia konturem zdania czy zaskakującą metaforą), jak i wizualnej, choć samo podejście poety ma wyraźnie wizualny charakter. I nie ma chyba tym razem nic do rzeczy moja niechęć do liryki klasycyzującej czy preferowanie eksperymentu intelektualnego nad eksperyment duchowy. „Miejsca” są po prostu nudne, pełne wierszy o niczym, powtarzalnych, przewijających się przez każde dziesięciolecie i oferujących te same „epifanie”, np.: „Liście opadły na chodniki i trawę/ drzewa bez liści stały się całkiem nagie;// płowe, pomarszczone i też nagie liście/ nie czerpią już soków, latem dających im życie”; albo taki fragment o morzu i umieraniu: „Nie doczekają zmiany koloru morza.// My doczekaliśmy. Wytężamy pamięć,/ jak opisać błyszczące, jasnoróżowe:/ ja: że przypomina macicę perłową,/ ty: że znieruchomiałą rtęć bez granic”. Nihil novi sub sole, i choć zapewne taką właśnie maksymę wyznaje sam Banaszak, pozostaje pytanie: cóż po tym czytelnikom?

Niejako na potwierdzenie tezy, że i z tej medytacyjno-klasycyzująco-elegijnej strony przychodzą książki interesujące, a ponadto czasem z nieszczęśliwych wydawniczo miejsc, niech zadziała „Atropina”, czyli również drugi tom, tym razem Adriana Sinkowskiego (‘84). Debiutancki „Raptularz” tegoż autora ukazał się w roku 2016 w bibliotece „Toposu” i miał całkiem pozytywne przyjęcie, zwłaszcza na prawej stronie sceny. Sinkowski już wtedy pisał wiersze regularne, ponad wszystko dbające o rym, rytm i kontur stroficzny. Może to zmęczyć czytelnika, może go znudzić ta powtarzalność, która służy po części melodyce i w ten sposób buduje medytacyjny nastrój, po części spłaca dług wobec tradycyjnej sztuki poetyckiej. Nie sposób jednak zarzucić autorowi, że nie jest to przemyślana i wycyzelowana technicznie, sprawna konstrukcja. „Atropina” opowiada o utracie bliskiej osoby, w tym wypadku babci, i staje się rozmową z nią, to znaczy: z pustką, z nicością. Tytułowa metafora wzrokowa, prowadząca nas w stronę innego widzenia – jego zaburzenia, rozmycia, rozszerzenia źrenic – pozwala czytać się również w drugą stronę: pustka jest przecież wewnątrz, w rozszerzonych źrenicach, którymi podmiot próbuje spoglądać w przeszłość.

„Atropina” przypomina zmagania dwóch starszych, docenionych i niebywale biegłych technicznie poetów (którym zdarzają się też spektakularne wpadki): Dariusza Suski i Tomasza Różyckiego. Z Suską kojarzy się melancholijna rozmowa, zaklinanie nieobecności, z Różyckim obsesyjne krążenie wokół motywów, artefaktów i pojęć (zwłaszcza z „Księgą obrotów”). Sinkowski toczy jednak bardzo prywatną, subtelną rozmowę. Pojawiające się od czasu do czasu apostrofy do babci, niby bezradne akty podtrzymania kontaktu, odsłaniają główny temat, ale i potencjalny zarzut wobec tomu: techniczna maestria wyłącznie zagaduje brak. Im bardziej sztucznie brzmi język Sinkowskiego, tym mniej pod nim znaczeń. To cenne doświadczenie, bo poprzez cokolwiek nihilistyczną próbę rozmowy nie z umarłymi, lecz z jednym, tym wyjątkowym umarłym, autor funduje czytelnikowi lekcję na temat porażki klasycyzmu i zarazem jego niezbywalności. O ile u Dyckiego taka rozmowa zmienia się w kompulsywne, chorobliwe snucie organicznych wręcz nenii, o tyle tutaj – z racji predyspozycji zapewne, z racji intelektualnego dystansu – musi pozostać zaledwie elegią. Autor nieustannie mierzy się z koniecznością mówienia jako ryzykiem przegadania, a zarazem z obawą zamilknięcia jako utraty kontaktu i wiary w porozumienie. Powracająca fraza „kiedy nie będę miał już nic do powiedzenia” jest podwójne paradoksalna: podnosi rangę lirycznych wyznań Sinkowskiego jako tych najważniejszych słów przed zamilknięciem, jako słów, które nie przychodzą łatwo. Gdy jednak odniesiemy ją do tematu tomu, do przepełniającej go nicości po odejściu, ukaże nam się poziom meta. Mówienie „nic” jest bowiem i przekleństwem autora, i jego poetyckim obowiązkiem, z którego nie może się wywiązać.

Przywołam dwie jeszcze książki, które z marszu wskoczyły w wąską pulę najciekawszych propozycji tego roku, a zestawiam je ze sobą, bo prezentują podobną dykcję i w dość podobny sposób zajmują się eksplorowaniem mroków „ośmielonej wyobraźni”, zderzonej z toposem wsi i dzikiej animy: „Sny uckermärkerów” Małgorzaty Lebdy (’85) i „Pod wezwaniem” Urszuli Honek (’87), oba wydane przez WBPiCAK. O „Snach…” miałem już okazję pisać, superlatywnie, bo urzekło mnie w nich odejście Lebdy do długiej, kłączowej frazy i takiegoż ruchu wyobraźni w stronę mikroscen, obrazków, kondensacji napięcia, które zostawia więcej niedomówień, a cały koncept na linii kobiecość-choroba-rana-język przenosi na zupełnie inny poziom. Wiersze te są mocno autobiograficzne i opierają się na doświadczeniach samej autorki, chociaż wydają się przychodzić z ciemnego surrealizmu – z ich połączeniem chorego języka jako organu i języka jako narzędzia (raczej zaklinania świata, mowy ze zwierzętami, niż komunikacji z ludźmi), z ich pomysłem obserwowania dorastania bliźniaczek, odbijających się w sobie, z całą koncepcją dziwnej, hermetycznej struktury rodzinnej, w której po śmierci ojca podmiotowość odzyskują kobiety. Na ogół jestem sceptyczny wobec apokryficznego używania języka, naddawania znaczeń dzięki umitycznieniu samej opowieści, powrotom do pogańskiej duchowości jako próbom naruszenia katolickiej normy (obie są mi równie obojętne) oraz budowaniu całej struktury na wyolbrzymionej różnicy płciowej, która staje się w tym świecie uniwersalnym prawem. Ale „Sny…” to świetnie zrobiona książka, a powyższe elementy działają tylko na jej korzyść.

