
Przedruk
Tekst jest przedrukiem z książki „Alfabetyczność. Teksty o literaturze i życiu” (PIW 2018). Oryginalnie tekst ukazał się w pierwszym numerze czasopisma„Regiony" z 1975 roku.
Możliwości powstania takiego dokumentu piśmiennictwa polskiego, jakim są „Listy emigrantów z Brazylii i Stanów Zjednoczonych 1890-1891” (1973), nie sposób było podejrzewać i nikt – zdaje się – tego nie robił, chociaż nad nieistnieniem czegoś takiego właśnie wielu ubolewało, dając temu wyraz niekiedy tak przejmujący, jak w wypowiedziach Stanisława Czernika, który niepiśmienność polskiej kultury chłopskiej odczuwał jako wielowiekową tragedię. Że zjawisko chłopskiej epistolografii mogło i nawet musiało istnieć, tego wolno było się domyślać, któż jednak mógł przypuszczać, że zachował się jakikolwiek znaczący ilościowo ślad tego zjawiska, skoro wiadomo, że chłopskie skrzynie nie kryją w sobie prawie żadnych niespodzianek z tej dziedziny. Szczególna konieczność społeczna doprowadziła do powstawania chłopskiej i plebejskiej epistolografii, osobliwy – iście polski – zbieg okoliczności sprawił, że jej skromna część zachowała się i dzięki zasłudze edytorów (Witold Kula, Nina Assorodobraj-Kula, Marcin Kula) – chciałoby się powiedzieć, że jest to zasługa wiekopomna — staje się naszą własnością kulturalną.
Szczególna konieczność społeczna doprowadziła do powstawania chłopskiej i plebejskiej epistolografii
Przedmowa Witolda Kuli zawiera historię ocalenia kilkuset listów z kilku tysięcy zachowanych do czasu wojny, wstęp wszystkich trojga edytorów charakteryzuje wyczerpująco dokumentalne wartości historyczno-społeczne tych listów. Zważywszy na znane zainteresowania naukowe edytorów, łatwo zrozumieć, dlaczego dokumentalne wartości historyczno-społeczne listów są dla nich najważniejsze, dlaczego ostrożnie i jedynie na marginesie napomykają oni o ich innych możliwych wartościach.
Punkt widzenia edytorów wystarcza, żeby docenić wyjątkowość ocalonego dokumentu:
Tradycyjna cywilizacja wiejska, podobnie jak i plebejsko- -miejska, nie zna listu. Chłopak, który wyszedł ze wsi szukać szczęścia, gdzie oczy poniosą, umierał jakby dla swej rodziny i dla społeczności wiejskiej.
Jest to przede wszystkim kodeks listów chłopskich, przez fakt emigracji tylko powołanych do życia. Dowiadujemy się z niego więcej i bardziej wiarygodnie nie o sprawach emigracyjnych, lecz o psychologii polskiego chłopa w końcu XIX wieku, o jego kryteriach wartości, hierarchii moralnej, życiu społecznym. Zbiór ten jest w tym sensie unikalny, tak jak unikalny jest chyba z punktu widzenia historii języka polskiego.
Poza tymi dwoma wymienionymi przez edytorów wyznacznikami unikalności „kodeksu listów chłopskich” jest jeszcze trzeci, literacki, i to już nie tylko historyczny. Odpowiedniejszej sytuacji literacko-artystycznej dla publikacji takiego „kodeksu listów chłopskich”, jakimi są „Listy emigrantów z Brazylii i Stanów Zjednoczonych 1890-1891”, nie można sobie wyobrazić. Akurat wtedy, gdy po raz pierwszy w skali społecznej zwycięża świadomość społecznych i artystycznych ograniczeń konwencjonalnej kultury literackiej, gdy przewartościowuje się jej kanony i sięga do nieeksploatowanych przez wieki żywych źródeł literackiego języka, udostępniony zostaje dokument kultury piśmienniczej sprzed kilkudziesięciu lat o wszelkich znamionach absolutnej niezależności od obowiązujących konwencji piśmienniczych.
Do wszystkich niezwykłych koincydencji, o których opowiada Witold Kula w przedmowie, trzeba dorzucić jeszcze dwie o doniosłym dla literackiego wartościowania „kodeksu listów chłopskich” znaczeniu: szczególną sytuację kulturalną epistolografów z konieczności, gdy listy powstawały, i szczególną sytuację kulturalną ich kolejnych nieprzewidzianych adresatów, gdy po raz pierwszy stały się one własnością publiczną. Niezależność epistolografii chłopskiej od konwencji piśmienniczych nie mogłaby zamanifestować się równie jaskrawo ani wiele wcześniej, ani wiele później, czas na uświadomienie sobie rewelacyjności kulturalnej tego zjawiska zbiegł się niemal idealnie z czasem realizacji edytorskiej inicjatywy. Ta pierwsza koincydencja ma dla charakteru i wartości kulturalnej epistolografii chłopskiej znaczenie fundamentalne.