Podobnie jest z „Pod wezwaniem”, w którym Honek wyolbrzymia różnicę między kobietą i mężczyzną (jakimiś mitycznymi archetypami wręcz). Opowiadana przez nią – wiejska historia o podziałach, odrzuceniu, przemocy, niezrozumieniu, narodzinach i chorobie – zostaje ubrana w uniwersalną matrycę rozprawy między normą i naruszeniem, mężczyzną (logosem) i kobietą (odczuciem), zdrowiem i szaleństwem. Niektóre frazy z tej książki mają siłę Leśmianowskiego młota, przebijającego się na drugą stronę, przedstawiają tak dziwną, niepokojącą, materialną wizję macierzyństwa i kobiecości, że nie sposób potraktować jej jako tekstualnej gry. To napięcie między „posiadaniem” dziecka a jego osobnym byciem, to sprowadzanie toposu „ciała z ciała” w stronę jakiejś patologicznej solidarności i uzależnienia, to uczucie lęku, osaczenia i samotności, obcości i poszukiwania bliskości w innych kobietach – wszystko to buduje niepokojącą aurę „Pod wezwaniem”. W świecie toczy się najwyraźniej metafizyczna wojna z dwoma aktorami w głównych rolach – narodzinami i śmiercią, a mężczyźni i kobiety stają po przeciwnych stronach:

nie wpuszczamy ich do domu, naniosą choroby i błota.
ubrudzą wszystko, odejdą, mówi matka.
patrzymy przez okno, jak znikają, rzucają za siebie
papierosy. tak się strzeż, tak czuwaj.

(„o trosce”)

Najdziwniejszymi propozycjami w tej grupie wiekowej i tematycznej okazały się „Szczodra” Aldony Kopkiewicz (WBPiCAK; ’84), autorki nagrodzonej Silesiusem za debiutancki „Sierpień” oraz „Święto nieodległości” Janusza Radwańskiego (Convivo; ‘84). Po pierwszych dwóch lekturach nie miałem pojęcia, co ze „Szczordą” zrobić. Po kilku krytycznych konsultacjach dalej nie wiem. Maciej Woźniak napisał dla „Dwutygodnika”, że:

lektura „Szczodrej” upływa w cieniu szeroko rozpiętych kontrastów. Między dyscypliną rytmu i skrupulatnym formowaniem zwrotek a swobodnym przebieraniem w motywach i nastrojach. Między wrażeniem świeżości, nowoczesności poetyckiej mowy (przy krótkich, nerwowo kładzionych, czasem nader enigmatycznych frazach przyszedł mi do głowy Marcin Sendecki) a jakimś tchnącym wiekami literatury aforyzowaniem w duchu Anioła Ślązaka.

Krytyk umieścił też książkę w gronie swoich odkryć/śladów roku. Jako że z Woźniakiem zwykle się bardzo różnimy i w kryteriach, i w końcowych ocenach, to i tym razem musimy się rozejść. Niestety niewiele zrozumiałem z tekstu autora „Ucieczki z Elei” (coś o poezji jako poręczy, o wizji spadającego ciała, o wpływach niefrasobliwego Białoszewskiego i frasobliwych modernistów), więc raz jeszcze byłem zmuszony przeczytać „Szczodrą” od deski do deski. W tym wypadku tak radykalne zerwanie z poetyką „Sierpnia” może być i ciekawe, zwiastować chęć przełamania pewnej żałobnej kliszy, w której zamykał się nagrodzony tom, i zgubne, obnaża bowiem coś, co sygnalizowałem już na etapie tamtej książki: że Kopkiewicz nie jest dobrą poetką, przynajmniej na razie. Jest za to ciekawą bajkopisarką (przypomnę jej doskonały tekst „Niech znikną czereśnie. Bajka dla Andrzeja Franaszka”) i w tych momentach, w których sięga po konwencję baśniową, odnajduje się w „Szczodrej” najlepiej. Niestety jest tu też sporo stylizowania się na ludyczność, na piosenkowość, rymowania bez ładu i składu, byle zachować kontur rytmiczny. To prawdopodobnie tom o miłości i śmierci, oraz o locie i spadaniu, z którymi wiążą się oba te uczucia, a może nawet o czymś bardziej metafizycznym, bo pole semantyczne lotniska, przechodzenia przez bramki i lotu samolotem przecina się z innym polem: wcielenia, przyoblekania się duszy w ciało. Nie sposób przeczytać tego na poważnie, jak czyta się na ogół wiersz współczesny. Można za to zaśpiewać, tak na nutę Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” albo Zespołu „Mazurek” z odnoszącej sukcesy „Zimnej wojny”:

dobrze że wisiałam
bo gdybym leciała
jak ten ptak przed chwilą
śmigło go zabrało

wietrzyk wtedy zawiał
i słonko zagrzało
że widziały całą
od podeszwy stóp

I teraz mogłoby być chórem: łoj dana dana, dobrze że wisiała, łoj dana dana, łod podeszwy stóp.

„Święto nieodległości” Radwańskiego (‘84) również podąża w stronę wystylizowanej ludowości i jest to doskonały przykład, jak dziwnymi drogami może iść poezja, gdy próbować typologii opartych na złudnych kryteriach biograficznych (ale jakie inne przyjąć dla tak rozległych tekstów?). W rymowanych wierszach autora znać biegłość językową, zdolność konstrukcyjną, czuć, że wszystko tam siebie wzajemnie dopowiada, a zarazem można się poczuć, jakby wiersze te pisał raczej ktoś z roczników 50. lub 60. Radwański toczy stylizowaną na realizm, na folkowość, ludowość nawet, dziecięcą rozmowę. Jego bohaterowie zamieniają się miejscami i rolami, ale nie pozwala się tu czytelnikowi ani na chwilę uciec od wrażenia pewnej czytankowości, naiwności elementarza, ze wszystkimi wpisanymi weń uproszczeniami w sposobach widzenia i konceptualizowania świata, uproszczeniami na pokaz, którym oczywiście nieustannie pękają szwy.

Jest to tym zabawniejsze, że Radwański wprost narusza topikę patriotyczną, chociaż patriotyzm, na jaki się zamachuje, bardziej przypomina parady z czasów PRL-u i kartonową kiczowatość poprzedniej epoki (ale czy nie jest to aby jedyna funkcjonalna tradycja dla obecnego rządu?). Cały tom zbudowany został wokół marynistycznych tropów tonącej łodzi, od świetnej szanty „Sonar” po „Umrzyka skrzynię” i finałowe „Sześć stóp błota”, ale owo metaforyczne tonięcie z łatwością nakłada się na konteksty codzienne, egzystencjalnie: „Dwóch zgubionych ojców z absurdalnym w lesie kajakiem/ johoho i butelka niczego, bo przecież prowadzimy/ życie nie byle jakie. Życie piratów, linoskoczków,/ nieśmiertelnych cyborgów. Zaraz znajdziemy drogę”. Ale drogi nie ma, jest raczej przechył łodzi, jeszcze niegroźny, choć już irytujący. Na razie jest fun, trwa zabawa, karnawał „święta nieodległości”, co dalej, nie wiadomo. To jest pisanie tak osobne, spoza czasu, że w kategorii odosobników mogłoby się mierzyć z samym Michałem Sobolem, a jednak sympatyczne, otwarte, zapraszające do tego wesołego, wspólnotowego nawet tonięcia.

            Klasycznie też wspominam o pozycjach, na których opisanie brakło mi dobrej woli i zacięcia: Grzegorz Ryczywolski, „Spa” (‘84), Michał Murowaniecki „Stratosfera” (‘82), Rafał Rutkowski „Wywołuję siebie z ruin” (‘88), Marcin Marchwicki „Gmła” (‘83), Michał Kozłowski „Wkrótce będziemy na ty” (‘83), Anna Musiał „Coleptera” (‘87).

Wyróżnienie dwóch-trzech książek z takiego ogromu propozycji sprawia wielki problem, ale najbardziej wartościowe (tzn. mające szansę na przetrwanie wielokrotnych lektur) wydają mi się: „Zestaw do kaligrafii” Jakuba Sajkowskiego, „Sny uckermärkerów” Małgorzaty Lebdy, „Polka” Roberta Króla.

„Myśmy jeszcze nie musieli” – debiuty

Z debiutami w tym roku jest wyjątkowo źle (słyszę to zresztą o wszystkich autorskich książkach poetyckich, z kim by nie rozmawiać, ale może to po prostu pesymizm schyłku dziejów). Kilka pozycji wysuwa się na czoło stawki raczej jako rzeczy dobre i warte lektury, niż niezbędne i niezbywalne. Serca czytelników miał zdobyć Maciej Bobula tomem „Wsie, animalia, miscellanea” (Fundacja Duży Format), ale chyba nie zdobył. Autor potrafi sprawnie pisać o rodzinnym Szalejowie, o wsi niewyobrażonej, pełnej duchowych komun i tajemnic (jak Honek czy Lebda, a z młodszych autorek: Kasia Szweda), tylko wsi polskiej, wsi pijących bezrolnych rolników, panów spod monopolowego, wsi bez perspektyw i przyszłości. Materialność odczuwa się tam jako piętno na podmiocie: trochę cyniku, trochę hipsterze, a trochę synu tej ziemi, który nie może się zdecydować, czy bliższe jest mu doświadczenie „tego tutaj”, „naszego”, czy intelektualne przepracowanie tych kategorii i nabyty już dystans obywatela świata.

To interesujący paradoks podmiotu Bobuli, który warto śledzić i którego losy są znacznie ciekawsze od zawartego w wierszach obrazu rzeczywistości, nieco tabloidowego zresztą. Bobula miota się bowiem między swojskością i poetyckim, wielkomiejskim doświadczeniem dawnego studenta czy prekarnego pracownika kultury, a jego (nie do końca chyba) uświadomioną walką o możliwość powrotu syna marnotrawnego do domu, gdzie sielską utopię przerywa produkcja kaszanki. Pokazuje w ten sposób czytelnikowi, że kolejny Nowak czy Piechal już nam się w poezji nie przydarzą. Samemu tomowi czegoś jednak brakuje (redaktora?). Jest w nim za mało, a podział na trzy części wygląda bardziej na przypadkową próbę uporządkowania tekstów wedle zagadnień, niż rzeczywisty projekt książki. Bobula wygrał w konkursie Fundacji Dużego Formatu, mogę więc sobie wyobrazić, jaki poziom przedstawiały inne „projekty”. Mimo że podoba mi się ten tom, doceniam pójście w nurt wiejski nie z ducha wsi sielskiej ani tym bardziej wsi magicznej i odkurzenie starego Nowaka, czuję też niewykorzystany potencjał, tak duży, że uczucie to zmienia się wręcz w żal.

Seria Mai Staśko przyniosła tymczasem kolejną książkę z klucza „zaangażowanego” (nawet dwie, ale druga lokuje się gdzieś na granicy literackości i domaga się raczej pomyślenia w kategoriach antropologii twórczości słownej, niż poezji). Poza tomem Ilony Witkowskiej nie ukazało się w nim dotąd nic w moim guście. Książki te odnalazły się za to właśnie w duchu tożsamościowym, w poetyce hasztagów i wieców (Kapela, Dymińska), a więc – paradoksalnie – spełniły swoją walczącą rolę. Joanna Kulikowska (‘93) ze swoim debiutem „Hejt i inne bangery” nie idzie jednak w ślady Dymińskiej, lecz Taranka; podobnie jak u innej, zaangażowanej debiutantki Klaudii Wiercigroch-Woźniak, tak i tu znajdziemy cały katalog zamówień politycznych, od Tuska po #metoo, #feminizm, #uchodźców i #prawa_zwierząt. Brzmi to, jakbym drwił, a przecież to sprawy, na których zależy mi nie mniej niż Kulikowskiej czy Wiercigroch. Codziennie czytam na ten temat kilka artykułów, wpisów znajomych, oglądam wojujące obrazki i rozładowujące napięcie memy. Autorki zapewne mają tak samo, ale budują z tego opowieść dojrzewającego podmiotu, w której wszystkie te niewątpliwie palące polityczne problemy pierwszego świata zmieniają się w problemy osobiste.