Chłopskie konieczności epistolograficzne wyniknęły na skutek zjawiska chłopskiej emigracji, było to — jak wiemy — zjawisko długotrwałe, do lat tak zwanej gorączki brazylijskiej nie da się go ograniczyć, mimo tego jednak wolno przypuszczać, że charakter ocalałej korespondencji chłopskiej jest w skali społecznej niepowtarzalny, ponieważ charakter ten zależy od niepowtarzalnej społecznie sytuacji oświatowo-kulturalnej, gdy konieczność epistolograficzną musi się realizować przy minimum wtajemniczenia w kulturę piśmienną. W takiej właśnie sytuacji powstały niemal wszystkie polskojęzyczne listy zbioru, i to niezależnie, czy były pisane przez samego nadawcę, czy też zapisywane przez kogoś z bliskiego otoczenia, kto pełnił funkcje „pisennika”. Trwałość takiej sytuacji jest mało prawdopodobna, ponieważ jest to sytuacja graniczna. Brak nawet minimalnych umiejętności pisania i czytania we własnym środowisku uniemożliwia aktywność epistolograficzną lub skazuje na korzystanie z usług środowiskowo i kulturalnie zewnętrznych. Przekroczenie takiego minimum chociażby tylko przez jedną osobę w bliskim (najczęściej rodzinnym) otoczeniu uzależnia tę aktywność od obowiązujących konwencji kultury piśmienniczej i likwiduje tym samym to, co w „kodeksie listów chłopskich” stanowi największą wartość kulturalną.
Odnaleziona epistolografia chłopska powstała, jeśli ujmować rzecz podmiotowo od strony warstwy chłopskiej, na pierwszym w skali społecznej udokumentowanym styku kultury przedpiśmiennej z kulturą piśmienną. W dziele Kolberga piśmienna dokumentacja chłopskiej kultury przedpiśmiennej jest efektem kulturalnego pośrednictwa. Drugi podmiotowy styk kultury przedpiśmiennej z kulturą piśmienną nastąpił dopiero w pamiętnikarstwie chłopskim z lat trzydziestych naszego wieku. Autorzy pamiętników nie byli już skazani na minimum wtajemniczenia w kulturę piśmienną, posługiwali się nią nie z konieczności, lecz z wolnego wyboru, z jej zasadami byli obeznani w stopniu nieporównywalnie wyższym niż ich poprzednicy przed półwieczem, u których całkowita niezależność od konwencji piśmienniczych manifestowała się nieświadomie i spontanicznie. W epistolografii z końca ubiegłego wieku chłopska kultura przedpiśmienna wyraziła się w sposób maksymalnie niezależny od piśmiennych zniekształceń.
Nie byłoby się dalekim od prawdy, gdyby się powiedziało, że epistolografowie chłopscy zostali przymuszeni do zrobienia użytku z niezbędnych środków technicznych kultury piśmiennej i do tego jedynie ogranicza się ich zależność od tej kultury. Wszystko inne (kulturalną treść i formę listów, ich funkcję, ich kształt językowo-stylistyczny, ich kompozycję, ich wszelkie znaczące właściwości) zawdzięczają oni tylko i wyłącznie chłopskiej kulturze przedpiśmiennej, która tym samym uzyskuje niemal najlepsze z możliwych świadectwo, stanowiąc jedyne kulturalne źródło epistolograficznych zapisów. Edytorzy w dużej mierze zdają sobie sprawę z takiego stanu rzeczy, nie zdają sobie jednak sprawy w pełni, ponieważ wskazują na to zarówno przejawy ingerencji edytorskich (na przykład interpunkcja), jak i różne partie rozważań opisowo- -interpretacyjnych, zwłaszcza tych, w których wykracza się poza analizę historyczno-społeczną zawartości listów. Kwestie poznawcze, jakie nasuwa komentatorom tak zwana „formulatura” (formuły powitalne, pozdrowieniowe, pożegnalne), nie są chyba aż tak skomplikowane, jak się to im wydaje:
Gdzie szukać źródła tych formuł? Kiedy i jak rozpowszechniły się one wśród chłopów, którzy przecież do wybuchu gorączki brazylijskiej nieczęsto, a nieraz nigdy nie musieli uciekać się do tego środka komunikacji? Kto tych chłopów tych formuł nauczył? Dlaczego ci, którzy ich uczyli, uczyli tych samych formuł? Skąd owa, jak w dyplomach średniowiecznych, hieratyczność tych formuł? Skąd waga przywiązywana do nich przez obie korespondujące strony, mimo że pisanie było czynnością trudną, a były one długie. Jeśliby przyjąć, że większa część listów pisana była przez „pisenników”, odpowiedź na te pytania również nie będzie prosta. A cóż dopiero, jeśli przyjmiemy, że duża ilość listów pisana była własnoręcznie przez ich autorów? Nie odpowiemy tu na te pytania. Trzeba by zbadać, czego i na podstawie czego uczyli nauczyciele wiejskiej szkółki, kościelny, organista.