„Hejt…” wydaje mi się jednak książką znacznie lepszą niż pozostałe tego typu opowieści oparte na modelu bildungsroman ze względu na jego formalistyczne wyszukanie i zawarty w nim gniew. O tom już stoczył się bój na „Lubimy czytać”, a matronaty „Stonera Polskiego”, „Wakatu/Notorii” oraz „Codziennika feministycznego” chyba nie wzbudziły zaufania czytelniczek poezji pamiętnikowej czy instagramowej. I w sumie dobrze, bo Kulikowska nie pisze do nich, najwyżej przeciw nim, pisze z dużą świadomością kodu, z poziomu wpływu Internetu na język i techniki wierszowe, z pytaniem postawionym samej poezji i krytyce, czym jest zaangażowanie: w sprawy globalne i w sprawy osobiste, w nietykalność i ciągłe naruszenia ciała, w prawo do wolności wyznania i posiadania poglądów. Owszem, jej podmiotka dużo przeklina, nadużywa hasztagów i udziwnia konstrukcje składniowe, jakby naśladowała zmarłą właśnie „Rozdzielczość Chleba”, a w innych momentach Konrada Górę, ale w tych wszystkich eksperymentach z językiem jest też niebywały ładunek liryzmu, który przebija zza wkurwu. Jest metafora, która obroni się nawet bez kontekstu #metoo, np.: „Z kim jadasz obiady albo grasz w squasha/ nad przepaścią? Z kim pieprzysz się w rytm/ techno, i dlaczego basy nie rozerwały ci serca?// Komu, komu wkładasz ciepły i lepki język/ do ucha (ale nie głaszczesz światełka w tunelu.)// Czemu ten język jest martwy*? ////// *Wyobraź sobie język, jak wyobrażasz sobie uderzenie dłoni,/ język zlizujący brokat z obłego policzka. Do kogo należał// policzek? Czyj był język?” („Się 1.1”). Gdy czekałem na gniewną, kobiecą wersję buntu przeciwko współczesnemu światu, w której opór i walka o prawo do posiadania własnego głosu połączą się wreszcie ze świadomością języka i tradycji poetyckiej, to czekałem właśnie na „Hejt…”, tom, który swoją naturalnością (mimo formalnych eksperymentów) wyprzedza większość tegorocznych debiutów o pół dystansu.

Trzecią propozycją, na którą można było liczyć, był Janek Rojewski z „Ikonoklazmem” (Biuro Literackie, ‘94), popołowowy (2017) druk w ekspresowym tempie – ekspresowym, bo cała książka była właściwie gotowa, ale też dlatego, że każdy rok zwłoki coraz bardziej wyostrzałby jej nieprzystawalność do autora, młodzieńczy charakter podmiotu, skonstruowanego jako głos pokolenia, które nijak nie potrafi pomyśleć o sobie jako o wielości. Ale jak na wiersze pisane przez nastolatka, ewentualnie człowieka na pierwszych latach studiów, Rojewski proponuje bardzo owocny pojedynek z mitologią społecznego zaangażowania. Nie z zaangażowaniem samym w sobie, nie z polityką i socjologiczną obserwacją, którą te wiersze ociekają, ale właśnie z ruchem umitologiczniania się samego pojęcia. Iście dziennikarską metodą tworzy więc obrazy, symulakrum, w tym zaś rozpoznaje źródłowy ruch alienacji: oddzielenia reprodukujących się obrazów od realnego życia. Stawką jest pamięć zbiorowa i jej relacja z pamięcią indywidualną, z pamięcią samego czytelnika.

Jest to tom, który bez znudzenia można, a nawet wypada przeczytać kilka razy, z pewnością jeden z najlepszych, najbardziej przemyślanych debiutów roku (o którym jeszcze napiszę). Tam, gdzie energia Kulikowskiej z czasem zaczyna się normować, a czytelnik przyzwyczajać się do eksperymentu językowego, tam Rojewski proponuje konsekwentne rozwijanie projektu swojego „obrazoburstwa”. Najpierw tworzy pseudomitologiczne struktury, oparte na mimetycznym naśladowaniu (apokryficzny model narracji rodzinnej), następnie emancypacyjne impeatywy: podróżuj po świecie, poznawaj świat, opisuj świat, a potem opowiada o procesie niszczenia tej iluzji. Skutkiem tej podróży w dojrzałość jest uformowanie się wszystkożernego, nowoczesnego „ja”, którego gwarantem stabilności okazują się różnorakie formy wyparcia (zapomnienie, przeoczenie, wymazanie). Rojewski funduje w ten sposób mitologiczną, niepokojącą opowieść o Polsce, o dziedziczeniu traumy i mitycznej zbrodni (prawdziwej, historycznej, czy tylko fantazmatycznej?), o winie i braku kary. „Ikonoklazm” mógłby być czytany wespół z biblioteką „Toposu” i ostatnimi wierszami Rymkiewicza, bo jest dla tych tomów jak psychoanalityczna kozetka. To poetycka rozprawka o źródłach społecznego konfliktu i o mechanizmach jego niedostrzegania. Rojewski daje do myślenia (co jest ważne, bo pozwala książce pożyć trochę dłużej), ale też dysponuje niezłą, szeroką frazą, komunikatywną i klarowną.

Poza tym, jakby podążając za samym Rojewskim, zwraca uwagę kilka propozycji „damskich” i „męskich”, opartych na podobnym schemacie dojrzewania, Bildung, zdobywania własnego głosu i podmiotowej niezależności w uwierającym jakoś świecie: niezła Klaudia Wiercigroch-Woźniak i niespecjalnie odkrywcze Anita Katarzyna Wiśniewska oraz Anna Fiałkowska, a także Bartosz Zdunek i Łukasz Kaźmierczak/Łucja Kuttig. Z tymi propozycjami mam pewien problem: nic by się nie wydarzyło, gdyby te książki nie wyszły, choć akurat Wiercigroch niewiele mam do zarzucenia poza moim własnym zmęczeniem i niechęcią do takiego modelu podmiotowej dykcji zaangażowanej.

„Oddawanie zimna” Anity Katarzyny Wiśniewskiej (‘95) to pierwsza od kilku lat samodzielna (tzn. nie antologijna) propozycja „Salonu Literackiego”. Na debiut Wiśniewskiej składają się dość klasyczne wiersze opisowo-emocjonalne, tzn. takie, w których scenka rodzajowa przechodzi w monolog wewnętrzny podmiotu, ten zaś zwykle jawi się jako maska – kreacja kulturowa, podstawiona zamiast samej autorki. Są to równocześnie wiersze o kobietach (wypowiadane przez różnorakie kobiety) i o śmierci, ale śmierci szczególnej, bo dość okrutnej, często związanej z morderstwem. Psychopatyczny wątek mordowania i literatury, która podstawia się zamiast tego, zostaje zresztą z ironią ograny w „Wierszu życia”, a mnie samemu przypomina o lubianej tradycji Roberto Bolaño. Poza tym mamy tu sporo klasycznego odkrywania kultury przez młodą autorkę, która na koniec, przypisami, sugeruje zresztą bądź to ekfrazy (Wróblewskiego, Picassa, Boznańskiej i wielu innych), bądź też kulturowe dopowiedzenia do filmów („Absolwent”, „Nocny Portier”), historii bulwarowych i książek. Same ekfrazy są zresztą najciekawszą częścią, bo najbardziej wymykają się oczywistości pozostałych, realistycznie osadzonych historii. Na skutek klarowności językowej oraz niechęci do wychodzenia poza opis i monolog wewnętrzny o charakterze rozmowy z samą sobą, wiersze Wiśniewskiej nie zaskakują formalnie, a same odkrycia kulturowe młodej autorki zasługują co najwyżej na przychylne skinienie głowy. „Oddawanie zimna” to mniej brutalne i mniej szalone, opowiadane przez skrzywdzone często kobiety „Murder Ballads” Cave’a, z dodatkiem Baudelaire’owskiego klimatu i manierą „Umarłych ze Spoon River”. Jest to zarazem bardzo spójna opowieść (jako tom), z dość przewrotnym zakończeniem, w którego licealną ironię i głębię konceptu (życie – literatura – mordowanie – śmierć) nie w pełni potrafię uwierzyć.

Jeśli zaś mówić o poezji tożsamościowej, a przy okazji poruszającej pewne kwestie polityczne, to nareszcie ukazała się u nas pierwsza propozycja poezji genderowo binarnej, w której bohater/ka zachowuje swój liminalny charakter nie po to, żeby butem rozwalać system, lecz dlatego, że może, że poprzez te płynne przejścia lepiej odczuwa i wyraża siebie. Mam na myśli wydane przez Dom Literatury w Łodzi w ramach głównej nagrody Bierezina „Kokosty” Ł.k – Łukasza Kaźmierczaka/Łucji Kuttig. Rzecz jest konceptualnie bardzo obiecująca, bo poezji transgenderowej u nas po prostu nie ma, a samo pozostawanie w gramatycznie nieosiągalnej liczbie podwójnej jest fascynujące. Ale niestety wszystko poza tym już nie i mimo wielkiego potencjału „Kokosty” w pewnym momencie nudzą. Trudno w to uwierzyć, ale najciekawszym formalnie utworem pozostaje „Biogranifest”, w którym walka o zachowanie kategorii nie-męskości i nie-żeńskości prowadzi do deregulacji polszczyzny: „Nasze usta nie tyle nie chcą, ile nie mogą wypowiedzieć zaimka »ego«. Ludzka mowa nie udźwiga poczucia wewnętrznej tożsamości. Czy jestewa w ogóle zatem bytem podmiotowym albo czy li tylko naszej podmiotowości wyrazić nie sposób?”. Reszta „Kokostów” to niestety (kto wie) drobne prozy poetyckie o zwyczajnym życiu towarzyskim, podkręcone rejestrem studiów z dyscyplin ścisłych, ale gdyby pozbawić je płciowej relatywności, niewiele odbiegałyby od poziomu refleksji „Panny Nikt” Tryzny.  Ł.k nie ma dwudziestu lat, a po lekturze tomu można by odnieść wrażenie, że właśnie w tym momencie zatrzymały się te spostrzeżenia.

»Kokosty« są konceptualnie bardzo obiecujące (poezji transgenderowej u nas nie ma), pozostawanie w gramatycznie nieosiągalnej liczbie podwójnej jest fascynujące. Niestety wszystko poza tym już nie

Wraz z „Kokostami” przechodzimy do rozczarowań, a było ich więcej, niż ktokolwiek by sobie życzył. Laureatką nagrody specjalnej Bierezina została Klaudia Wiercigroch-Woźniak (‘83), a jej „Paragon” ukazał się w Domu Literatury w Łodzi mniej więcej równo z „Kokostami”.  I tu również znać kilka zaskoczeń, a kilka rozczarowań. Nie spodziewałem się tomu tak otwarcie zaangażowanego politycznie w kwestie kobiece, tak jawnie komunikacyjnie występującego przeciwko patriarchatowi. Bezpośredniość „Paragonu” bez trudu wpisałaby się w serię Staśko w Ha!arcie (krytyczka zresztą pisze dość konfliktogenny blurb) i mam wobec niej podobne zarzuty, jak wobec tomu Kapeli, choć u niego akurat nic nie jest serio. Interesująca jest zwłaszcza wizja „Paragonu” jako rodzinnej psychodramy, w której sztuczni do granic bohaterowie (syn, matka, ojciec, córka) naruszają wzajemnie swoją strefę komfortu, krzywdzą się świadomie bądź nie. Czegoś tej książce brakuje przede wszystkim w warstwie językowo-konceptualnej, żeby słuszne spostrzeżenia poetki zmieniły się w samodzielne wiersze, żeby zostało po nich coś więcej niż polityczna doraźność młota bijącego w patriarchat, przemocowych samców, wąsatych wujków i bezduszny, eksploatacyjny kapitalizm.

Wiercigroch ma jednak gotową propozycję i zaczepne spojrzenie na świat. Można odnieść wrażenie, że ten świat rzeczywiście obserwuje, podpatruje jego ruch, testuje swój język na miarę współczesnych ram komunikacyjnych. Zupełnie przeciwnie jest z „lalką bellmera” Anny Fiałkowskiej (‘94), jednym z głośniejszych debiutów pierwszej połowy roku (WBPiCAK). Tutaj model dojrzewania do własnego głosu jest ubrany konceptualnie już w spisie treści w części „Larwa”, „Poczwarka” oraz „Imago”. Jeśli brzmi to stadiami rozwoju owada to tak, jeśli brzmi tanią psychologią, to również tak. Wydaje się, że język podmiotki powinien się zmieniać, że powinna dojrzewać do innego spojrzenia, wypracowywać jakiś nowy sposób mówienia, ale niestety są to tylko deklaracje związane z tytułami wierszy. Całość pozostaje tak samo emocjonalna, sentymentalna, autoterapeutyczna, bez względu na to, czy mówi Poczwarka, czy Imago. Chciałbym widzieć w „lalce bellmera” ciekawą propozycję zmierzenia się z instagramowym popem o dojrzewaniu i emocjach oraz traumatycznych doświadczeniach kobiety, a dostaję coś, co czasem trudno mi od niego oddzielić.