Pytania te – przynajmniej w części – dadzą się bądź zlikwidować, bądź zmodyfikować, jeśli przyjąć, że dla charakteru epistolografii chłopskiej jej związki z kulturą przedpiśmienną są decydujące, zaś związki z kulturą piśmienną zupełnie minimalne.
„Formulatura” nie stanowi w chłopskich listach największej zagadki, bardziej zagadkowa jest ich całościowa struktura literacka, na przykład to, co można prowizorycznie nazwać podwójną, nadawczo-odbiorczą wielogłosowością listowego komunikatu. Nie chodzi tu o wszelkiego typu dopiski do listów. Bardzo często wielogłosowo (przez różne „ja” autorskie) są pisane głównie teksty listów, a już z zasady (więcej niż w połowie listów) wieloosobowy jest adresat, przy czym rzadkością jest zwracanie się w liczbie mnogiej do wieloosobowego adresata, a regułą oddzielne (w kolejności lub przeplatance) „przemawianie” do każdego z osobna. Taka struktura literacka zapisu jest czymś zupełnie niebywałym i do czasu prozy eksperymentatorskiej z lat sześćdziesiątych naszego wieku nigdy w piśmiennictwie polskim niewystępującym. Jeśli na gruncie kultury piśmienniczej chciałoby się wyjaśnić to zjawisko, należałoby założyć, że chłopscy epistolografowie z lat 1890- -1891 uczyli się pisać listy u Leopolda Buczkowskiego, Mirona Białoszewskiego, Wiesława Myśliwskiego lub Urszuli Kozioł.
Eksperymentatorzy współcześni świadomie – z artystycznej premedytacji – uznają prymat języka mówionego nad językiem pisanym. Epistolografowie chłopscy nie dokonują wyborów, lecz z konieczności, nieświadomie i po omacku szukają piśmiennych odpowiedników jedynie znanych sobie form ustnej komunikacji językowej, przenosząc je żywcem na obcy grunt. Listy chłopskie są formą zastępczą odwiedzin familijnych lub sąsiedzkich dla przekazania ważnych wiadomości, są odpowiednikiem narady rodzinnej przed podjęciem ważnych decyzji w obliczu ważnych wydarzeń.
Źródła „formulatury” listów na przykład nie tkwią w kulturze piśmiennej, lecz w obyczaju chłopskim, są z niego wprost przeniesione. Dotyczy to wszystkich formuł powitalnych, pozdrowieniowych i pożegnalnych, których różne listowe modyfikacje mają także na względzie prawidłowość obyczajową przebiegu odwiedzin lub narady. Brak odpowiedzi na powitanie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” oznacza przecież w sytuacji realnej odmowę nawiązania rozmowy, trzeba więc w liście samemu sobie odpowiedzieć „Na wieki wieków”, opatrując tę odpowiedź — jeśli istnieje podejrzenie, że mogłoby się jej nie usłyszeć — wstępem: „Mam nadzieję, że mi odpowiesz”. „Formulatura” listów nie stanowi na ogół poznawczej zagadki, bardziej zagadkowy jest jej brak, on bowiem wskazuje dopiero na edukację piśmienną większą niż minimalna. Rezygnacja z „formulatury” jest najczęściej oznaką uświadomienia sobie przez autora, że komunikacja w języku pisanym nie jest tożsama z komunikacją w języku mówionym.
Na nieświadomość w tym względzie listy dostarczają niezliczonych dowodów. Piszący bardzo często nie zdają sobie sprawy z tego, że goły zapis słowa mówionego nie zawsze umożliwia identyfikację tego, kto mówi i do kogo mówi. Przy podwójnej nadawczo-odbiorczej wielogłosowości listów (struktura wieloosobowej rozmowy przeniesiona żywcem do zapisu) stwarza to niezliczone możliwości nieporozumień, których piszący nie podejrzewają, ponieważ w rozmowie realnej zawsze wiadomo, kto mówi i do kogo mówi, jeśli adresata swojej wypowiedzi wyodrębnia.