W Fundacji Dużego Formatu ukazał się też debiut Bartosza Zdunka „Lato w parku” (jednego z laureatów Połowu 2016 i nominowanych do zeszłorocznego Bierezina; ‘82), o dość ironicznym tytule, bo już pierwszy wiersz mówi nam: „Pierwszego wrócili koledzy znad wód./ I minęło lato w parku”. Zdunek posługuje się formą rwanej rozmowy, nadużywa krótkich konstrukcji i parataksy, przez co niektóre zdania kończą się, zanim czytelnik jest na to gotowy, a inne przypominać zaczynają listę zakupów. Gdybym szukał tradycji dla takiego pisania, do głowy oczywiście przyszłaby Nowa Fala i zapewne patronat Barańczaka, ale u Zdunka podmiot tkwi w teraz, wypowiada fragmenty myśli, jakby zdarzenia mu się wymykały, a język był zawsze odrobinę za późno: „w kolejce to ja. na świat idę, sorry, idzie, nakrywa płaszczem, siecią, drutem, zza pagórka,/ na wzniesieniu stoimy, Jezu to tam szliśmy, słabo widać płaszcze, zimowe kurtki./ tylko pomnik dobrze widać, żołnierzy radzieckich,/ wysoki do nieba, zwieńczony czerwoną/ gwiazdą – Betelgezą – co wybucha”. Te frazy, porozcinane nie siłą przerzutni, lecz interpunkcją, męczą, a najciekawsze wiersze Zdunka to te, w których pozwala swoim zdaniom rozwinąć się, wybrzmieć do końca. To poezja intelektualna, bardziej meta-, niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. W „Połowie” Zdunka rekomendował Kacper Bartczak i wskazywał właśnie na to techniczne odsłanianie przez wiersz własnej metody, pisał, że wiersze te „są ostrożne – proponują stwierdzenia, konstrukcje, ale zaraz poddają je testowi jakiegoś kontrpytania”. Staram się zrozumieć ten koncept szatkowania wypowiedzi, rozumiem go w przypadku rwanych rozmów, rozumiem, że zapewne oddaje on pewien model fragmentarycznej percepcji człowieka, rozerwanego między kontaktami towarzyskimi, obserwacjami świata, refleksją wewnętrzną, natłokiem internetowych informacji i sztucznymi kanałami komunikacji, ale na razie nie przekonuje mnie to literacko.

Biuro Literackie wydało w ubiegłym roku jeszcze jeden debiut, tym razem efekt zeszłorocznego „Połowu”: „Poza sezonem” Michała Domagalskiego (‘82). I jest to książka na tyle przeciętna, że za dwa-trzy lata nikt o niej nie będzie niestety pamiętał, czego oczywiście autorowi nie życzę, bo chyba dobrze być pamiętanym. „Poza sezonem” to nie wpadka, bo też Artur Burszta nie pozwoliłby sobie na wpadki, a nawet jeśli z jego wyborami autorskimi czasem się radykalnie nie zgadzam, bo mamy raczej odbiegającą od siebie wizję poezji i krytyki, nie nazwałbym „Poza sezonem” grafomanią czy błędem wydawniczym. Ot, po prostu brak debiutu Domagalskiego też by nikomu nie zaszkodził. Dużo tu nowofalowej nieufności, językowego kunktatorstwa, pasywności w ogóle, jakiejś małomiasteczkowej stagnacji. To jednak za mało na odróżnienie się w szeregu.

Za to o „martwym sezonie” Dagmary Kacperowskiej (‘75) usłyszałem za sprawą pochlebnych opinii kilku szanowanych przeze mnie czytelników poezji. Niestety ich zdania nie podzielam, bo ten tom – wydany przez FONT – nie wniósł nic interesującego ani w moje czytelnicze życie, ani też nie zmusił do szczególnej refleksji nad stanem naszej poezji. Chciałem napisać, że „martwy sezon” przychodzi po prostu dla autorki za wcześnie, bez odpowiedniego feedbacku ze strony środowiska, ale chyba jest odwrotnie: przychodzi zdecydowanie za późno, gdy mamy prawo oczekiwać wierszy dojrzałych i lepiej domyślanych. Są w nim teksty konceptualnie ograne, skupione na temacie różnorakich katastrof i zbrodni (nie chodzi raczej o katastrofy naturalne, tylko o długą linię ludobójstwa od Auschwitz przez Hiroshiszmę, po Aleppo), jest jakaś świadomość polityczna i niezgoda na świat, ale wszystko sprowadza się do dwóch głównych problemów: intelektualnej miałkości porównań i poetyckiej łatwizny w operowaniu językiem, w tworzeniu metafor czy łączeniu ze sobą rejestrów. Koniec końców z „martwego sezonu” wyłania się czasem gniewny, wkurzony (i dobrze), czasem zatroskany, a czasem przeegzaltowany podmiot, który o doświadczeniach historycznych, od których Celanowi czy Różewiczowi zamarł język, mówi z taką łatwością, jakby je właśnie wyczytał ze szkolnego podręcznika i dopełnił własnymi poszukiwaniami w Internecie. Doceniam wrażliwość, bardziej nawet historyczną niż społeczną, ale sporo jeszcze pracy przed kimś, kto w wierszu o śnie tak łatwo przechodzi między rejestrami i zdobywa się na puentę rodem z modnego holokaustowego kiczu: „wszyscy z podobnym bagażem./ staliśmy jak w kolejce do terminala/  czekając na odprawę./ nagle ktoś zawołał:/ Auschwitz! Auschwitz!/ już wiedziałam dokąd lecę”. Nie dość, że nie wnosi to niczego do trudnego tematu Zagłady w poezji, to jeszcze dość niefrasobliwie próbuje się na nim „uwłaszczyć”. Nie tędy droga.

Może w tym wszystkim namiesza jeszcze Paweł Majcherczyk („Ponieważ”) czy Maja Olejnik („niestwierdzona”), ale do ich książek nie dotarłem na czas, zaś już po tytule tomu Renaty Iwaniec „Czasem wieszam się z praniem” (Fundacja Duży Format) można wnioskować niefortunność przedsięwzięcia. Przeciwnie jest z Grzegorzem Marcinkowskim (‘87) i jego „Znanym motywem oglądania wielokrotnie oglądanych zdjęć”. Jeśli Rojewski zafundował nam „Ikonoklazm”, to Marcinkowski przeciwnie: dokonuje ubóstwienia obrazów w ponowoczesnej kulturze czystej wizualności. Bohater tomu to współczesny konsument, któremu udziela się dość apokaliptyczny flow: multiplikuje się w kolejnych odbiciach, by dostrzec pustkę spektaklu. Najciekawsza jest w tym wszystkim długa fraza autora, nie wiem, czy nie nazbyt przegadana, ale językowo są tam świetne momenty. W tom jednak nie wczytałem się na tyle wnikliwie, żeby się rzetelnie wypowiedzieć. Pozostał mi również debiut związany ze Stowarzyszeniem Literackim im. K.K. Baczyńskiego: „Szwy” Sławomira Hornika (‘86).