Zapis słowa mówionego przenosi je z przestrzeni na płaszczyznę, odziera je z indywidualności, piszący nie wiedzą o tym, że przekazują martwe ciało słowa w trumnie listu, że to, co przekazują, funkcjonuje inaczej, niż funkcjonują żywe słowa w realnych okolicznościach miejsca i czasu.
Zapis słowa mówionego przenosi je z przestrzeni na płaszczyznę, odziera je z indywidualności, piszący przekazują martwe ciało słowa w trumnie listu
Nie jest więc rzadkością, że w dwóch kolejnych zdaniach listu adresat pierwszego zdania staje się obiektem uwag w zdaniu następnym, skierowanym do kogo innego. W jednym żąda od żony odpowiedzi, dlaczego nie odpisuje na listy, w drugim prosi się szwagra, żeby się dowiedział, jak to jest z żoną naprawdę. W jednym informuje się matkę, że przesłało się jej pieniądze, w drugim zleca się bratu przypilnowanie, żeby matka wykorzystała je zgodnie z życzeniami ofiarodawcy.
Rozumienie odrębnej natury komunikacji piśmiennej wymaga kulturalnego obycia. Jego świadectwem są listy bardziej konwencjonalne pod względem literackim. W jednym z takich listów autor (kleryk) daje dowody na to, że z natury środka komunikacji, którego używa, zdaje sobie sprawę:
z Seminoryum pisał, to możecie sobie razem na głos przeczytać. Ja tam nic takiego nie pisałem coby się wam miało sprzeciwiać, z resztą one tak były pisane, że się was wszystkich tyczą z wyjątkiem Janków i Goślickiego, co może by się jeszcze naśmieli.
Nieświadomość, że słowo pisane ma byt szczególny, że istnieje ono w oderwaniu od realnej czasoprzestrzeni, w której występuje słowo mówione, tylko z perspektywy tradycyjnej kultury słowa pisanego może być widziana jako jednoznaczny przejaw prymitywizmu. Skoro rezultatem tej nieświadomości jest piśmienny dokument językowej kultury przedpiśmiennej o unikalnej wartości, nieświadomość ta zaczyna korespondować ze świadomością wyższego rzędu, ze świadomością ograniczeń i niedostatków tego, co poprzez tradycyjną kulturę słowa pisanego osiągalne.
Najprymitywniejsza pod względem konwencjonalnej kultury języka pisanego epistolografia jest jednocześnie epistolografią mistrzowską, jeśli widzieć w niej wyraz kultury języka mówionego.
Miarą kultury języka mówionego powinna być jego pełnowartościowość znaczeniowa. Pod tym względem epistolografowie chłopscy osiągają szczyty kultury językowej. Jeśli pominąć obowiązującą „formulaturę”, epistolografowie chłopscy potrafią w najzwięźlejszy i najprostszy sposób wyrazić wszystkie treści, które chcą wyrazić. W przeciwieństwie do klasycznej epistolografii literackiej, która ma charakter bądź epicki, bądź liryczny, użytkowa epistolografia chłopska jest dramatyczna w klasycznym sensie tego słowa: oznacza działanie, ma do określonych działań pobudzić lub zniechęcić, mają to być działania decydujące o społeczno-egzystencjalnym losie ludzkim, gra z losem toczy się o najważniejsze w życiu sprawy. Fakt, że żaden z tych listów nie dotarł do nikogo z tych, dla których był przeznaczony, musiał oznaczać w większości wypadków (carski cenzor zadziałał jak deus ex machina) zamianę dramatu na tragedię. Tego faktu przez szacunek dla rzeczywistych ludzkich cierpień nie godzi się wykorzystywać w wartościowaniu literackim. Jest to zresztą całkowicie zbędne. Gdyby „kodeks listów chłopskich” ocalał dzięki jakimś mniej tragicznym koincydencjom, jego wartość kulturalna nie stałaby się przez to mniejsza.
Język chłopskich epistolografów, którego zapis szokuje najfantastyczniejszą w świecie ortografią (edytorzy trochę małodusznie nie zaufali jej w pełni), zadziwia sprawnością, która byłaby nie do pomyślenia, gdyby nie uwzględnić tego, że jest ona rezultatem wielowiekowego szlifunku. Już nie w jakiej wiejskiej szkółce, ale u jakiego pisarskiego potentata pióra możliwa byłaby nauka takiego języka, jakim pisane są te listy:
Teros wam donoszę, w Ameryce to bym nie był, chiba bym kogo zabiuł w kraju, to bym musiał być w Ameryce. Prawda, że jest dobrze w Ameryce, ale na tamtem świecie to będzie bida, bo my jeden drugiego nie możem zbawić.
Jak my Pan Bug da zdrowie, jak pszyjadę, to wszystko pooddaję, co się komu należy, a ti mi w niczyich listach nic nie pisz, bo ja myślę, że na listy mosz piniadzie. Teras cię pozdrawiom kochana żuno, pozdrawiu swigo sina, piniadze ci psziśle, ale nie na twoje zazudanie, jeno jak będę chciał.
Kochany bracie, toć ja bym rat jedni godziny z wamy być, ale jak mnie się zbaci ta polska bida, to me chęć odleci.
Formy, jaką przybiera wiadomość o śmierci w jednym z listów, mógłby pozazdrościć sam Jan z Czarnolasu:
Maryianna, zona moja najkochańsza a czorka wasza wzięła ze mno i z wamy rozłoczenie na tem swecie.
Jeśli czytać te listy bez uprzedzeń, które rodzi przyzwyczajenie do konwencjonalnych sposobów zapisu, jeśli zdobyć się na słyszenie tego, co w listach zostało zapisane, posądzanie ich autorów o jakąkolwiek nieporadność językową staje się absolutnie bezpodstawne. Panują oni nad swoimi potrzebami językowymi lepiej, niż ktokolwiek mógłby to sobie wyobrazić.
Mówią to, co chcą powiedzieć, mówią tak, jak trzeba, żeby ich słowo mogło być w pożądany sposób skuteczne (głównie chodzi o decyzję wyjazdu z kraju lub pozostania w nim, autorzy chcą jednego lub drugiego, stosując odpowiednią argumentację, w której uwzględnia się sposób myślenia adresata listu), więcej jeszcze, w listach, które mają cel praktyczny, wyrażają swoje charaktery i osobowości w sposób niejednokrotnie bardziej złożony niż ten, którym posługują się współcześni im pisarze artyści. Charaktery i osobowości autorów listów (a niekiedy także ich adresatów) są wyraziste jak na dłoni. Nie szkodzi tej wyrazistości nawet „formulatura”, w której także daje się wykryć prawie zawsze coś indywidualnego.
Za wcześnie chyba, żeby dopowiedzieć sprawę do końca, lepiej poprzestać na samym stwierdzeniu faktu: ocalona epistolografia chłopska stanowi groźną konkurencję literacką dla polskiej powieści społecznej drugiej połowy dziewiętnastego wieku. W ogóle epistolografia Zygmunta Krasińskiego i epistolografia chłopska (są to zjawiska genetycznie biegunowo różne, ale pod względem czysto literackim o podobnej doniosłości) są w stanie doprowadzić do zburzenia tradycyjnej hierarchii osiągnięć prozy polskiej w wieku dziewiętnastym, jeśli komuś przyszłoby na myśl, żeby weryfikacji tej hierarchii dokonać rzeczywiście na nowo.
Kulturalne znaczenie „kodeksu listów chłopskich” może być tak ogromne, że szaleństwem byłoby stawianie jakichkolwiek na ten temat horoskopów. Epistolografia chłopska dopiero zaczyna swoje publiczne życie kulturalne. Ileż trzeba nieraz lat, żeby znaczenie wielkich faktów kulturalnych dotarło do świadomości społecznej? Ileż faktów błahych przesłania na długo fakty epokowe? Cała nadzieja w tym, że zawsze mogą się zdarzyć szczęśliwe koincydencje.

Przedruk
Tekst jest przedrukiem z książki „Alfabetyczność. Teksty o literaturze i życiu” (PIW 2018). Oryginalnie tekst ukazał się w pierwszym numerze czasopisma„Regiony" z 1975 roku.
ur. 1926, zm. 2012. Krytyk literacki, wieloletni redaktor działu prozy w miesięczniku „Twórczość”, autor licznych książek krytycznoliterackich, m.in. „Sztuki czytania” (1966), „Związków naturalnych” (1972 – Nagroda im. Stanisława Piętaka), „Prozy z importu” (1979), „Pryncypiów. O łasce literatury”. Od 1977 do 2005 roku prowadził w „Twórczości” autorską rubrykę „Czytane w maszynopisie”. Autor cyklu zapisów sennych „Oniriada”. Wydał cztery tomy poetyckie: „Miary” (2003), „Względy” (2010), „Zgłoski” (2011), „Zgrzyty” (2014).