Na koniec trzeba wspomnieć o jeszcze jednym debiucie, który sprawia być może najwięcej problemów, choć bez trudu można go wpisać i w linię tożsamościową (Fiałkowska, Kuttig, ale też druga książka Anny Musiał), i waleczną (Kulikowska, Wiercigroch), i w opowieści z gatunku Bildungsroman (Rojewski, Zdunek). Pytanie brzmi raczej: czy należy go tam właśnie wpisywać i czy należy go w ogóle potraktować jako debiut poetycki? Mam oczywiście na myśli Siksę z tomem „Natalia ist sex. Alex ist Freiheit”, wydanym przez Ha!art w zaangażowanej, coraz bardziej feministycznej serii Staśko. Z ostatniej strony okładki jesteśmy przekonywani, że: „Jeśli porusza cię to tylko ze względu na język, to masz farta” (Nika) oraz „Nie do rymu, nie do taktu, sama treść, chore gówno” (Jaśmina Polak). Nie mam pojęcia, skąd pochodzą te blurby, kim są autorki, ale mówią one coś istotnego: że projekt Siksy ma w głębokim poważaniu nasze literackie hierarchie, nasze małe poletka wpływów i koneksje środowiskowe, a nawet kryteria literackości i współczesne rozumienie poezji.

Projekt Siksy ma w głębokim poważaniu nasze literackie hierarchie, nasze małe poletka wpływów i koneksje środowiskowe, a nawet kryteria literackości i współczesne rozumienie poezji

Czy to tylko wabik, którym od dawna nęcą nas autorki internetowych epifanii, instagramowej sieczki, coachingowych ścinków, a ostatnio również (bo sprawa jest zdecydowanie poważniejsza) autoterapeutycznych opowieści o kobiecych traumach, które w domyśle mają pomóc odzyskać głos wykluczonym? Oczywiście warunkiem takiej gry jest „autentyczność”, a właściwie umiejętność przekonania czytelników, że wszelkie niedomagania warsztatowo-stylistyczne oraz niesprawdzanie się danego dzieła w kluczu literatury pięknej pozostają wynikiem walki o prawdę, o mowę samego życia. Brzmi to absurdalnie i nie powinien na to przystawać nikt, kto działanie za pomocą języka w autonomicznym jednak (dziedzictwo wieku XIX) polu sztuki traktuje poważnie, a więc uznaje nieprzejrzystość kodu oraz wpisaną weń sztuczność, związaną z rzemieślniczą pracą nad słowem.

Ale tom Siksy wcale nie jest takim emocjonalno-autorskim szantażem, w którym gotowy i spreparowany podmiot ma nas przekonać do swojego egzystencjalnego bólu. Pomijam na razie temat, choć jest to temat fundamentalny, kluczowy, a jakoś nader często pomijany – bo autorka nie pisze wyłącznie o gwałcie, którego doświadczyła w związku, i nie tylko o patriarchacie, uchodźcach, polskim nacjonalizmie, choć jej gówniane Gniezno niewiele różni się od Tomaszowa Tomka Bąka czy każdego innego „miasteczka”. To przede wszystkim książka o bezprawnej przemocy, o ciągłym, ponawianym i skandalicznym w gruncie rzeczy przymusie dyscyplinowania psychicznego i fizycznego, którego finalnym produktem ma być „kobieta idealna”, czyli ciało seksualne, poddane męskiej dominacji: „ty masz nawet niezłą dupkę/ więc o polityce chcesz myśleć/ czemu?/ nie myśl o tym rozluźnij się/ zaśnij/ przecież nie musisz być obudzona/ gdy będę w ciebie wchodził ukradkiem” („Jak dobrze wyglądać nago?”). Ten wiersz powraca w tomie trzy razy, trochę jak wyparte, a trochę jak ostrzeżenie, że system się wcale nie zmienia, że choć bohaterka się zmienia, emancypuje, rozbija struktury, to na końcu zdania i tak czai się wąsaty, szowinistyczny dowcip, za którym ukryte jest prawo do przemocy („najlepszy marynarz przepłynie nawet morze czerwone, he he”).

Czy Siksa jest literacko wybitna i czy przebija tym samym np. „Hejt i inne bangery” albo „Paragon”? Nie, choć nie brak jej językowej inwencji, choć jej teksty – wulgarne, przesadzone, groteskowe, antagonizujące stronnictwa, wzywające do linczu na mężczyznach, bojkotujące instytucje rodzinne –  cechują się ciekawym flow i trudno uwierzyć, że są wyłącznie bełkotliwym monologiem wkurzonej świadomości bohaterki. Ale to nie kunszt literacki ma w tym przypadku opowiedzieć o kulturze gwałtu, lecz gwałt na języku ma zadziałać analogicznie do mikropraktyk dyscyplinująco-kaleczących, które powoli nakłuwały korpus podmiotki. Najciekawsza w tomie jest jednak sama opowieść, gdy pozbawimy ją już performatywnych naddatków, scenicznych występów, krzyków i śpiewów Siksy. Jest to opowieść o bohaterce, która – skrzywdzona – zmienia imię z Aleksandry na Alex i przywdziewa maskę superbohaterki SIKSY, gotowej skandalizować i krzyczeć w imieniu tych wszystkich krzywdzonych siks, które nie mają głosu ani odwagi. W czym miałoby się to okazać gorsze od „człowieka-pizdy” Bąka czy kreacji „Superstarej” Szymaniaka? To przecież kolejna maska w popkulturowej szafie, której funkcją jest okiełznanie traumy i wymierzenie gniewu w sam system. Zwracam uwagę na tę matrycę, bo zaczynający się prologiem i cytatem z „Kill Billa” („Zemsta najlepiej smakuje na zimno”) tomik Siksy jest chyba pierwszą w naszej poezji realizacją klasycznego gatunku eksploatacyjnego spod znaku rape&revange. Jest to realizacja konsekwentna w swoich założeniach i chociaż nie dostajemy na koniec rzezi w stylu Tarantino, zamiast niej pojawiają się dwie ekwiwalentne opowieści. Pierwsza jest o współczesnym piekle – osiedlu Lawa, na którym w końcu sfrustrowane „ziomeczki” odnajdują swoją tożsamość:

Powiedzieli:
„To nasze osiedle,
tu gwałciliśmy,
tu nie pozwalaliśmy dziewczynkom ustalać zasad gier i zabaw,
tu nazwaliśmy pierwszy raz kobietę dziwką”.
I tutaj ziomeczki z Osiedla Lawa
zabiją swojego pierwszego lepszego
innego.

Osiedle Lawa.
Osiedle Lawa.
Osiedle Lawa.

Druga jest bardziej optymistyczna, bo w poczuciu tożsamości utwierdza się też bohaterka krótkim komunikatem „Nigdy/ więcej”: „Nie mnie”. Ta finalna konstrukcja nie jest już wielostronicowym bełkotem świadomości czy przepełnioną gniewem i wulgaryzmami walką o prawo do głosu. Jest performatywną odmową wobec przemocy, a takiego performatywu po takim gradobiciu nie można przemilczeć, nawet jeśli nie w pełni realizuje on nasze współczesne rozumienie liryki. 

Można się jednak zapewne domyślić, że ze wszystkich dostępnych mi pozycji debiutanckich zostaję z „Ikonoklazmem” Janka Rojewskiego i tomem „Hejt i inne bangery” Justyny Kulikowskiej. Między tymi dwiema książkami rozstrzygnąć się powinny debiutowe boje.


Finał

Każdy szkic, który rości sobie prawo do podsumowywania czegokolwiek, wymaga własnego podsumowania, rozliczenia się z metodą i tym podobnych zabiegów. Zamiast tworzyć doraźne typologie czy dzielić tomy wedle przynależności do szkół, miast lub innych niestabilnych kategorii, wybrałem jedyne pewne kryterium: daty urodzenia, choć zdaję sobie sprawę, że znacznie więcej powiedziałoby nam o poezji inne: daty debiutu lub pierwszej uznanej za takowy książki. Zamiast zbudować szkolną opowieść o wynikaniu pewnych dykcji z innych, zdecydowałem się na jedyny możliwy w tej sytuacji close reading, poszczególnym książkom poświęcając krótszy lub dłuższy akapit.

Oprócz ogólnych narzekań na słabość minionego roku, a właściwie na słabość autorskich książek, można wysnuć kilka innych wniosków. Słabość autorów, których naprawdę garstka doskoczyła do własnych poprzeczek, wyostrza zarazem siłę całego środowiska poetyckiego, jako zorganizowanego już mechanizmu wydawania i promocji. Tam, gdzie na ogół zawodziły tomy, zjawiały się świetne wybory, zbiory, antologie i przekłady. To była siła tegorocznej poezji, jak również to, że czasem w poszukiwaniu nowości warto sięgnąć trochę w przeszłość, zastanowić się jeszcze raz nad autorami, którzy z jakichś przyczyn nie zajęli w swoim czasie centralnego miejsca. Mogą to być oczywiście przyczyny czysto estetyczne, tzn. słabość ich tekstów względem pozostałych przedstawicieli danej grupy czy pokolenia, ale w takie wyłącznie estetyczne kryteria trudno uwierzyć. Jest zatem również pewien towarzyszący ruch krytyki, której lepiej podchodzą w danym momencie określone dykcje, za tym zaś idzie ruch ku nagrodom, esejom i kolejnym publikacjom. Niewielu mamy Karolów Maliszewskich, którzy z równym zaangażowaniem (choć przecież nie bez pewnej impresjonistycznej maniery, ciekawie odkształcającej rozumienie) pisaliby o poetach tak bardzo różniących się od siebie.

Był to też rok niebywałego boomu w środowisku młodopoetyckim, największy za czasów mojej krytycznej (żart z Jana Błońskiego) warty. Nie chodzi nawet o pokoleniową zmianę, choć coś jest na rzeczy, ale przede wszystkim o dynamikę, z jaką młodzi autorzy organizują się, zanim w ogóle wejdą w przygotowane już dla nich instytucje literatury (uznane konkursy czy wydawnictwa). Działalność internetowych czasopism młodoliterackich („Mały Format”, „Kontent”, „Wizje”) przerosła najśmielsze oczekiwania, a ze starszych na straży stał przez cały rok wciąż jeszcze jakoś tam dotowany „Wakat”, wszystko z uwagą rejestrował i komentował 8. Arkusz „Odry” i na bieżąco prezentował „Helikopter”.

Socjologicznie rzecz biorąc, był to rok wzrastających sporów wokół #metoo, walki z szowinizmem w sieci, czasem walki zbyt ostrej, przekraczającej granice przyzwoitości, rok umacniania się głosów kobiecych i przejmowania kapitału symbolicznego przez młodsze, inaczej ideologicznie ukierunkowane pokolenie (stąd zapewne liczne tarcia na linii starsi-młodsi).

Mimo różnych dykcji i sporego rozstrzału stylistycznego, pewne rzeczy wydały mi się w tym roku bardziej donośne. Nikt nie zaproponował gruntownie nowego języka, w ogóle poszukiwań językowych było mniej, nie było „awangardyzujących” książek na miarę propozycji Marcina Mokrego czy Piotra Przybyły. Do głosu doszedł za to egzystencjalnie niebanalny temat rodzinny, czy to na linii kobiecej (matka-córka-siostry), czy też męskiej (ojcostwo jako pewien model troski opartej na kulturowym mechanizmie zachowania odrębności podmiotów).

Zwrot w stronę dzieci, cedowanie na nich niepewności, ale też nadziei związanej z jutrem, dobrze kontrastuje ze wzmagającymi się konfliktami politycznymi i radykalizacją społeczną, zwłaszcza starszych poetów i poetek. Ci przerzucili się niejednokrotnie z wyczulonego komentowania codzienności na tematy wprost polityczne, ale nie zawsze szła za tym refleksja nad filozofią języka poetyckiego. To tylko dowodzi, że impuls nie przyszedł w tym wypadku od samej literatury i związanych z nią poszukiwań, lecz to właśnie literatura stała się formą sublimacji lub tymczasowym bankiem gniewu. Zobaczymy, co się z tych konfliktów ostanie za rok.

Elizabeth Bishop
„Santarém”, tłum. Andrzej Sosnowski, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2018, s. 100.

„Zawrót głowy”
Antologia wierszy filmowych pod redakcją Darka Foksa, Narodowe Centrum Kultury Filmowej, 2018.

Jerzy Jarniewicz
„Sankcje”, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2018.

Małgorzata Lebda
„Sny uckermärkerów”, WBPiCAK, Poznań 2018.

Jacek Łukasiewicz
„Wiązania”, Wydawnictwo J, Wrocław, 2018.

Adam Kaczanowski
„Cele” , WBPiCAK, Poznań 2018, 44 strony.

Hanna Janczak
„jeszcze ciszej”, WBPiCAK, Poznań 2018, 40 stron.

Justyna Kulikowska
„Hejt i inne bangery”, Wydawnictwo Ha!art, Kraków 2018.

Jakub Sajkowski
„Zestaw do kaligrafii”, WBPiCAK, Poznań 2018, 56 stron.

Jakub Skurtys
ur. 1989, mieszka we Wrocławiu, pracuje na Wydziale Filologicznym UWr, krytyk; pisze głównie o poezji; interesuje się historią awangardy, studiami nad codziennością oraz związkami literatury i ekonomii.
redakcjaAndrzej Frączysty
korekta Jakub Nowacki
POPRZEDNI

varia   

Nie gryź ręki, która feed daje. Podsumowanie roku 2018

— Redakcja

NASTĘPNY

varia  

Najlepsze okładki. Podsumowanie roku 2018

— Jacek Wiaderny, Natalia Przybysz